Wpisy

  • poniedziałek, 30 września 2013
    • oszukać przeznaczenie.

      ja nie wiem jak to się dzieje, bo normalnie jestem radosną i zadowoloną z życia osobą, pełną pozytywnej witalnej energii. A teraz znowu będę zrzędzić :P Ale po prostu muszę!

       

      Czwartek. Na 15.50 mam wizytę u lekarza. Znając kolejki do naszych specjalistów, spokojnie pracuję sobie do 16, następnie przebieram się w unorane błotem ciuchy rowerowe i zbieram do wyjścia. Dotarcie do przychodni zajęłoby mi 15-20 minut- a półgodzinny poślizg u lekarza to jest NIC, więc jestem spokojna. W piwnicy pakuję manatki do rowerowych sakw, i odkrywam coś dziwnego- rower, pomimo rozłożonej nóżki, stoi jakoś tak.. bokiem. Przyczyna- w tylnym kole mam flaka, ale tak dokumentnego, że mój środek transportu stoi na samej feldze. Klnę pod nosem szpetnie, ale wpadam na genialny plan- pożyczę firmową furę. Tak się szczęśliwie składa że akurat jest dostępna, szef nigdzie nie planuje jechać, a drugie auto jest u mechanika- więc wrzucam rower na pakę, odpalam, brum, wsteczny. Wycofuję elegancko, jedynka, kh kh PUFF. Zgasło. Trochę się zdziwiłam, to auto chyba NIGDY mi nie zgasło, no ale nic, dawno nie jeździłam. Odpalam, ruszam, jakoś dziwnie ale jadę. Jadę i jadę.. I coś jest nie w porządku. Ruszam z jedynki jakby z trójki, autko się krztusi, dusi, dźwignia do zmiany biegów lata jakoś tak luźno, ciągle muszę jechać na pół sprzęgle.. Już niedaleko celu pakuję się w korek, co jest udręką, no bo w korku co chwilę muszę się zatrzymywać i ruszać. Kiedy w powietrzu zaczyna unosić się nieziemski smród, a siwy dym wydostający się spod maski przysłania mi drogę, dochodzę do wniosku że COŚ JEST NIE HALO.. Zjechałam w boczną uliczkę, zgasiłam auto i nie wiem, czy najpierw zadzwoniłam do T., czy do mamy, generalnie makabra. Auto płonie, śmierdzi, spóźniam się do lekarza, sunący obok korek ma uciechę, i jeszcze do tego przyjeżdża POLICJA. aa!

      Na szczęście panowie mundurowi okazali się na tyle wyrozumiali że nie wlepili mandatu blondynce która zatarasowała drogę płonącym autem które, dodam, wygląda tak:

      VW t4. Czyli w wolnym tłumaczeniu: V jak szmelc, W jak wagen, szmelcwagen. Transporter. 4 generacja. On fire. A na pace rower z dziurawym kołem i policja obok. JESS!

      Pan policjant żeby przekonać się czy nie ściemniam, wsiadł do auta, pomechlał skrzynią i stwierdził że faktycznie, biegi się skończyły [JAK TO BIEGI SIĘ SKOŃCZYŁY?!?!]. Mechanik porzucił swój warsztat i ruszył na pomoc, z Wrzeszcza na Ujeścisko, kto ogarnia region ten wie jakie o 16.30 są na tej trasie korasy. Na szczęście przyjechał mi z pomocą mój małżon.. Poprosił policjanta o pomoc w usunięciu auta ale nie spotkał się ze zrozumieniem [a po co? popsuło się to się popsuło.], więc otworzył maskę, pogmerał i... naprawił. Tak o. Po prostu. Jakiś fyrtelek od skrzyni biegów wyskoczył i generalnie trzeba to zrobić, ale do domu można jechać. W międzyczasie policja pojechała precz, mechanik się pogubił i wylądował gdzieś na Szadółkach. A lekarz zamknął gabinet. Ewidentnie nie dana mi była wizyta tego dnia..

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „oszukać przeznaczenie.”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 września 2013 16:14
  • środa, 25 września 2013
    • o znikającej ścieżce.

      Tak tak. Siedząc w pracy nie piję już wody, tylko gorące herbatki jedna za drugą. Aktualnie zieloną z cytrynką Muszę kupić sobie yerbę, tylko ciągle zapominam zabrać z domu kupon rabatowy.. A w ogóle to ząb mnie boli, lewy dolny. Cudownie. Muszę się udać z reklamacją do mojego dentysty, bo nie po to wydałam taką obrzydliwą kupę forsy na wątpliwej przyjemności usługi żebym teraz nie mogła spokojnie marchewki pochrupać! 

       

      W zeszły czwartek i poniedziałek przeżyłam dramat, bo musiałam jechać oddać krew do badań. W przeciwieństwie do krwiodawstwa dla wyższych celów, oddaje się nie pół litra tylko małą fiolkę, ale za to trzeba być na czczo. Makabra. Ja czasami budzę się rano, bo jestem głodna. Bez śniadania z domu nie wyjdę. Nie to co mój mąż, który rano je kawę, a coś normalnego między 10 a 12. Ja tak nie mogę funkcjonować. Więc kiedy w czwartek zameldowałam się w laboratorium o 7.50 [otwarte od 8] i uiściłam stosowną opłatę za badania [zusie, tfu!], zdębiałam zobaczywszy dwadzieścia osób w kolejce do zamkniętych jeszcze drzwi. Bombastycznie. Pierwszy posiłek, banana i migdały, zjadłam po 9, więc przez całą resztę dnia byłam non-stop głodna, dygotałam z zimna i zasypiałam na siedząco ze wzrokiem wbitym w komputer. W poniedziałek to samo. ZGROZA! Mam nadzieję że nie będę musiała tego powtarzać przez najbliższe pięćdziesiąt lat.

       

      A teraz rodzynek, czyli zatroskane winogronko.

      Temat przewodni notki- the disappearing ścieżka.

      Pracuję w miejscu gdzie kiedyś mieszkałam. Ulica którą do pracy dojeżdżam kiedyś była drogą z betonowych płyt, po obu jej stronach zamiast ogrodzonych osiedli [zwanych gettami dla bananów] i willi rozciągały się pola, a jedynym budynkiem była budka gdzie ojciec zawsze kupował sobie piwo, a mi i bratu oranżadę, kiedy w leniwe letnie dni spacerowaliśmy w okolicy. Później powstały owe getta i wille, a drogę z płyt zastąpiła asfaltowa ulica z eleganckim brukowanym chodniczkiem po obu stronach. Chodniczkiem, dodam, zaopatrzonym w ścieżkę rowerową.

      [fot. Google]

      Ścieżka, jaka jest, każdy widzi. Fakt, że kretyńska nieco, bo kawałek dalej okazywało się że szara część jest dla rowerów, a różowa dla pieszych- to jakby odwrotnie niż ZAWSZE- ale wystarczyło popatrzeć gdzie jest namalowany rower czy pasy.

      [fot. Google]

      Przyzwyczaiłam się do tego, że przy ulicy są przystanki autobusowe i generalnie osiedle jest gęsto zaludnione, a poza tym jestem kulturalna i uprzejma- ową ścieżką zawsze jeździłam powoli, święte krowy omijałam, a kiedy nie było opcji ominięcia- dzwoniłam dźwięcznie moim dzwoneczkiem w kwiatuszki.

      Naprawdę mam dzwoneczek w kwiatuszki.

      Toteż zdziwiłam się lekutko, kiedy w piątek napotkałam na swojej trasie BABĘ. Baba szła sobie w moim kierunku szarym pasem, a więc tym co uważałam za ścieżkę. Szła i szła, patrząc się ewidentnie na mnie- nie że jakaś zamyślona czy pisząca sesemesa, więc nie użyłam dzwoneczka tylko się zatrzymałam przed nią, no bo trochę byłam zmieszana. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, babsko ryknęło: NO I GDZIE? Na co ja, kulturalnie: no jak to gdzie, po ścieżce. Usłyszałam że tu nie ma żadnej ścieżki i że mam sobie poczytać [nie wiem co], po czym baba z hukiem jak się pojawiła, tak zniknęła, zostawiając mnie w szoku. Niewiele myśląc, ogarnęłam się i pojechałam dalej, oczywiście ścieżką, no bo co? Rower namalowany jest, a wariatów nie brakuje. 

      W poniedziałek, z ciekawości, wpisałam w Google hasło: ścieżka rowerowa Gdańsk Myśliwska. I oto co się ukazało moim oczętom:

      http://trojmiasto.gazeta.pl/trojmiasto/1,35636,12746945,Sciezka_rowerowa_konczy_sie_na_slupie__Urzednicy_.html

      W skrócie: przy tej ulicy w 2012 roku miał miejsce wypadek, niestety śmiertelny. Samochód potrącił pieszego. W związku z tym władze miasta wprowadziły ulepszenia: ograniczenie prędkości do 30km/h [strefa], p[ie]rogi zwalniające, i.. usunęły ścieżkę rowerową. To znaczy znaki pionowe, bo poziome zostały i mają się dobrze. W ramach poprawy bezpieczeństwa teraz zamiast brukowanym chodniczkiem będę zasuwać ulicą między samochodami, tak zwanym rynsztokiem - wczoraj kiedy jechałam w ulewie było wspaniale.

      Naprawdę wspaniale.

      Napisałam do portalu trojmiasto.pl żeby może coś na ten temat skrobnęli, bo jednak dużo trójmieszczan do nich zagląda, a z tego co widzę- mało kto wie że przy Myśliwskiej nie ma ścieżki, tylko fantazyjny dwukolorowy chodniczek. Bo oprócz wyrwania znaku miasto nie zrobiło NIC. Mogli chociaż ten cholerny rower zamalować, ale nie. Ghh...

       

      A tak poza tym, to wszystko dobrze ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „o znikającej ścieżce.”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 25 września 2013 12:19
  • poniedziałek, 16 września 2013
    • nie ma zmiłuj

      no jednak, przylazła nieodwołanie i już trzeba schować do szafy fikuśne sandałki i klapeczki, sukieneczki i szorciki... Ale nie ma tego złego :)

      każda pora roku ma swoje zady i walety, jak to mówią.

      ewentualnie plusy dodatnie i plusy ujemne. Ewidentnym plusem ujemnym, tudzież zadem, jest to że pada deszcz. DUŻO deszczu. W czasie deszczu dzieci się nudzą a koty mokną, chyba że są cwane:

      Jak widać Ciapaty dalej u nas pomieszkuje. T. nawet położył mu na ławeczkę Loliny ręcznik, kochaś <3 wiedziałam że on tak tylko sobie żartuje o tym grillowaniu kota. Ciapolini dalej na antybiotyku, dalej zasmarkany, ale żwawszy się zrobił i chyba mu ulżyło po prochach na robale- ożywił się i śmiesznie truchta przez ogródek. Raz nawet widziałam jak się tłukł z Puszystym. W sumie to zebrał od niego bęcki, ale bronił się dzielnie. Bo oczywiście teraz już wszystkie osiedlowego koty, to znaczy na razie trzy, schodzą się do nas na żarełko. Puszystego wyganiam, bo śliczny jest ale wredny i silny, i sam mógłby sobie coś upolować, ale piękna czarnulka może się częstować

      Właśnie zrywa się do biegu, dzikuska. Fajne ma te białe palutki, nie? W ogóle ślicznotka, futro ma takie aksamitnie czarne że ah. Szkoda, że nie ma jednego oka, podejrzewam Puszystego awanturnika..

       

      Wracając do tematów jesiennych, musiałam pochować do domu moje roślinki, bo cholera wie kiedy nagle przyjdą mrozy albo inna zaraza, i w jednej kępce znalazłam taką oto kluskę

      Krzyżak łąkowy, Araneus quadratus, duża dziewuszka. Mam nadzieję że wszamała góóórę komarów i muszek owocówek! A teraz poszła precz z mojej miętki, przeniosłam ja na świerk. Mam nadzieję że będzie zadowolona.

       

      Nic już nie napiszę o porządkowaniu przepisów. Grunt, że pomalowałam paznokcie ;]

       

      Acha, i jeszcze kot spragniony [borze, jaka ze mnie kociara jest ostatnio! szok w kaloszach.]

      

      [to nic, że obok jest zielona miseczka. Z kapcia lepiej]

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „nie ma zmiłuj”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 16 września 2013 15:20
  • piątek, 13 września 2013
    • czy to już?

      poważnie? TEN czas? Wczoraj przeżyłam mały szok, co prawda jadąc do pracy wzięłam ze sobą czapkę z daszkiem, ale TAKIEJ ulewy nie przewidziałam! Dobrze że Alutka pożyczyła mi kurtkę.. Zaraz po obiedzie zakupiłam w Decathlonie foliową kurtkę przeciwdeszczową, wygrzebałam z szafy cieplejsze [i wodoodporniejsze] buty, tylko rękawiczek zapomniałam. No i żeby było śmiesznie, hamulec tylni mi się popsuł, więc nie mogę za szybko jeździć żeby w razie nagłego hamowania nie katapultować się przez kierownicę [kiedyś mi się zdarzyło]. Ale w radośnik T. na pewno naprawi, on zawsze naprawia to co ja popsuję :*

       

      No więc, nastała złota jesień. Bosko. Byleby deszcz padał jedynie w nocy, a w dzień grzało słoneczko- taka jesień może być. Ale niestety prognoza mówi że ma lać do przyszłej soboty, także zanosi się na intensywne użytkowanie kaloszy, picie ciepłej herbaty i siedzenie w domciu. Nie ma tego złego, może uda mi się przepisy ogarnąć? Jeżu, który raz już się do tego zabieram? ;] No i szkoda że już nie ma tylu świergolących ćwierkadełek na polach..

       

       

       

      Ciapaty kot coraz bardziej się z nami oswaja. W zasadzie to robi się wręcz bezczelny. Ciężko go wyprosić z domu, bo kiedy wypycham go stopą jednocześnie zamykając drzwi, on przeskakuje mi po kolanie i ładuje się do mieszkania. Muszę uważać żeby nie przytrzasnąć tych wszędobylskich łapek.. A wychodząc z chaty trzeba być czujnym jak czujka, bo kot często czai się na wycieraczce i można w niego wdepnąć. Aktualnie faszerujemy go antybiotykiem żeby wyleczyć ten nieszczęsny katar, a później? Hm. Może ktoś by chciał przygarnąć kotka? Lola nie wiadomo czemu nagle zaczęła się go bać. Normalnie przed nim ucieka. 30kg amstaff [na diecie]. Przed góra 3kg kotkiem [na antybiotyku]. Tajemnicza sprawa..

       

      Zamierzam dziś rozpracować dyńkę. Z tym uroczym warzywem dotychczas miałam do czynienia jedynie w formie pestek albo lampionu na helołin, tym razem się odważyłam - i zrobiłam papkę dyniowo-curry. Dobre wyszło, dzisiaj zupa! Dyńka jest dobra bo ma ładny kolor w taką burą jesień. Jedzmy dyńkę!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „czy to już?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      piątek, 13 września 2013 15:47
  • wtorek, 10 września 2013
    • ferment.

      Ferment może być różny. Kwadratowy i podłużny. Dobry i zły. Dobry ferment zamienia ogórki w kiszonki, a wiśnie w nalewkę. Zły ferment zamienia mój keczup i leczo w broń biologiczną.

      Niestety.

      W radośnik odbyliśmy dwa grillowania z sąsiadami- w sobotę z obecnymi, w niedzielę z poprzednimi- i bardzo chciałam z tej okazji zapodać mój domowy keczup. 

      KEFF!

      taki dźwięk wydał słoiczek keczupu odkręcony na sąsiedzkim grillu. Taki też wydał zapach. Nie wiem o co cho, ale keczup zamienił się w wino! Chyba mamy Jezusa w piwnicy. Dzisiaj przyniosłam resztę słoiczków do sprawdzenia, i przy okazji odkryłam w piwnicy źródło nieopisanego fetoru- słój leczo, które odkręciło sobie wieczko i syczy, i śmierdzi. Pożałowałam słoika, więc przyniosłam tego smroda do domu, wywaliłam zawartość do klopa i umyłam naczynko. Później myłam ręce jeszcze z pięć razy i posiekałam pół kilo cebuli, ale nic to nie dało- ciągle czuję skisłe leczo. Ghhh. Zemsta zza kibla.

       

      W ogóle to na grillu dałam drugą szansę kotletom sojowym - i TO JEST TO! Raz już próbowałam je zrobić, ale zjarały się na węgielki co mnie trochę do nich zraziło. Tym razem ugotowałam je w bulionie, pomaczałam w marynacie i grillowałam krótko, do zrumienienia- i wyszły rewelka. Oczywiście cukinia i tak kopie tyłki, ale takie kotleciki to naprawdę bardzo fajna sprawa!

       

      A w sobotę wzięliśmy kundla burego do weta, bo dawno już nie była na przeglądzie. Dostała prochy na robale, strzał na wścieklaka, zrobiono jej manicure [ku jej totalnej rozpaczy i dezorientacji], po czym pani wet orzekła że Lola jest PARÓWĄ i jeśli chcemy żeby była zdrowa i skoczna jak gazela trzeba jej kupić specjalne żarcie light dla PARÓW i nie dawać żadnych absolutnie innych rzeczy, np. resztek z grilla czy jajecznicy. Podejrzewam że gdyby Lola rozumiała co ta pani mówi, szybko rozszarpałaby jej gardło, a tak tylko merdała ogonem, durne cielę. A więc mamy kundla na diecie, który robi podchody do kociej miski [tak, kot ma już u nas miskę] i wierci oczami każdego, kto ma cokolwiek do jedzenia, nawet jeśli jest to grillowana cukinia czy śliwka mirabelka. Życie.

      A, dostaliśmy też antybiotyk dla Ciapatego, a eks-sąsiadka przywiozła dla niego prochy na robale- spożył. Grzeczne zwierzątko. On będzie naprawdę ładny jak się ogarnie i przestanie osmarkiwać sobie futerko.

      Kot swobodny.

      Szef wyjechał na kilka dni [do jutra] w tournee po kraju w związku z wygranym przetargiem który obejmuje wyposażenie 18 oddziałów pewnego urzędu rozstrzelonych po Polsce, więc pracuję z domu i mam trochę luzu. Na przykład dzisiaj postanowiłam sobie że zacznę notować co wsuwam, żeby sprawdzić wartość odżywczą, tak z ciekawości. I mam trochę kłopot, bo zamrażalnik pełen cukiniuszków i kotletów marchewkowych, których nie ważyłam przy robieniu, więc nie wiem ile mają B/W/T. Będzie trzeba improwizować. 

      A teraz wracam do robienia sosu cukiniowego i dania z dynią, T. pojechał z Wilkiem na motongach do Otomina i wróci pewnie głodny jak..głodomór jakiś. No.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 10 września 2013 18:04
  • wtorek, 03 września 2013
    • coś dla wegan sentymentalnych.

      dokonałam wspaniałego odkrycia! Jakiś czas temu w sklepie ze zdrową szamą kupiłam woreczek strunowy z magicznym pyłkiem. To pyłek który jest jednocześnie czarny i różowy. Pyłek, który robi czary. Zamienia wszystko w JAJO!

      Pyłek to sól czarna, kala namak, czyli sól z.. siarkowodorem. Niesamowite, ale dodana do tofucznicy nadaje jej jajowy posmak, ba, sprawdziła się idealnie nawet w podsmażonej owsiance!

      [płatki owsiane zalać wrzątkiem i odstawić żeby wciągnęły wodę. Na patelni podsmażyć np. cebulkę i pomidory, dodać płatki owsiane, kurkumę i czarną sól. Smażu smażu smaż, i tadą! Mamy cruelty free śniadanko :) na zdjęciu z chlebkiem jaglanym i pastą pietruszkową.]

       

      Ja osobiście za jajkami nie tęsknię- na samym początku mojego weganizowania pojechaliśmy na domek do znajomych, i tam skosztowałam jajecznicy z jajek od gospodarskich kurek- bllleee.. Chyba się odzwyczaiłam od smaku. Ale owsianka a'la jajo podchodzi mię i to bardzo! Jadłabym ją codziennie gdyby nie to, że to niezbyt zdrowo zaczynać każdy dzień od smażeniny. Szkoda ;) jak kupię tofu, spróbuję je zamarynować w czarnej solance- ciekawe co by z tego wyszło!

       

      W sobotę z samego rana, o 11, T. z młodym pojechali do warsztatu samochodowego żeby wymienić w samochodzie jakieś bebechy, a ja tymczasem posprzątałam chatę z użyciem wspaniałego, ekologicznego szpreju do czyszczenia! Ciężko mi było znaleźć coś czym można wyczyścić blat bez zacieków, a ten patent jest banalny i do tego tanioszka. Polecam :) Kiedy chłopaki wrócili [koło 15], T. zjadł obiad, odsapnął i mieliśmy jechać na siłkę. Dotarliśmy na miejsce o 17.48 i mogliśmy pocałować klamkę, bo okazało się że przybytek jest w radośniki otwarty do 18. Dziwna polityka, w tygodniu 7.30-22, a w radośnik 10-18, cóż. Wróciliśmy więc do domu, po drodze zaliczyliśmy dwa korki [wyprzedaż w okolicznym outlecie] i zakupy w kerfie, po czym T. zaprosił na wieczór kolegów, a ja udałam się do sąsiadki Wilczycy wraz z sąsiadką Martą na babski wieczór. Gospodyni podjęła nas kaszą jaglaną z duszonymi warzywami, i całą paletą przekąsek w formie paseczków papryki z guacamole, orzechów, suszonych jabłek [ja przyniosłam ;)] i precelków. Bardzo mi było miło i wegańsko kiedy zajadałam tą kaszę z warzywami, mhmm! Gadałyśmy sobie do północy o książkach, filmach [przy nich zawsze wychodzę na okropnie nieoczytaną i okazuje się nie wiem co ja oglądam, ale na pewno nie filmy :P], ciuchach, jedzeniu, osiedlu, zwierzakach....Nooo takie tam. Pogaduchy. Przyjemnie minął wieczór, jak wróciłam do domu panowie podejrzanie szybko się zawinęli i poszliśmy w kimono. W niedzielę mieliśmy mocne postanowienie siłowni, zabraliśmy ze sobą nawet jednego z uczestników baletu dnia poprzedniego- i odbyliśmy trening. Standard. Później pojechaliśmy kupić niezbędne elementy spożywcze i krótkie spodenki z decathlona [20pln!]. I jakoś tak radośnik zleciał. Czy uporządkowałam przepisy? Heh.. :)

       

      Dzisiaj są urodziny dziadka :) po pracy się do niego wybieramy, zrobiłam z tej okazji nerkownik z jadłonomii - przepis który chodził mi po głowie od dawna, ale zawsze wydawał się taki luksusowy [pewnie nerkowce po 45/kilo to sprawiły] i wyjątkowy, no i cóż- po pierwsze okazało się że przepis jest na formę do tarty o średnicy 18cm [ke?? to chyba foremka do piaskownicy..], i w dodatku wcale nie powala na głowę :( Ale dziadek na pewno doceni fakt, że nie musi gryźć orzechów, bo jak wiemy z reklam kremu corega, jest to czasami kłopot ;)

       

      A teraz strasznie mi się chce spać, i myślę sobie o yerbie na którą dawno nie miałam zapotrzebowania.. No i przynajmniej już nie leje!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „coś dla wegan sentymentalnych.”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 03 września 2013 09:52

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa