Wpisy

  • środa, 29 kwietnia 2015
    • Potrzebna stylistka!

      w piątek z rana jedziemy w okolice Olsztyna, żeby wziąć udział w ślubie i weselu mojego kuzyna. Jeszcze nie wiem co założę, ale spoko, to nie ja wychodzę za mąż więc nie ma co szaleć ;) muszę znaleźć pantofelki które pomieszczą owiniętą bandażem spuchniętą kostkę, i sukienkę pasującą do siniaków. Będzie fajosko ;)

      W ogrodzie robi się zielono. Znaczy się, trawa kiełkuje. Dobrze dobrze, niech kiełkuje, pragnę chodzić po niej boso.. A na razie nie można, bo błoto stopy wsysa.

      Trenujemy motki przy każdej prawie okazji. Choćby na godzinkę, na tor.. Ten mój mąż to cierpliwy jest, podziwiam go. Mi by się nie chciało ;) skręcanie w prawo z poślizgiem już mi jako tako wychodzi. Muszę jeszcze poćwiczyć skręcanie w lewo. Najlepiej by się do tego nadał tor żużlowy..

      Byłyśmy wczoraj z Lolindą u weta. Pominę milczeniem to, że droga powrotna zajęła nam 90minut.. [droga "tamże"-20min] Doktor znowu pomacał jej gałkę oczną tym dyngsem do mierzenia ciśnienia, wyszło, że kropelki nie pomogły. Zalecono ablację ciała rzęskowego. Cokolwiek by to nie było, kosztuje 350pln. Zrobię rekonesans w innych przychodniach, ale jak nie znajdę taniej, to cóż. Trzeba ten zabieg wykonać. I tak dobrze, że nie jest człowiekiem, zaoszczędza się na składkach zdrowotnych.

      Z ostatniej premii zaszalałam i sprawiłam sobie kamerkę sportową [i łożyska główki ramy, i reperaturki do pompy paliwa]. Nie jest to GoPro, bo aż tyle dukatów to nie mam, ale odpowiednik dla biedoty, i sprawuje się całkiem elegancko :) Teraz muszę zacząć fruwać pod niebiosa, żeby było co nagrywać!

      A tak poza tym, to mamy dzisiaj rocznicę ślubu. Czwartą. I zamówionego na wieczór kolegę-mechanika do wymiany tychże łożysk główki ramy w moim motku ;) cóż, każdy świętuje jak lubi!

      Żeby nie było tak zupełnie goło, to zaprezentuję znalezioną na spacerze traszkę

      przepraszam za molestowanie, ale musiałam pokazać, jaki ma brzunio!

      niełatwo dziada wypatrzeć w trawie

      a to już nasze domowe :) geczuki.

      kochasie, nie? :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Potrzebna stylistka!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 29 kwietnia 2015 15:30
  • wtorek, 21 kwietnia 2015
    • no właśnie!

      wiedziałam, że podbiał! Przypomniało mi się, jak zobaczyłam w aptece popularne tabletki na gardło.

      Zresztą ja mam słabą pamięć do żółtych kwiatków. Aktualnie kombinuję nad jakimiś owocowo-kwitnącymi roślinkami do ogrodu i do posadzenia pod oknem sypialni [rozbujałam się trochę ogrodniczo :)], i przyszły mi na myśl te krzaki, które teraz kwitną dziko na żółto. Tak naprawdę, że jeszcze drzewa liści nie mają, a one już kwitną. Są na "f", to wiem.

      Cały dzień mi chodziły po głowie. Nie wymiękłam i nie rzuciłam się na Google, chociaż na pewno by mi pomogło. Nie, sama muszę sobie przypomnieć, choćby nie wiem jak bardzo mnie wkurzały floksy na końcu języka [metafora taka ;)], bo moja babcia ma na działce floksy i jakoś się do mnie przylepiły.

      Nie floksy, cholera jasna, przecież to nie floksy.

      Jechałam gdzieś z Tomim, do sklepu chyba. Patrzę sobie przez okno samochodu na mijający świat, i nagle.. FORSYCJE! Tak, przecież to forsycje! Sukces! :D

      Ale już w drodze powrotnej do domu myślałam tylko o floksach..

      Muszę sobie kupić tabletki na pamięć, słyszałam reklamę w radio. Tylko jak one się nazywały..? ;)

       

      Wróciliśmy z weekendowego szkolenia Enduro ES! Okazało się, że cóż z tego, że umiem przejechać się po strasznym torze w Bąkowie. Cóż, że podskakuję na górkach. Marność, wszystko marność, skoro technika badziewna. Przez dwa dni intensywnego szkolenia [właściwie miałam nauczanie indywidualne, jako największa łajza z grupy, nie było nikogo o tak żadnych umiejętnościach ;)] pracowałam nad pozycją przy gazowaniu, hamowaniu, skręcaniu i jechaniu bokiem. Dzisiaj już jako tako żyję, ale wczoraj miałam takie zakwasy, że nie mogłam sobie sznurówek zawiązać. Oprócz tego troszkę skręcona kostka i siniaków jak u ofiary stłuczki, no ale jak jest człowiek kaleczny to zawsze się urządzi, choćby był zakuty w ochraniacze od góry do dołu. 

      Zadowolona jestem bardzo, pan mąż nie mniej, będę teraz musiała dużo ćwiczyć przed wyjazdem do Rumunii, myślę, że kosztem siłki, trudno. Są priorytety ;) 

      W międzyczasie jeszcze pyknęłam wizytę do Koszalina na realizację- idzie dobrze, pewnie w tym tygodniu faktura, i dobrze, bo potrzebuję premię- złamałam rączkę od ciepłego ssania w motku, no i mam do wymiany łożyska główki ramy i pompę tylnego hamulca. Dobrze, że Tomi ogarnia takie sprawy ;) planuję sobie kupić w Juli robocze portki i razem z nim koczować w garażu. Muszę się dowiedzieć co tam w bebechach mojego kucyka siedzi :)

      na zdjęciach fika pan mąż.

      i ekipa

       

       A teraz lecę robić inwentaryzację!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „no właśnie!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 kwietnia 2015 14:41
  • czwartek, 09 kwietnia 2015
    • miałam pomysł na tytuł

      ..ale mi wywietrzał z głowy. Trudno ;) dzisiaj będzie trochę zdjęć, bo dawno nie wrzucałam, a kilka mi się udało pstryknąć.

      W ogóle to raduje się moje serduszko, bo mamy znowu słońce za oknem! Więc jest szansa, że czekające nas prace rolnicze [rozsypywanie nawozu i sianie trawy] nie odbędą się przy akompaniamencie gradobicia, jak to miało miejsce ostatnio, kiedy sadziłam świerczki i myłam okna [a coś czułam, że nie należy myć]. Oprócz tego jest także szansa, że WRESZCIE uda mi się pojeździć na motku, bo już w następny weekend szkolenie, a ja tak dawno nie jeździłam, że jest duże prawdopodobieństwo, że znowu wszystko zapomnę i będę zmieniać biegi hamulcem [ku uciesze gawiedzi].

      W ogóle to boję się okrutnie, bo na tych szkoleniach jest bardzo wysoki poziom, a ja jestem, hm.. mocno początkująca. Wspominałam, że zdarza mi się próbować zmieniać biegi hamulcem? ;)

      No ale nic, damy radę. Najwyżej nie damy, nie ma co dramatyzować :P Wypocznę sobie na wsi.

      Jutro czeka nas akcja ogarniania nowej firmy- sprzątanie, poprawianie mebli itp. Ja będę pewnie szlifować i malować stare drzwi łazienkowe i zaprawki na ścianach, także parada atrakcji. A w międzyczasie skoczę sobie dla Zusu [należy mi się trochę przyjemności] załatwić pewien papierek, który chciałam załatwić już dziś, ale w okolicy Urzędu [i w okolicy dwóch ulic w każdym kierunku] ZUPEŁNIE nie było gdzie zaparkować. Tak oto chętnie Zus przyjmuje swoich kochanych interesantów ;) ale ja ich wykiwam, jutro pojadę rowerem.

      To teraz fotecki okolicznej fauny i flory.

      Stałam sobie pewnego dnia w kuchni łuskając i chrupiąc orzechy włoskie [omega-3!], a za płotem podobnemu zajęciu [tylko obiektem były bazie] oddawały się dwa koziołki o puchatych parostkach [to ich poroże :)]

       

       

      irytuje mnie czasem ten płot, chyba go wytnę.

      Oprócz tego mam takie wiosenne pomponki

      prawda, że śliczne? Uwielbiam modraszki za te ich małe dzióbki jak u raniuszków [które są najsłodszymi ptaszkami ever] i ogólną kulistość :)

      a także kwiatulki [za cholerkę nie mogę sobie przypomnieć jak się nazywają, a przecież to taka pospolita roślinka, no dziura w głowie! O.o ]

      czy jest w tym jakiś kruczek? :)

      to jeszcze gratis nasza ślepa kiszka- Lola i jej płazowata poduszka [odziedziczona po mnie- pamiętam, jak dostałam ją od rodziców na Mikołaja..! Wszystko zostaje w rodzinie ;)]

      marzy mi się noc w lesie, jak już będzie ciepło. Taka w namiocie, w dziczy. :)

      PS. Przyszły zamówione książki- cała Mary Roach ["Sztywniak", "Duch", "Bzyk" i "Gastrofaza"] oraz przewodnik po Rumunii i rumuńskie rozmówki. Mam co czytać :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „miałam pomysł na tytuł”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      czwartek, 09 kwietnia 2015 15:51
  • sobota, 04 kwietnia 2015
    • prima aprilis..psia jucha.

      Że tak zaklnę staropolsko sobie. Pierwszy kwietnia sprawił mi tyle psikusów, że dopiero się po nim pozbierałam ;) 

      Zacznijmy może od wprowadzenia: od jakiegoś czasu na Morenie, czyli tam gdzie mamy jeszcze starą firmę, zintensyfikowały się kradzieże. To tam ukradziono mi lampkę z przypiętego roweru, i wtedy mówiłam, że nic mnie już nie zdziwi. Złodzieje postanowili mi udowodnić, że się mylę, i tak oto ukradziono nam jeszcze krzesło obrotowe z paki samochodu, znaczek volkswagena (w ramach rekompensaty na jego miejsce wetknięto puszkę po napoju alkoholowym marki Żubr), tylną wycieraczkę i korek wlewu paliwa. Czarę goryczy przelała kradzież magnesów reklamowych z auta (no srsly, na co to komu?!),wtedy to szef wykupił miejsce na parkingu strzeżonym i od tego czasu tam właśnie parkujemy. 

      Tyle tytułem wstępu. Więc kiedy w środę udaliśmy się do nowej firmy zabrać stamtąd blaty do przycięcia.. Przechadzałam się po biurze, zajrzałam do zakątka kuchennego.. I ejże, ale gdzie jest płyta kuchenna? Tak. Nie wiem jakim sposobem, kiedy ani oczywiście kto, ale uprowadzono nam z kuchni płytę grzewczą. I wkrętarkę. Cuda na kiju.. Musimy wymienić wkładki w drzwiach, bo śladów włamania nie było. Na szczęście alarm już jest aktywny, więc go uzbroiłam i jeśli kradziej wróci, mam nadzieję że syrena go spłoszy. 

      Ręce mi opadły.. Naprawdę, myślałam, że te radosne czasy rozkradania wszystkiego jak popadnie już przeszły..najwyraźniej niekoniecznie. Masakra.

      A więc tak się zaczął prima aprilis. Kiedy zadzwoniłam do Tomiego mu o tym opowiedzieć, myślał, że go wkręcam i ciężko mi było go przekonać, że to na serio.

      Na domiar złego pakując blaty na samochód ojciec dyrektor coś sobie zepsuł z kręgosłupem, i do dzisiaj chodzi poskręcany w chińskie osiem, ledwo siada i ogólnie wygląda jak siódme nieszczęście.

      Ledwo wróciłam do firmy, zadzwonił telefon. Okazało się, że włączył sie alarm u nas w domu, Tomi nie może się dodzwonić do żadnych sąsiadów i nie wiadomo o co chodzi. No więc załadowałam się w auto (i tylko raz musiałam się cofnąć po kluczyki) i pojechałam na osiedle. Kiedy otworzyłam drzwi do mieszkania, między moimi nogami uciekła z niego.. Przerażona Lola. Okazało się, że ekipa remontowa u sąsiadówza ścianą miała akurat dziś dzień wielkiego kucia. Pies był tak przerażony, że biegał po całym mieszkaniu rozpaczliwie próbując się schować, i wzbudzając czujki alarmu. Ciężko mi ją było zagonić do mieszkania, a jak już się udało, wkładała głowę między drzwi a framugę, żeby jej tylko samej nie zostawić.. Chcąc nie chcąc, wpakowałam ją do auta żeby zabrać ją do pracy. Wzięłam też jej książeczkę zdrowia, to przy okazji zaliczy się wizytę kontrolną u weta (po przebytej infekcji oczu). 

      Na liczącej 5km trasie między domem a pracą, zestresowana i przerażona Lola zwymiotowała w samochodzie.

      Następnie zrobiła kupę.

       W samochodzie.

      Tylko spokój może nas uratować..

      Dowiozłam ją do roboty cały czas mantrując i myśląc, że gdyby przytrafiło się to mojemu ślubnemu, pewnie wybuchłaby mu głowa.

      Zaprowadziłam Lolę do biura, zostawiłam po dobrą opieką, zaopatrzyłam się w gumowe rękawiczki, ręczniki papierowe, odpowiednie środki czyszczące  i odświeżacz powietrza i poszłam na parking posprzątać apokalipsę. Oczywiście, lał wtedy taki deszcz, że natychmiast przemokłam.

      A samochód to mogę teraz spalić albo utopić w jeziorze..

      Ogarnęłam na tyle na ile się dało, skończyłam pracę i pojechałam z uspokojoną już (i przeczyszczoną) Lolą do weta.

      Niestety, okazało się, że prawe oko jest mocno niepokojące, i pani wet zaleciła wizytę u specjalisty- psiego okulisty w Brzeźnie. Tak więc w najgorsze korki przepchałyśmy się moim skażonym samochodem przez pół miasta, do Brzeźna. Na miejscu pan doktor obejrzał Lolę, zakropił jej coś w ślepia i dziobał jej oczy takim dyngsem do mierzenia ciśnienia w gałkach- naprawdę bardzo dzielna jest ta nasza Lola, miała okropny dzień, a tu jeszcze jakiś obcy facet ją dziobie w oczy i weź tu zachowaj spokój i nie odgryź mu nosa. Kochana jest, drugiego takiego kluska to ze świecą! Pan doktor wybadał, że prawe oko ma mocne nadciśnienie. Bardzo mocne. No i nie działa, tzn Lola jest w połowie niewidoma. Zalecił stosowanie specjalistycznych kropelek, które mają pomóc, bo jeśli nie pomogą, to oko trzeba będzie niestety usunąć :( tak naprawdę dla Loli to nie jest tak istotne, bo ona na to oko i tak już nie widzi, poza tym, dla psów jednak wiodącym zmysłem jest węch. I to utrata tegoż, a nie wzroku, byłaby prawdziwym dramatem. Dla nas bardziej niepokojąca może być wizja wypstrykania się z kilku stów za zabieg (bo za samą wizytę pan doktor skasował dwie), no ale czego się nie robi dla najbardziej kosmatego członka rodziny zakończonego ogonkiem, nie? :) 

      Po tak uroczym dniu reszta tygodnia minęła stosunkowo spokojnie. Teraz muszę sobie zrobić kawę, naprawić powyginane świerczki w ogrodzie, ogarnąć chatę i przygotować jakąś szamę, bo z jednej strony my świąt nie obchodzimy, ALE JEDNAK babcia i dziadek zapraszają do siebie jutro rano, a po południu jest chrzest Tomiego bratanicy, więc jakiś hummus wypada ukręcić.

      O, świetnie, właśnie zaczął padać GRAD.

      Dzisiaj zdjęć nie będzie, zresztą, uwierzcie mi- nie chcecie tego oglądać ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „prima aprilis..psia jucha.”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      sobota, 04 kwietnia 2015 11:55

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa