Wpisy

  • środa, 30 lipca 2014
    • fajnie, cieplutko ;)

      myślę sobie siedząc w robocie kiedy wokół mnie klei się dosłownie wszystko, powietrze stoi a temperatura prostuje zwoje mózgowe. Bo pozytywne myślenie to klucz do sukcesu!

      Oby tylko radośnik też był taki piękny.

      A co robić w tak boską, tropikalną pogodę?

      Na pewno pić dużo wody.

      I jeść wegańskie lody! :D

       

      W minioną sobotę byliśmy z małżem zaproszeni na wieczory panieńsko/kawalerskie do naszych nowych znajomych, którzy w przypływie spontaniczności zaprosili nas na swoje wesele na koniec sierpnia. Jak to ja, przygotowałam trochę poczęstun w formie tartaletek z kremem z kaszy mannej i owocami [pyszne!] oraz cukiniuszek, dawno nie robionych i trochę przykurzonych, ależ się za nimi stęskniłam!

      Impreza była bardzo udana, chociaż sporo kobitek wymiękło dość szybko ;) na koniec zostałyśmy we trójkę: przyszła panna młoda, świadkowa i ja. Bardzo sympatyczne dziewczyny są i liczę na kontynuowanie znajomości, bo nasi dotychczasowi znajomi to w większości motocykliści [spoko, tylko nie mam o czym z nimi rozmawiać :P] albo ludzie w wieku moich rodziców [em..].

      W niedzielę w ramach leczenia kaca walki z upałem, zaszaleliśmy i wybraliśmy się po raz pierwszy w tym roku nad morze [z zamiarem kąpieli]. Żeby uniknąć konfrontacji z tłumami, wybór plaży padł na Sobieszewo. Kiedy już dotarliśmy na miejsce, przyszły czarne chmury i lunął deszcz, ale co to dla nas! Przepchnęliśmy się przez masy ludzi ciągnące w kierunku przeciwnym, tzn. plaża->parking, i oto dotarliśmy!

      wyludniona plaża, idealnie!

       

      tuż za wydmami- piękny las

      Deszcz zaraz przeszedł, ale tłumy nie wróciły. Mimo chmur było bardzo ciepło, skąpaliśmy się w przyjemnie rześkiej wodzie i zalegliśmy trochę na piaseczku, było naprawdę miło i żadnego prażenia, no bo słońce schowane w końcu. Super!

      Mimo upałów trzeba coś czasami jeść, a dobrym sposobem na wykorzystanie resztek Violife do pizzy jest quesadillas 

      tak mi się przynajmniej wydawało, niestety opiekacz chyba też się zmęczył od panujących upałów i ledwo coś przypiekł, więc całość rozlatywała się dość spontanicznie

      niemniej jednak wyszło smaczne, nawet pan Tomasz zjadł ze dwie [sic!]

      No i nadszedł czas na zbiory! To oto kabaczysko urosło w moim ogródku i pewnie urosłoby sobie jeszcze, ale zerwałam je* bo bałam się że się zepsuje [albo zje Lolę]. Ważyło 1,4kg, rosną następne!

      Po nafaszerowaniu była szałowa, mam jeszcze dziś ćwiartkę w pracy ;)

      A dzisiaj grill ze znajomymi. Warzywka już się marynują :o) 

       

      *obcięłam nożem. Nie było łatwo!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „fajnie, cieplutko ;)”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 30 lipca 2014 14:32
  • czwartek, 24 lipca 2014
    • Tak wiele rzeczy, wow.

      Nie było mnie długo bo ponieważ pierwsze 3 dni tego roboczego tygodnia spędziłam w Lęborku.

      Bynajmniej nie wylegując się nad kaszubskim jeziorkiem lecz nosząc krzesła, czyszcząc szafy, odkurzając, poprawiając i dopilnowując. A było to tak.

      W zeszłym tygodniu chciałam dostać wolny piątek, bo spontanicznie małż oświadczył że chciałby pojechać na wieeelki zlot motocyklowy do Nowego Jasińca nad Zalewem Koronowskim. Nie byliśmy jeszcze na tak dużej imprezie a okazyjnie trafił się domek, no i towarzystwo w postaci sąsiadów z osiedla, także co tam.. Musiałam tylko załatwić z urzędem miasta w Lęborku ustawkę na poniedziałek- docelowo w czwartek miały tam zostać zamontowane wszystkie meble, więc w piątek trzeba by posprzątać i zrobić odbiór. Udało mi się jednak ustalić że przyjadę w poniedziałek, więc piątek miałam wolny. Spakowaliśmy manatki, torby podrzuciliśmy znajomemu który jechał samochodem a sami śmignęliśmy na motku. Po dotarciu na miejsce zakwaterowaliśmy się w tekturowym domku, który czasy świetności miał daaawno za sobą i był naprawdę, nawet jak na zapuszczony domek w kaszubskim ośrodku, MEGA zaniedbany. No ale co tam, nie przyjechaliśmy żeby w domku siedzieć, nie?

      Pogoda była piękna, gorąco i słonecznie, chcieliśmy więc skorzystać z jeziorka w celu kąpieli, jednak okazało się że jeziorko jest dość żyzne i obficie żyje własnym życiem..

      Ja generalnie nie należę do osób które brzydzą się wodorostów [oczywiście, ma to związek z moim weganizmem, w końcu mogę te krzaki chwytać pełnymi garściami i od razu zjadać jak mi sugerowano, haha, przezabawne :P], ale jednak kiedy się pływa w TAKIM buszu, który oplątuje się dookoła kostek, wczepia we włosy i kizia po brzuchu, to.......niee...

      Także kąpingu za wiele nie było. Ale nic to, organizatorzy zlotu zapewnili atrakcje- takie jak stoiska handlowe ze skórzanymi kamizelkami, sygnetami w czaszki, łańcuchami w czaszki, breloczkami w czaszki i bandanami w płomienie. I czaszki ;) Oczywiście do tego piwo, dużo punktów gastro [kebab, hot dogi, czipsy, wiadomo], PIWO, pokazy kaskaderskie i DUŻO PIWA.

      Najfajniejsze były oczywiście pokazy. 

      i TAKIE rzeczy!

      robiące wrażenie.

      Oczywiście zaraz znalazł się godny naśladowca, którego musiała zabrać karetka..

      Po pierwszej nieprzespanej nocy obudziliśmy się lekko wymięci. Wyobraźcie sobie noc w domku z papieru, otoczonym przez namioty. Przy każdym namiocie kilka motków, które są całą noc gazowane do odcięcia [brzmi to mniej więcej tak]

      w komplecie z.. ujadającym yorkiem, którego jakiś debil ostatni zabrał na zlot.

      Także nie pospaliśmy sobie. Następnego dnia na pocieszkę chcieliśmy pożyczyć kajaki i popływać po zalewie, niestety okazało się że ośrodek na czas zlotu zawiesił wypożyczalnię sprzętu wodnego. Ponieważ było gorąco okropnie, wskoczyliśmy na motki w stroju mocno amatorskim

      i pojechaliśmy powoli do oddalonego o jakieś 8km ośrodka w Pieczyskach. Tam uświadczyliśmy kajaczków i zrelaksowaliśmy się w ciszy i spokoju na jeziorku, w towarzystwie kaczej rodziny

      i perkozów dwuczubych

      Pokręciliśmy się po okolicy i wróciliśmy do ośrodka, pooglądaliśmy jeszcze to co było do oglądania

       

       

      jakiś tatuś-motocyklista przywiózł sobie mini-me

      i w sumie podjęliśmy decyzję o wcześniejszej ewakuacji. Udało się spylić domek, i noc z soboty na niedzielę spędziliśmy w błogiej ciszy, cudnie było ;)

      A co na takim spędzie [2500 osób!] je wegus? Coś się zawsze znajdzie

      były jeszcze placki ziemniaczane i więcej surówek :)

      to leczo jest takie se, strasznie kwaśne

      Generalnie czerwona fasolka z puszki robi robotę ;)

      A w poniedziałek udałam się do Lęborka po to, żeby spędzić tam cały dzion i zobaczyć że nie ma wszystkich mebli.

      We wtorek to samo.

      W środę udało się zrobić odbiór. Uff.

      Ciekawostka- kupiłam sobie w Pepco w Lęborku gatki, bo w Gdańsku ciężko znaleźć mój kolor a tam akurat był ;) przyłożyłam je do kupionych wcześniej, i co? Mniejsze! A rozmiar ten sam. Także radzę uważać, bo w Lęborku mają mniejszą rozmiarówkę ;)

      I tym oto sposobem mam już prawie następny radośnik!

      I w ogóle to jest 24 lipca! Jak tak dalej pójdzie, zaraz będę miała 60 lat.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Tak wiele rzeczy, wow.”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 lipca 2014 16:01
  • poniedziałek, 14 lipca 2014
    • znikająca pakora!

      się porobiło, człowiek w pracy nie może nawet spokojnie jakiejś ciekawej notki dodać, bo musi PRACOWAĆ. Niedorzeczność! A żeby tego było mało, w piątek przyszło mi pracować fizycznie. W związku z odbiorem w jednym z meblowanych aktualnie kaszubskich inkubatorów [przedsiębiorczości], musiałam się udać z koleżanką Alutką posprzątać i sprawdzić czy grzebki [czyt. montażyści] zrobili wszystko dobrze. Tak. Ja, kierownik działu sprzedaży, projektant, ogarniacz przetargów a w wolnej chwili fachowy serwis sprzątający ;) orzech-orkiestra! W każdym razie myślałam że wpadniemy z odkurzaczykiem na 2-3h, pach pach, posprzątane i pachnące. A pupa! Siedziałyśmy tam do 15 z hakiem [od 7.30]. W międzyczasie jeszcze Alutka zrobiła małą rozpierduchę bo wylał się jej rozpuszczalnik, i wykładzina zmieniła kolor z szarego na brązowy.. ale udało się to uratować ;) Ostatecznie wszystko poszło dobrze, protokół mamy, FV wysłałam dziś, AHA.

      Od śmierci głodowej między odkurzaczem a mokrymi ściereczkami z biedronki [polecam] ratowały mnie wafle ryżowe zwane styropianem, śmierdząca lecz pyszna sałatka z bobem i czosnkiem [yeah], oraz TO:

      batoniczek dostępny w żabkach i freszach, który oprócz tego że jest KOSZERNY jest też WEGAŃSKI, ale akurat mi się w tym miejscu papierek urwał ;) smaczna to rzecz, jak ciasteczko z konfiturą, polecam, zachwalam i wcinać będę na bank!

      Radośnik wiadomo jaki był. To znaczy nie wiem jaki był u Państwa, ale u mnie w sobotę na przemian lało, padało, kropiło i mżyło. Lola jest szczęśliwa, bo brak upału=brak zawału, ale ja to jednak wolałabym się poopalać. Plus dodatni jest taki, że przynajmniej nam ogród podlało. W niedziele też trochę było słabo, ale już lepiej. Małż się ogarnął i wróciliśmy na siłkę, więc można było trening zrobić, ale tak to co..? Ino chlać. Albo robić sznurkowe bransoletki. Albo pichcić coś, co się wiecznie odkładało na niezidentyfikowane "później". I tak powstała pakora z kalafiora by jadłonomia 

      Nawet nie było takiego dużego bajzlu

       

      Sos zrobiłam ze słonecznika, bo szkoda mi było burżujskich nerkowców ;) ale i tak wybornie smakowało z sosem BBQ!

      A dlaczemu znikająca?

       

      dlatemu :)

       

      smacznego!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „znikająca pakora!”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 14 lipca 2014 16:16
  • wtorek, 08 lipca 2014
  • poniedziałek, 07 lipca 2014
    • konflikt interesów

      co ja robię cały dzień że mi tak leci? Zgroza!

      Gorąco jest, fajniutko. W sobotę o 17 odbył się na plaży w Brzeźnie maraton Zumby- OCZYWIŚCIE chciałam pójść, i OCZYWIŚCIE nic z tego nie wyszło bo na 19 byliśmy zaproszeni na wspomnianego grilla. A sobotę spędziliśmy 5h w samochodzie [aaa!] w drodze do/z Darłowa, na festiwal przemocy czyli zlot miłośników militariów [młody lubi]. Pojechaliśmy, dotarliśmy, kupiliśmy skisłe gotowane kukurydze [fuj :/], obejrzeliśmy jakieś czołgi i stoiska z iście jarmarcznymi akcesoriami- od wykopanych w ogródku kawałków blachy stanowiących zapewne jakiś strategiczny element bombowca, przez repliki granatów i chińskie plastikowe topiki w moro po gumowe włochate pająki na pompce. Na koniec obejrzeliśmy sobie piękną plażę nad otwartym morzem gładkim jak stół, i mogliśmy sobie najwyżej powąchać wodę, bo nie mieliśmy ręczników ani ciuchów na zmianę. Fakt, wychodząc miałam plan coś wziąć, ale T. powiedział że nie będzie czasu i się go głupia posłuchałam. Kiedy się nauczę że męża się nie słucha? ;)

      za mundurem..korek sznurem

      tu kupiłam dobry kwasik chlebowy!

      duże autko służy do przewożenia mniejszych autek, wiadomo.

       

      parada atrakcji. Wspomniane pająki, plastikowe karabiny i kapelusz Majkela Dżeksona, witamy na militarnym pikniku!

      plaża. Grrr.

      Weszłam do wody na tyle na ile mi pozwalały spodenki i goniłam rybki :)

       

      Wieczorem udaliśmy się na grilla. Wspominałam wcześniej że chciałam zrobić dobre vegan żarcie i ulepiłam wiadro burgerów z ciecierzycy, zamarynowałam miskę cukinii, cebuli i pieczarek i zrobiłam też trufelki na słodko. Efekt oczywiście był taki, że najpierw na ruszcie wylądowało mięso, a kiedy moje warzywka były gotowe wszyscy byli tak opchani że nie mieli ochoty nawet skosztować.. Pfeh, ostatni raz tak się narobiłam. Plus jest taki, że mam dużo zamrożonych burgerów na kryzysowe czasy ;) no i towarzystwo było miłe..nawet zostaliśmy zaproszeni na ślub gospodarzy. To nic, że widzieliśmy ich drugi raz w życiu. Whisky connecting people ;)

      W niedzielę natomiast zerwałam się bladym świtem [po 8], i w przypływie szaleństwa wzięłam psa na sznurek i poszłyśmy na pole zbierać poziomki. Kiedy wróciłyśmy [po 30min], Lola rozjechała się na podłodze i sapała tak okrutnie, że już ją chciałam brać w samochód i jechać do weta.. kompletnie się nie mogła ogarnąć bidula :( Ale zmoczyłam jej wodą poduszki łap i futro, podałam dopyszcznie wodę i odpaliłam wentylator. Schłodziła się i wyszła do ogrodu dalej się prażyć. Dziwne zwierzę. W każdym razie spacery w upał trzeba minimalizować.

      Akcja ratunkowa

      Następnie poszłam sobie do Krowy, bo w zeszłym tygodniu się nie widziałyśmy i chciałam pogadać. Akurat się napatoczyłam na właściciela który szedł przeprowadzić ją kawałek dalej, coby miała cień i nową trawę, pogadaliśmy chwilę o czystości okolicznych jeziorek [podobno w Otominie lepiej nie pływać] i zostawił nas same. Krowa ucieszyła się ogromnie z jabłka i kalarepki które jej przyniosłam w darach, a 1,5l wody z miski wciągnęła dwoma łykami i rzuciła mi spojrzenie pełne politowania.. Nic dziwnego, jakoś mi wyleciało z głowy że to zwierzak ważący ca 300kg i taka ilość wody to dla niej raczej niewiele. Później postałyśmy sobie na polu, podrapałyśmy się po szyjach i boczkach [ja byłam stroną drapiącą, wszak krowa nie ma paznokci ;)], w ramach podziękowania zostałam polizana szorstkim jak papier ścierny jęzorem [albo sprawdzała czy da się mnie zjeść, hm.]

      Krowi ukłon. Kulturka musi być.

      Około 13 mój skac..em.. zmęczony ;) mąż dojrzał do tego, żeby wybrać się nad jeziorko. Padło na Łapino. Na miejscu oczywiście bazylion ludzi, ale udało nam się dopchać do wody- skąpaliśmy się chwilę i w sumie mogliśmy już jechać, bo przyszły ciemne chmury i zaraz zaczęło padać. Ale kąpiel nareszcie zaliczona, yaaay! :))

      O 17 w Sopocie też miała być zumba. Przyjechaliśmy-deszcz. Jak nie psi urok.. Dzisiaj na 20 w Calypso, mam darmową wejściówkę którą dostałam na akcji z pompkami. Ciekawe co tym razem ;)

      morze w Sopocie, mniam mniam!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „konflikt interesów”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 07 lipca 2014 15:54
  • wtorek, 01 lipca 2014
    • bezczynność

      mnie pożera tak okropna, że czuję jak obrastam mchem i hubą.

      Od dwóch chyba tygodni nie chodzimy na siłkę, bo T. zdecydował że ma teraz tyle pracy, że nie ma siły na treningi.

      Spoczko, powiedziałam sobie, odkurzę program insanity i będę w domu ćwiczyć.

      Dupa, oczywiście. Ledwo się mogę ogarnąć, a dodatkowym problemem jest to, że do ćwiczeń potrzeba lapka który w domu jest jeden, więc muszę ćwiczyć kiedy T. nie ma w domu albo coś sobie gmera w garażu na przykład. No ale przede wszystkim muszę się zmotywować.

      Niniejszym więc, MOTYWUJĘ się i obiecuję sobie tu o, publicznie, że dziś po pracy ćwiczę, a jak nie to proszę mnie zbesztać.

      Wyjazd na zlot się owszem, udał :) pogoda co prawda była kiepska a w porywach okropna [ściana deszczu], na szczęście nie mieszkaliśmy pod namiotami, więc dało się przetrzymać. Mogłam sobie zgrillować moje dziwne wegańskie żarcie bez najmniejszego kłopotu, nawet zjadłam w ośrodku pierogi ze szpinakiem [bez fety!] i krem z pieczarek [bez śmietany!], więc można powiedzieć że menu wegańskie mieli w minimalnym stopniu opracowane. Tańce i hulanki wieczorami były, i ogórki małosolne kaszubskie przepyszne! Zaliczyliśmy jedną wycieczkę rowerową, 10km między deszczem a ulewą- co prawda szlak turystyczny którym jechaliśmy nagle się urwał i trzeba było wracać, ale i tak fajnie było się trochę poruszać. Niestety, nie odważyłam się na kąpiel w jeziorku, ale słońce za oknem mówi mi, że to już niedługo :)

      A dziś 1 lipca..! Gdzie te czasy, kiedy w połowie kwietnia kąpałam się w MORZU..?

      Starzeję się.

      A na następny radośnik jesteśmy zaproszeni do znajomych-nieznajomych [tzn. ja ich za bardzo nie znam] na parapetówkę z grillem- dostałam za zadanie ogarnąć warzywa [dla porównania- T. ogarnia..węgiel ;)], więc właśnie wymyślam menu. Oczywiście bardzo zależy mi żeby było pysznie i żeby wszystkim posmakowała cruelty-free opcja.

      Zdjęć dziś ni ma, ale będzie krótki filmik.. dla przemyślenia. Wiem, że obiecywałam nie robić krucjaty, ale boli mnie serduszko i czasami muszę jakąś małą propagandę zasiać.. Zwłaszcza, że wiele osób jednak nie zdaje sobie sprawy z realiów hodowli [ja kiedyś] i nie wie, że można jeść nie krzywdząc [ja kiedyś], i po zapoznaniu się..może coś zakiełkuje w głowie :)

      go vegan..!

      PS. wszystkiego dobrego z okazji Dnia Psa!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „bezczynność”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 lipca 2014 16:05

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa