Wpisy

  • czwartek, 29 maja 2014
    • co to ma być?

      dawać mi tu tych którzy narzekali że upał, gorąc, żar i ukrop! No, już! Przecież ta pogoda to jakiś żart. Wczoraj jak jechałam do pracy to tak wiało, że nawet z górki musiałam pedałować, bo mnie pchało z powrotem. Jeśli biednemu wiatr w oczy wieje, to chyba zbankrutuję.. Dzisiaj natomiast wieje nieco mniej [co nie znaczy, że zupełnie nie], ale za to pada deszcz a temperatura jest jeszcze bardziej absurdalna- 7,9 stopnia! Nic dziwnego, że dziś zaspałam. Funkcja obronna organizmu. Później wykipiało mi mleko [sojowe] które sobie gotowałam na jaglankę, ale przynajmniej ochłodziłam sobie ugotowaną już kaszę w najlepszy możliwy sposób, czyli mrożonymi bananami i truskawkami. Banan zamrożony to w ogóle genialna rzecz, bo ma w sobie to COŚ, co sprawia że nie zamarza na kość, tylko ciągle pozostaje miękutki i do gryzienia :} więc jak trafią się wam na wyprzedaży poczerniałe bananki, polecam obrać, poplastrować i zamrozić, idealne do jaglanki, owsianki, musli czy koktajli.

      No i musiałam wyjąć z kanapy skrzętnie schowane w niedzielę zimowe rowerowe ciuchy.. ale o rękawiczkach już nie pomyślałam, i łapki mi zmarzły przeokrutnie! Tak to bywa jak się orzech spieszy.

      Natomiast geczuki lamparcie znalazły nowy dom! W sobotę wysłałam je w dwugodzinną podróż ciopągiem [nielegal], ale dotarły szczęśliwie i już mają nowego ziomka i na pewno są szczęśliwe. Noo i mam terrarium do zagospodarowania.. :>

      Wczoraj w Lidlu za resztę dukatów kupiłam przyprawę do burrito i quesadillas, i tortille. Quesadillę bym sobie zjadła, ale potrzebne jest lepiszcze do tortilli- myślę że w tej roli sprawdzi się idealnie ser-nie-ser do pizzy Violife który już zamówiłam z tempehservice, a który opłacę jak dostanę nową wypłatę bo ze starej zostało mi na cukinię i koperek ;]

      Na zumbie było fajnie, bo pusto- kiedy w ostatnie upały na sali z kaleką wentylacją gibało się 30 panienek a ja na dodatek nie miałam gumki do włosów [a pióra mam długie], myślałam że skisnę. Wczoraj było nas z piętnaście, do tego przyjemny chłodek na sali [jednak wolałabym słońce za oknem i klimę eh]. Dzisiaj zaś trening siłowy, myślę, że plecy i triceps ;)

      W czerwcu podobno ma się szykować szkolenie VeganWorkout, cieszę się okrutnie, mam nadzieję tylko że nie skoliduje się z moim urlopem ani rozprawą sądową, to by była straszna kiszka..!

      To teraz focie, czymże byłby wpis bez foci?

      W niedzielę odbył się Bałtycki Festiwal Nauki. Ostatni dzień, więc już nie było wszystkich atrakcji jakie mieliśmy zamiar zaliczyć, ale i tak było na co popatrzeć. Choćby na gmach Polibudy

      na robociki, ten był bardzo skomplikowany i sobie stał, pewnie to Robot Arcy Luksusowy i Poważny

      A ten był śmieszniutki, gibał się i przestępował z łapki na łapkę, nawet miał oczęta z piłeczek pingpongowych!

      Były eksperymenty z ciekłym azotem, bardzo widowiskowe

      np. ciekły azot wylany na rękę natychmiast wrze i sobie spływa nie robiąc żadnych uszkodzeń [jeśli skóra jest gładka] [ręka mężowska :]]

      i chemia domowa, czyli m. in. ciecz nienewtonowska z wody i mąki ziemniaczanej, która przy uderzeniu jest ciałem stałym, a jak się ją delikatnie kizia to robi się płynna

      zamienianie wywaru z czerwonej kapusty na wszystkie barwy tęczy, śliczne!

      i niesamowite budyneczki starego Wrzeszcza, przy których zostawiliśmy auto [mind the drabinka dla kota :]]

      czyż nie wspaniałe?

      a przed nimi stał trabek..! fakt, że przyrośnięty do ziemi.. szkoda.

      dobra, trzeba trzaskać zamówienie na krzesła dla inkubatorów, i zjeść wydobyte rano w pośpiechu z zamrażalnika kotleciki niewiadomego pochodzenia, oby nie były z makreli jak już mi się to raz zdarzyło ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „co to ma być?”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 maja 2014 15:02
  • wtorek, 27 maja 2014
    • duuużo żarcia :D

      tak tak, bo wreszcie miałam okazję przetestować trochę przepisów z mojego niekończącego się kajeciku. I tak oto, na pierwszy ogień poszły

      cebularze, z bloga SmakowityChleb . Przepis oczywiście zweganizowałam, czyli po prostu wywaliłam jajka a masło zastąpiłam olejem. Żadna filozofia. Więc składniki w mojej wersji wyglądały tak o:

      250 g mąki pszennej [dałam 150g białej i 100g razowej]

      opakowanie suszonych drożdży instant (7g)

      125 ml letniego mleka sojowego lub wody

      30 g oleju

      łyżka cukru

      łyżeczka soli

      2 cebule

      czubata łyżka maku

      sól, pieprz

      Wymieszać mąkę z drożdżami, cukrem i solą, wlać podgrzane mleko soj i wyrobić ciasto. Przełożyć do wysmarowanej olejem miski i zostawić na 1h w ciepełku. W tym czasie usmażyć do zeszklenia posiekaną cebulkę i wymieszać ją z makiem. Z wyrośniętego ciasta zrobić 4 większe albo kilka mniejszych placków, nałożyć cebulę z makiem, przykryć i zostawić jeszcze na 45min. Piec w 190st 20 minut. Pyyyszne, ale sporo rosną, więc cebuli może się czasem wydać za mało- ja następnym razem wmieszam jej jeszcze trochę w ciasto :)

      Następny wynalazek: boska duszona kalarepka od Surri! Moje lenistwo poszło nawet dalej niż autorki- dałam pomidory z puchy ;) to danie tak banalne, szybkie i smakowite, że jadłam je dwa dni z rzędu i czuję, że dzisiaj też je uskutecznię

      sTruskawki od teściowej z warzywniaka ;]

      dostałam też czarne pomidory. niestety, po przekrojeniu są normalnie czerwone, oszukańce :P na zielonych kanapeczkach, z awokado i pastą pietruszkową

      Upichciłam też racuszki od Laktoovo anymore, co prawda z nektarynką, ale wyszły smakowite :]

      przy okazji można przeprowadzić eksperyment: po czym poznać, że patelka się nierówno nagrzewa?

      na koniec spróbowałam jeszcze cuda zwanego torta di ceci, znowuż od Laktoowo. Wyszedł taki..no, placek, w smaku nawet spoko... od którego nie można się oderwać! Wpadła w niedzielę eks-sąsiadka i gadałyśmy sobie zajadając się bez umiaru, wciągnęłyśmy połowę. Także jest szał, szkoda tylko że mąka ciecie taka droga..

      A w sobotę padał u nas grad, TAKI wielki!

      na koniec jeszcze myślicielka Lolita

      wczorajsze tournee po kaszubskich inkubatorach przedsiębiorczości poszło sprawnie- właśnie porządkuję ustalenia i szykuję zamówienia :] pogoda się skefiła, ale skoro i tak siedzę w robocie.. poza tym na rowerze się przyjemniej jeździ, a dzisiaj czeka mnie wyprawa do Lidla. Ciao!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „duuużo żarcia :D”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 maja 2014 15:54
  • czwartek, 22 maja 2014
    • PUFF! i trochę w temacie będzie

      ..jak gorąco.

      Cudnie, nie? :)

      Szkoda tylko, że trzeba w tyrze tyrać. Ach, skąpałabym się w jeezioorkuu...ale to już niedługo! Przyszły tydzień zapowiada się aktywnie, pn i wt pewnie spędzę poza biurem- na ustaleniach w sprawie meblowania inkubatorów przedsiębiorczości. To będą nasze kolejne inku, po warszawskim :] można powiedzieć, że będziemy się w tym specjalizować. W sobotę zabieram protestującego małża i idziemy na małą imprezę komunistyczną mojego kuzyna. Chętnie się wybiorę, bo ostatnio przyjemniej mi się spędza czas w towarzystwie moherowej mamy-mojej-mamy i jej córek, ciotek moich, niż w towarzystwie rodziny od strony ojca. Zazwyczaj było odwrotnie, ale cóż, ludzie się zmieniają. Wierzę że będzie przyjemnie, na dobry początek odpuścimy sobie kościelną ceremonię ;] i upichcę sztandarowe paszteciki soczewicowo-jaglane!

      Na osiedlu spokojnie. Naprawiają nam elewację, Tomasz już zjechał kogo trzeba że źle robią, mój dzielny małż ;) i kukułki przyleciały, kukają! A żurawie w tym roku chyba cały sezon spędzą. Codziennie widzę je na polu i słyszę od bladego świtu jak się drą, już się nawet w miarę oswoiły ze mną na rowerze i nie uciekają- tylko łypią czujnie. Ciekawe gdzie mają pisklaka :]

      To teraz trochę fotecek. Na początek miłe i ładne, później - ostrzegam - będzie coś w temacie nagłówka, więc osoby z arachnofobią uprasza się o nie scrollowanie poniżej zdjęcia psa ;)

      Na początek zgadywajka: co to za ptaszyn, ten z czerwoną piersią? Niestety zdjęcie wyszło nieostre, a delikwent szybko się zmył :[

      Natomiast to jest białorzytka! Prawda?

      No i tak. Widać dlaczego nie martwię się o bezpieczeństwo zwierzyny płowej puszczając Lolę luzem po polu. Ten pies jest ślepy, głuchy i niegramotny.. Zresztą, nawet jakby co- przypominam, że ona wychowała półtora kota [bo jednego całkiem, a drugiego troszkę], kochała szczura, znalazła pisklę bekasa i była przeszczęśliwa możliwością patrzenia na puchatego ptaszka

      Teraz, żeby nie było, że nie ostrzegałam ;)

      Skakun. Moje najulubieńsze pajączki. Malutkie, skaczące, o wieeelkich oczach, doskonały wzrok! Kiedy położysz przed skakunem palec, nie wejdzie na niego jak mrówka czy inny owad- on spojrzy do góry [bez kitu, podnosi głowotułów żeby dobrze się przyjrzeć], jak nie obejmie całości wzrokiem to robi skok do tyłu dla lepszej perspektywy. I patrzy ci się niemal prosto w oczy: zgłupiałaś? Zabieraj ten palec, ja tu idę! Czasami obejdzie przeszkodę dookoła dokładnie ją lustrując. Przeurocze są!

      co mi tu..?

      na zdjęciu samiczka najprawdopodobniej skakuna arlekinowego [Salticus scenicus]. Ślicznotka, prawda?

      I jakiś ukośnik, samiec, złapałam go jak popylał po podłodze. Też ciekawe pająki, również mają dobry wzrok [jak to pająki które nie budują sieci, tylko aktywnie polują- np. kwietnik lubi siedzieć na kwiatach, zmienia kolor żeby go nie było widać i wyczekuje nieuważnej muszki], ale chodzą bokiem [stąd nazwa angielska: crab spider]. Zimą hodowałam jednego w pudełeczku, i zauważyłam że zaniepokojone udają padlinę- tzn przestają się ruszać, sztywnieją. Można je odwrócić do góry dnem i kiziać po brzuszkach :D

      W każdym razie koleżka poleciał do ogrodu. Baby sobie szukaj, stary. I powodzenia!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „PUFF! i trochę w temacie będzie”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      czwartek, 22 maja 2014 16:06
  • poniedziałek, 19 maja 2014
    • zwalcz system, idź do muzeum nie tylko w nocy i faszeruj cukinię!

      Wspominałam jakiś czas temu, że 9 czerwca będę się sądzić z kierowcą autobusu, który chciał rozjechać mnie, jadącą zgodnie z przepisami ruchu drogowego bogu ducha winną rowerzystkę? Na pewno. Nie liczę na cuda z okazji tej rozprawy, podejrzewam raczej że sprawa zostanie umorzona. W każdym razie, od tamtego czasu jeżdżę nielegalnie chodnikiem. A przynajmniej jeździłam, bo od kilku tygodni przy chodniku stoją takie cudne znaki:

      Fajne, nie? Jak spytałam sąsiada- policjanta z drogówki co to cudo oznacza, poskrobał się po czole z nietęgą miną i wzruszył ramionami. Nawet kolegów z branży pytał. Nikt nic nie wie.

      Na szczęście gugle wiedzą.

      To znak C-16/T-22 "Chodnik z dopuszczonym ruchem rowerowym", sama do tego doszłam ;) Czyli można jechać chodnikiem, ale nie trzeba [jak ktoś lubi cisnąć ulicą]. Oczywiście piesi mają pierwszeństwo i trzeba na nich uważać, a przez przejścia rower przeprowadzać. Może się komuś taka wiedza przyda. Dodatkowo drogowcy zamalowali ozdobne rowerki na chodniku, i namalowali je na ulicy. Także mogę już legalnie sobie jeździć chodniczkiem nie ryzykując konfrontacji z pieszymi [chociaż wiadomka, zawsze się może jakiś szaleniec napatoczyć] ani mandatu [A SPRÓBOWALIBY!]

       

      Także tego. 

       

      Radośnik upłynął jak zwykle niespostrzeżenie. W sobotę natomiast wybraliśmy się na miasto żeby wypróbować Noc Muzeów. Akcja organizowana co roku polegająca na tym, że od godziny 19 wstęp do muzeów, galerii i na wystawy biorące udział kosztuje 1pln. Moja madre co roku zabiera młodego i sobie łażą, stwierdziłam że tym razem ja też chcę, zwłaszcza że nie byłam w żadnym muzeum od....wstyd się przyznać.

      Młody miał za zadanie wybrać obiekt który chce zwiedzić- wybrał wystawę Drogi do Wolności na przeciwko Zieleniaka, pewnie dlatego że stoi tam kozacka amfibia

       

      Odstaliśmy swoje w dłuuugaaaśneeej kolejce [serioszka, godzina stania, na szczęście deszcz nie padał]

      dostaliśmy się do środka. Można było poczuć się jak za dawnych lat..

       [tak, pamiętam ;)]

      i docenić to, że żyjemy w spokojnych czasach w Polsce

      kiedy władza nie strzela do obywateli

      ani nie używa innych środków przymusu

      na co dzień się o tym nie myśli, wiadomo że kiedy jest dobrze człowiek i tak wynajdzie sobie coś do zrzędzenia, nawet jeśli wobec sytuacji innych ludzi w okolicy [Ukraina na przykład] jest to żenująco śmieszne

      takie przemyślenia.

      Po wyjściu z wystawy stwierdziliśmy, że mamy dość kolejek, i że jak się odchamiać to nie tak [zwłaszcza, że normalnie bilet na tą wystawę kosztował...6pln]. Trzeba wziąć się w garść, przelecieć spis muzeów w Gdańsku [mamy ich tu trochę] i wybrać się w jakiś normalny dzień, kulturalnie, bo warto. Poszliśmy sobie więc na spacer na starówkę, po drodze hacząc o jedzenie [Kebab Star na Rajskiej- zjadłam z mamą na spółkę pyszne falafelki z surówkami, kaszą i piernym sosem! Nie mam zdjęcia bo jakoś tak głupio :P ale w ogóle sam lokal ciekawy- kebabiarnia w formie restauracji. Dotychczas kebaby kojarzyły mi się z budkami gdzie można było ewentualnie przycupnąć na plastikowym, ubabranym sosem i piwem i nie-wiadomo-czym krzesełku, a najlepiej to uciekać z bułą w dłoni. No i falafele były! To jest ewenement, pierwszy raz się na nie natknęłam w kebabie! Wielki +!]

      Kolejka do Muzeum Bursztynu w Zbrojowni

      Wielki Młyn i fruwające nietoperze, super!

      Długa nocą to jest piękna sprawa

      Zielona Brama, zielona jak nigdy :)

      I koń, jaki jest, każdy widzi. A na koniu król- Jan III Sobieski.

      Jeszcze słówko o faszerowanej cukinii- mój hit ostatnich kilku dni. Cukinię trzeba przekroić wzdłuż, wypatroszyć łyżeczką albo takim kulkowaczem do arbuzów [ ;) ], napchać tam ugotowanej soczewicy/kaszy/ryżu z warzywami [u mnie cebula, pieczarki i suszone pomidory z oleju] i przyprawami [zioła prowansalskie, sól :]]. Przykryć folią alu i piec w 200stopniach ok 20min [aż cukinia zmięknie]. Zajadać! Dobra na ciepło, na zimno i z grilla też, nawet szanowny pan Małżon wciągnął prawie całą i zostawił taką jeno dupkę, raduje się moje serce wegańskiej małżonki, zawsze to jedna kurka do przodu!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „zwalcz system, idź do muzeum nie tylko w nocy i faszeruj cukinię!”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 19 maja 2014 15:40
  • środa, 14 maja 2014
    • środa.

      czas na zumbę! :D w poniedziałek byłam na jodze i mam TAKIE zakwasy prostowników, że szok. Ale zauważyłam, że chodzę i siedzę wyprostowana jak struna.. coś w tym jest. myślę, że jogę mogę włączyć do harmonogramu, chociaż trochę żal mi że zostanie tylko jeden dzień na trening siłowy.. no nic, zobaczymy jak się plany ułożą.

      śniło mi się, że poszłam z małżem na pole, a tam jakieś okropne baby wyjadają nam poziomki..! to już niedługo, trzeba wzmóc czujność i postawić patrole ;) 

      tymczasem lecę, bo zaraz chyba lunie deszcz..

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „środa.”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 14 maja 2014 16:07
  • poniedziałek, 12 maja 2014
    • no ja nie wiem

      co ludzie mają z tymi szparagami. z każdego rogu atakują mnie ochy i achy, promocje, oferty, przepisy. no to cóż, poszłam do Lidla i kupiłam pęczek. Okazało się, że nie dość że znowu [jak co roku] pomyliły mi się odmiany i kupiłam tą białą, wymagającą obierania [jakoś logiczne mi się wydaje, że białego się nie obiera, w przeciwieństwie do zielonego- nie wiem czemu %)], to po ugotowaniu [zgodnie z zaleceniami internetowych guru spożywczych] mogłam sobie zjeść pęczek łykowatych [mocno obrałam!] warzyw prawie bez smaku [nie gotowałam za długo, ba- na parze!] polanych sosem beszamelowym na bulionie z obierek szparagowych [patent z internetów], który był mocno średni. No nie wiem, nie wiem, chyba się nie nadaję na to. A za pęczek zapłaciłam 7pln. Miałabym 2kg cukinii za to..

      w ogóle co za szalony radośnik był pod względem pogody! Masakra, w niedzielę biegałam z praniem z ogrodu do salonu co kwadrans. W końcu się zmęczyłam i poprzestałam na przykrywaniu go kocem. No i jeszcze bardziej w końcu schowałam je do mieszkania. Po czym wyszło słońce.. w maju jak w garncu?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „no ja nie wiem”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 12 maja 2014 16:04
  • piątek, 09 maja 2014
    • kandydat do Orderu Kijanki

      oczywiście, że musi padać deszcz, w końcu podlałam ogródek ;)

      korzystając z iście monsunowej pogody [dobrze że nas nie złapała na kajakach, bo byśmy poszli na dno!], pochwalę się jakie mój mąż ma [mimo wszystko ;)] dobre serduszko.

      Po wielkanocy wstawiłam fotkę miliarda kijanek kłębiących się w polnej kałuży. Od tego czasu bywaliśmy w okolicy parokrotnie, i zauważyliśmy że kałuża zaczęła intensywnie wysychać [to było zanim niebiosa się otwarły ;)], i odcięte od możliwości przepłynięcia do jej głębszej, schowanej w krzakach części kijanki znajdują się w sytuacji mocno nieciekawej. Tak jak w zeszłym roku ratowaliśmy żaby, tak w tym natentychmiast rzuciliśmy się na pomoc żabim larwom! Zaopatrzeni w profesjonalny sprzęt w formie wiaderek po ogórkach kiszonych i łopatek ;) przenieśliśmy jakieś pół miliarda kijanek z wysychającej kałuży do małego stawku, i większego stawu u nas na dzielni.

      Miejsce dramatu:

      mój dzielny ratownik kijanek, Steve Irvin [śp] może mu gumiaki czyścić! ;)

      kijanki w transporcie. Jak widać, nic nie widać- tyle ich było

      a tu już w nowym domu, szczęśliwe i radosne merdają ogonkami! :) [w stawku]

      i w osiedlowym zbiorniczku

      teraz proszę o wpisanie nas na listę Czołowych Pomagaczy Kijankom i spłacenie naszego kredytu, dziękuję, dziękuję, nie ma za co ;)

      a po powrocie żurek, z własnego zakwasu! Pyszny był. No i znalazłam zastosowanie dla dwóch ostatnich wege-parów ;) dodałam też dymu wędzarniczego z evergreenu, ale niestety czułam tylko słoność zamiast wędzoności. następnym razem dam wędzoną sól i wędzoną paprykę [tak, lubię wędzone przyprawy]

      Hasło na weekend: niepatrzenie pod nogi może skutkować wytarciem butów w psa..

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „kandydat do Orderu Kijanki”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      piątek, 09 maja 2014 15:40
  • środa, 07 maja 2014
    • dużo zdjęć part two czyli majówki ciąg dalszy :]

      miało być wczoraj, ale jakoś się nie złożyło.

      Tak czy siak.

      Drugiego dnia majówki, czyli w piątek, T. zdecydował że pojedziemy zaliczyć PGE Arenę - czyli gdański stadion wybudowany z okazji Euro 2012, bo mają być jakieś atrakcje, zwiedzanie, baloniki.

      Lepszej perspektywy nie było, pogoda taka sobie [ale lepsza niż dziś, bo przynajmniej nie padało i w nocy nie było -4 aaa!], to co będziemy w domu siedzieć. Ruszyliśmy w drogę po śniadanku

      po drodze mijając Stocznię Gdańską

      i zabierając młodego. Jak przyjechaliśmy jeszcze nie było tłumów ludzi; to dobrze

      Na pierwszy ogień poszło zwiedzanie stadionu. Fanami piłki nożnej nie jesteśmy, o naszej reprezentacji zdanie mamy takie jak pewnie większość społeczeństwa, ale skoro już wybudowaliśmy i utrzymujemy ten warty pierdylion dukatów stadion, to sobie go przynajmniej obejrzymy :] T. kupił bilety, ja w tym czasie napiłam się kawy z automatu który oprócz serwowania napojów czyści buty i opowiada kawały[!]. 

      Pani przewodniczka powiedziała, że w obiekcie są dwie świętości- szatnia rezydującej drużyny, czyli Lechii Gdańsk, i murawa- tam nie wolno nam wchodzić. Obejrzeliśmy sobie więc salkę treningową, szatnię gości z basenem [ach! też bym tak mogła ;)]. Przewodniczka powiedziała że podczas Euro temperatura wody w basenie była dostosowana do indywidualnych preferencji drużyny, np. Niemcy mieli.. 7 stopni. Może w tym tkwi tajemnica sukcesu..?

      kolekcję piłek i koszulek z autografami piłkarzy z całego świata- należała do Dawida Zapiska, chłopca który chorował na rdzeniowy zanik mięśni, a po jego śmierci mama zdecydowała przekazać pamiątki Lechii Gdańsk

      Orzech grzeje ławę ;)

      No i wyszliśmy na stadion

      świętością murawy nie przejmowali się panowie którzy śmigali z kosiarkami, i pliszki siwe, prześmieszne ptaszki :]

      Obejrzeliśmy loże VIPów, sale konferencyjne, restaurację, fontannę Neptuna z klocków LEGO [respekt!]

      i wylądowaliśmy w pubie. 

      Następna atrakcja do odhaczenia- zjazd tyrolką! Przyznam, że miałam miękkie nogi. Raczej nie lubię wysokości, unikam ich jak tylko się da, ale udało się i odważyłam się skoczyć stąd:

      jak już dojechałam do końca, pierwsza myśl to było: chcę jeszcze raz! niestety, nie tym razem. Ale jak będę przejeżdżać obok stadionu to chyba wpadnę :] świetna zabawa! oczywiście filmik nie oddaje grozy pierwszych sekund ;) ale można ją wyczuć w moim piskliwym głosie i nerwowych podśmiechujkach :D

       

      Kolejną atrakcją były gokarty.

      Zakupiliśmy sobie 15min jazdy, ale była rewelacja! Ogień  z rury i fruwające kawałki opon, muszę się pochwalić że na 11 osób byłam 5, miałam czas o 1 sekundę gorszy od mojego męża, wyprzedziłam wszystkie dziewczyny i w ogóle muszę chyba rozważyć karierę kierowcy rajdowego ;)

      Jednym słowem było ŚWIETNIE, bawiliśmy się rewelacyjnie, niestety trochę kasy trzeba było zostawić [chociaż i tak z okazji majówki były niższe ceny], ale kurczę.. raz na jakiś czas można zaszaleć, nie? ;)

      po powrocie do domu nic tak dobrze nie robi jak krokieciki z kaszy jaglanej, pieczarek i pietruszki z frytkami i pomidorkiem!

      Pozostałe dwa dni spędziliśmy już stacjonarnie. Pogoda nie rozpieszczała ale jednego grilla udało się uskutecznić. Siłownia była otwarta, więc treningi też nie przepadły, a ja nawet wysprzątałam moje autko wewnątrz po tym, jak przyłapałam T. na podrzucaniu mi puszki po energetyku, a on się oburzył, że i tak mam taki bajzel że jedna puszka nie robi różnicy. No to już mam porządek :] tylko z zewnątrz wypadałoby umyć.

      Na koniec jeszcze jedna wspaniała nowina- nawiązałam nową znajomość :)

      ta ślicznotka to Krowa. Krowa, jaka jest, każdy widzi. Wypatrzyłam ją na sąsiednim polu w zeszłym roku, ale jakoś nam nie było po drodze. Tym razem, w niedzielę, postanowiłam się przedstawić. Wzięłam Lolę, worek z pokrojonym jabłkiem i marchewką i poszłyśmy.. Lolę oczywiście zaparkowałam przy okolicznym drzewku. Ona by się z Krową szalenie chciała zapoznać, ale ta druga jest bardzo bojaźliwa, więc stwierdziłam że lepiej z tym poczekać. Zresztą, do mnie też odnosiła się nieufnie, nie chciała chrupać prezentów, nie dała się głaskać.. Ale po kilku minutach spokojnej rozmowy chyba poczuła się pewniej. Skosztowała i marchewkę, i jabłuszko, dała się podrapać po uszach, głowie, szyi, tylko kiedy Lola zaczynała do niej śpiewać ballady, Krowa zatrzymywała się cała spięta i strzygła uszami. Kiedy wracałyśmy z psicą do domu, patrzyła za nami aż zniknęłyśmy za górką.

      Tak dobrze rozpoczętą znajomość trzeba pielęgnować, więc po południu wzięłam T. i młodego i poszliśmy jeszcze raz z wizytą, wyposażeni w dwie marchewy :) Tym razem Krowa bez cackania się schrupała warzywka, nie uciekała chociaż na widok chłopaków była lekko niespokojna. Drapanie po szyi to chyba bardzo fajna rzecz jak się jest taką Krową. Nawet młody się odważył podejść do wielkiego zwierza. Tym razem jak odchodziliśmy, Krowa szła za mną, a kiedy łańcuch nie pozwolił jej iść dalej ryczała z pretensją. Chciałam do niej wpaść jeszcze w poniedziałek i wtorek, ale nie było jej na polu. Może jest za zimno? Nie wiem, nie znam się na Krowach.. widzę tylko że ta konkretna ma chyba za długie racice. Może zrobię jej pedikiur?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „dużo zdjęć part two czyli majówki ciąg dalszy :]”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 07 maja 2014 13:14
  • poniedziałek, 05 maja 2014
    • znowu na tory i dużo zdjęć part one

      ano, trzeba się ogarnąć nieco i wrócić do układu 5 dni pracy/2 dni wolnego, bo wystarczyło trochę się rozpuścić i już jest kłopot. W zeszły poniedziałek dzień pracy zaczęłam o 4.30, ruszając w trasę do Szczecina, a skończyłam o 19.30. Trasa z Gdańska jest straszliwa- jedzie się przez te wszystkie małe wioski znane ze swoich fotoradarów, wąskie drogi gdzie sznur aut wlecze się za tirem i tym podobne. Droga trwa 5h, masakra.. Po dotarciu na miejsce rozpoczęliśmy tournee po Filharmonii- nie powiem, jest na co popatrzeć. Budynek jest bardzo nowoczesny

      w zestawieniu z okolicą, wręcz dziwaczny..

      no ale cóż, został zaprojektowany przez biuro z Barcelony, nie ma to tamto, Europa jak w mordeczkę strzelił. Wewnątrz też robi wrażenie

      nawet kafelki nie mogą być zwyczajne!

      wszystko oprócz sal koncertowych i pomieszczeń techników jest białe. BIAŁE. Na wejściu trzeba założyć takie foliowe paputki jak ze szpitala, żeby nie pobrudzić podłogi..

      Architekci są uparci. Nie pozwalają na zamieszczenie informacji o piętrze, na którym aktualnie się znajdujemy [więc trzeba być bardzo skupionym dylając po piętrach], numerów pokoi i tym podobnych fanaberii. A biorąc pod uwagę też to, że w obiekcie nie ma jeszcze światła na głównych korytarzach, wszystkie pokoje są pozamykane na klucz a towarzysząca nam na pomiarach pani architekt [bardzo sympatyczna, swoją drogą :)] trochę się gubiła w budynku [nie dziwię się], spędziliśmy kilka godzin biegając z piętra na piętro w poszukiwaniu konkretnych pomieszczeń do sprawdzenia. Po jakimś czasie miałam już serdecznie dosyć tej białości.. Na szczęście wszystko udało się załatwić sprawnie, podpisaliśmy umowę i mogliśmy się ewakuować. Teraz 2,5mca na realizację.

      Wtorek i środa upłynęły pod znakiem ofert, zamówień i przepychanek z dostawcami- jesteśmy w trakcie realizacji do Gdyni która jest już po terminie i zaczynają się jakieś kwasy :/ jutro szef ma jechać na odbiór.

      Ale czwartek..! Ha! To był dzień! :] pojechaliśmy na spływ! Wyczaiłam taką firmę która zajmuje się organizowaniem spływów kajakowych- wszystko kompleksowo, trzeba tylko wpłacić pieniążek i przyjechać do Parchowa [heh], a na miejscu dostaje się całe wyposażenie, elegancki busik zawozi nad rzekę, instruktorzy tłumaczą co i jak i heja. A po spływie transport z powrotem i ognisko.

      kozaki na starcie

      Ja za małolata zaliczyłam kilka spływów z rodzicami, ale wiadomo, to się nie liczy. Wybraliśmy więc spływ dla nowicjuszy, rzeką Słupia. Organizator powiedział telefonicznie mojemu małżowi że można zabrać jakieś ciuchy na przebranie, jakby było zimno, gdyby woda skapnęła z wiosła itp. Ja wzięłam bluzę. T. wziął WSZYSTKO, łącznie z butami i bielizną na zmianę. Nawet skarpetki! Śmiałam się z niego jak fretka. A po kilku godzinach tak strasznie mu zazdrościłam..

      Okazało się, że spływ dla początkujących wcale nie jest łatwy. Słupia jest mega zawalona drzewami, kamulcami, drzewami i drzewami.

      Trzeba było naprawdę nieźle manewrować kajakiem żeby nie utknąć na jakiejś przeszkodzie, a czasami po prostu wypełznąć na brzeg, wziąć kajak na smycz i ciągnąć go po brzegu, uważając przy tym żeby nie wpaść w torfowisko po pas [bo torf zjada buty; jednemu kolesiowi zjadł..]

      zdarzało się, że mimo przeszkody kajakarze zamiast czekać grzecznie w kolejce, pchali się do przodu [ciężko się hamuje kajakiem na rzece :)] co powodowało zatory

      ale było prześwietnie! Już się szykujemy na kolejny spływ. Tylko poczekamy na lepszą pogodę, bo jednak cóż.. zimno było, co tu dużo gadać. A moje przemoczone spodnie i buty nauczyły mnie, żeby nie śmiać się nigdy z cudzych skarpetek na zmianę..

      reszta relacji jutro, bo za pół godziny mam wizytę u denta. Dawno nie byłam, prawda..

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „znowu na tory i dużo zdjęć part one”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 05 maja 2014 15:04

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa