Wpisy

  • piątek, 25 kwietnia 2014
    • Domowa granola i zakupowe szaleństwo

      Cza cza cza, i zaraz znowu jest radośnik :) szybko zleciało! Intensywny tydzień, wczoraj nie wiedziałam w co ręce włożyć, a dziś właściwie muszę tylko przypilnować dostawę szafy metalowej do prawniczek. Za to w poniedziałek jedziemy z szefem do Szczecina, gdzie wygraliśmy przetarg na dostawę mebli do Filharmonii! Fajnie, szkoda tylko że Szczecin jest tak okropnie daleko.. wyjeżdżamy o 4.30 i wracamy pewnie późnym wieczorem.

      Tymczasem.

      Kiedy nadciągnie kryzys śniadaniowy, chleb skiśnie a pasta uschnie czy przydarzy się inny kataklizm, polecam spożyć ze smakiem granolę. Ale nie tą sklepową.. domową! :)

      Potrzeba do niej: płatków owsianych [bez tego składnika się nie obejdzie], dodatków suchych [orzeszków ziemnych, słonecznika, sezamu, otrębów, wiórek kokosowych, orzechów włoskich/laskowych, migdałów, pestek dyni...], mokrych [rodzynek, suszonych owoców], dosmaczaczy [łyżkę melasy albo miodu, cynamonu, kakao, może rozpuszczalnej kawy?]. Składniki suche mieszamy z płatkami owsianymi w naczynku żaroodpornym, polewamy melasą albo miodem [albo niczym :P niektórzy dają łyżkę oleju, ja nie próbowałam ale można eksperymentować] w proporcjach takich jak lubimy. W wersji bida mogą być same płatki owsiane. I takie naczynko wjeżdża do piekarnika na 20-40min w zależności od wielkości porcji, w 180-200 stopniach. Podczas pieczenia trzeba co jakiś czas zamieszać i generalnie wykazać się czujnością, żeby nam się wszystko nie sfajczyło. Lepiej piec 20min i ewentualnie dopiec. 40min to dla mega wielkiej porcji. 

      Acha, wiórek kokosowych jednak nie polecam piec, łatwo je przypalić.

      Po ostudzeniu upieczone płatki z orzechami robią się chrupkie [bezpośrednio po wyjęciu z piekarnika są miękkie]. Dodajemy wtedy wiórki koko jak lubimy, i suszone owoce [rodzynki, żurawinki, pokrojone śliwki, morele, co się nawinie], przyprawy. Mieszu mieszu miesz

      przesypujemy do słoika po ogórkach konserwowych albo po kawie [umytych :P] i mamy pyszne chrupki do chrupania z owocami, niczym, albo pysznym mleczkiem kokosowym

      czy innym sojowym. 

       

      Obecny miesiąc generuje mi, oprócz wydatków, przychody- sprzedałam trochę dzieci moich gekonów [straszne, wiem] więc zaszalałam na zakupach w evergreen i kupiłam to, czego dotąd nigdy nie kupiłam-przetworzoną, wegańską żywność udającą odzwierzęce żarcie:

      I puszkę wegańskiej karmy dla Loli. Zjadła ją w okamgnieniu, co to dla niej taka puszencja.. na szczęście domowe jedzenie też zjada chętnie [tu mieszanka strączkowo-warzywna]

      W każdym razie, wegańskie "sery" Violife mają bardzo dobre opinie w internetach, toteż skusiłam się. Sera akurat trochę mi brakuje. Kupiłam wersję wędzoną, zwykłą i a'la mozzarella. Zjadłam na razie tą pierwszą, i powiem wam, że na kanapce z pomidorkiem daje radę! Smakuje mi serem. Bardzo fajne, ale to jednak mocno przetworzone żarcie więc nie będę na tym bazować. Plusem jest to, że ten "ser" po przeliczeniu na kg kosztuje tyle, co porządny ser z mleka [wędzony w plastrach 40pln, zwykły 29,5pln, "mozzarella" 33,20pln], także od czasu do czasu można sobie zaszaleć. Szkoda tylko, że się nie topi [przynajmniej wędzony] ;) Chociaż przyznam szczerze, że np. pizza dużo bardziej smakuje mi bez sera. Ciasto jest chrupkie, bo nie nasącza się tłuszczem z roztopionego sera, a i całe danie jest mniej "zaklejające". Jak zjem swoją połówkę pizzy czuję się lekka jak motylek, a mój mąż po swojej połówce leży brzuchem do góry i jęczy [nasze połówki są, jak to połówki, równe-różnią się tylko dodatkami].

      Jak widać, w zakupach znalazły się też parówy. Byłam ciekawa, czy da się je zgrillować. Da się, smakują.. hm, jak parówki. Czyli jak ktoś lubi to spoko, dla mnie to taka nieokreślonej treści masa w formie wałeczka.. dziwnie się czułam jedząc je. Dwie ugotowałam sobie w wodzie, też były parówkowe. Dwie sobie zostawiłam, ale muszę je zjeść bo skisną i nici z oszczędzania :)

      Takie szaleństwa!

      Teraz idę szukać nowego domu dla geków lamparcich. Cwaniara

      Ale wężeł u nas zostaje!

       

      PS. dzisiaj na obiad będzie mamałyga. a w radośnik samosy. obiecuję!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Domowa granola i zakupowe szaleństwo”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      piątek, 25 kwietnia 2014 11:35
  • środa, 23 kwietnia 2014
    • święta? no, bez jaj!

      wielkanoc jak zwykle bez spiny. odwiedziny u dziadka i babci, i babci, w poniedziałek grill dla krewnych i znajomych królika. nowi sąsiedzi. 

      przepyszna pasta bezjajeczna od Eli z bloga Weganizm Domowy. Po prostu boska! No i cenne strączki i kurkuma, i kasza jaglana, samo dobro!

      Bo kurki nie są wcale szczęśliwe.

      Bezglutenowe ciasto czekoladowe z kaszy jaglanej, z myślą o dziadku któremu po usunięciu nowotworu lekarz zalecił odstawić gluten. Niestety, marchewkowe bezgluta nie wyszło- za słabo doprawiłam, wszystko przez katar.. na szczęście już prawie mi przeszedł.

      I paszteciki z ciasta francuskiego z brokułem, pieczarkami i cebulą. Do tego paprykowy dip z zeszłego roku. Uwielbiam!

      No i tradycyjnie, paszteciki ze śliwką :) 

      A w okolicy osiedla- klimatyczne bagienko z powalonymi wierzbami

      Woda gęsta od kłębiących się w niej malutkich kijanek

      i kwiaty, kwiaty..!

      a w pracy ruch. Dziś byłam na trzygodzinnym spotkaniu, owocem którego będzie zamówienie na cztery biurka. Oby.

      Chyba wybiorę się wieczorem na nową jogę.. :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 23 kwietnia 2014 16:08
  • środa, 16 kwietnia 2014
    • weganizm znowu, hurra! :)

      mam tak zatkany nos że nie ogarniam. NIE-NA-WI-DZĘ tak się czuć, nie cierpię nie czuć smaku i nie móc oddychać! Masakra. Noc przespałam odziana w dresy, koszulkę z długim rękawem i grube skary, ale nie pomogło. Dzisiaj planuję gorącą kąpiel z dodatkiem jakichś olejków eterycznych albo nie wiem, wódki.. A później inhalację z wody z solą i sodą, czytałam że to pomaga. Tonący brzytwy się chwyta.. Oczywiście chrupię regularnie ibuprofen, piguły na gardło i jakąś płukankę [ale ciężko się płucze jak się nie ma nosa]. A w międzyczasie oczywiście zrobiła się ładna pogoda..

      Dobra, pozrzędziłam, już mi lepiej ;)

      Wczoraj po siłce [gupi orzech, trzeba było się wsadzić do pieca a nie wyciskać na barki..!] pojechaliśmy do Oliwy, do pierogarni którą T. wykańczał, żeby zobaczyć ostateczny efekt i skosztować specjałów. Pogadaliśmy z Dorotą, właścicielką, dowiedzieliśmy się że chociaż lokal funkcjonuje tydzień, ma już masę pochlebnych recenzji, wszyscy się jarają jak fajerwerki i w ogóle jest wspaniale. A później popatrzeliśmy w kartę. T. nie miał problemu żeby sobie coś wybrać, a ja.. No, byłam zaskoczona, że wśród pierożków z Korei, Chin, Gruzji i jeszcze jakichś nie było poczciwych, indyjskich samosów. Wszystko było z mięsem, może dwie czy trzy pozycje bez- ale za to z serem, albo z jajkiem w cieście [drożdżowym]. Bida! Zamówiłam sobie ostatecznie pierogi gotowane, z farszem ze szpinaku i suszonych pomidorów [których usilnie szukałam, ale niestety nie znalazłam], standardowo podawane z sosem z sera pleśniowego z którego zrezygnowałam. Nie powiem, zawiodłam się trochę, miał być szał i fajerwerki ale jednak społeczność wegańska, mimo że coraz większa, w tym lokalu nie ma czego szukać. Lepiej skoczyć do Avocado we Wrzeszczu :) a samosy sama sobie zrobię ;)

      Zdecydowałam że skrobnę jeszcze co nieco o mitach dotyczących weganizmu, ale najpierw reklama:

      Ptaku! Czy troszczysz się o swoje jaja?

      Jeśli Twoje jajka marzną, obawiasz się o to czy nie poobijają się o siebie, chcesz im zapewnić komfort i bezpieczeństwo, nasza oferta jest dla Ciebie! 

      Wytwórnia wyściółek do gniazd "LOLA" prezentuje model na sezon Spring/Summer 2014! Bure, wpadające w czerń kłaki z czystego i zadbanego amstaffa idealnie wypełnią luki w gałązkach, otulą Twoje jajka i zabezpieczą je przed niekorzystnymi warunkami pogodowymi! Kłaki pozyskiwane są w sposób crulety-free, eko, bio i czaczacza. Odwiedź nasz salon firmowy JUŻ DZIŚ, nie daj się ubiec!

       

      No dobrze, to teraz poważnie.

      O weganizmie jeszcze troszkę :)

      Napisałam wcześniej, że ja zrezygnowałam z produktów odzwierzęcych ze względu na dobro "dawców". Kiedy dowiedziałam się, że nie muszę tego jeść i zachować zdrowie i sprawność, bez wahania zdecydowałam. Ale są też inne powody z których człowieki przechodzą na vega:

      - dla zdrowia: TAK, produkty odzwierzęce są przyczyną całej masy chorób tzw. cywilizacyjnych. Osteoporozy, cukrzycy, miażdżycy, nowotworów. Niedowierzającym [sama nie dowierzałam] polecam zapoznać się z książką pod tytułem "Nowoczesne zasady odżywiania" [ang. The China Study] napisana przez prof. Colina Campbella. To nie jest książka opisująca jedno rewolucyjne badanie. Ona ich przywołuje ze 170. Na końcu są dłuugaśne przypisy, jak ktoś lubi może się zapoznać z oryginalnymi wynikami badań. To są rzeczy potwierdzone naukowo. Czemu więc mało kto o tym wie? Cóż, nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych, ale.. napomknę tylko, że materiały do nauki dla amerykańskich studentów dietetyki sponsoruje Danone. O tym też jest kilka rozdziałów. Warto spojrzeć.

      fragment ulotki ze strony http://www.zostanwege.pl/ 

      - dla środowiska: większość ludzi wychodzi z założenia- co tam Ziemia, grunt żeby było dobrze dopóki ja żyję, a później to już się może sypać. Na szczęście nie wszyscy. Wbrew pozorom, hodowla przemysłowa zwierząt ma OGROMNY wpływ na środowisko! Wiedzieliście, że..

      znowuż: http://www.zostanwege.pl/

      - dla ludzi: tak, weganizm jest odpowiedzią na kryzys głodu na świecie

      zgadnij skąd? :)

       

      Kiedy mówię ludziom, że jestem weganką [wychodzi samo przy okazji zamawiania jakiegoś żarcia zazwyczaj], najczęściej spotykają mnie podśmiechujki, niektórzy nie dowierzają [to co ty jesz?] a inni zadają mityczne pytania... i teraz o tym właśnie:

      1. A skąd bierzesz białko?

      Nie wiem skąd się wzięło przekonanie o tym, że dobre białko znajduje się tylko w mięsie, mleku, jajkach i twarożku. Owszem, niektórzy mówią że białko w roślinach jest, ale niepełnowartościowe, wybrakowane i w ogóle głupie jakieś. Zacytuję sobie ciocię Wikipedię:

      "Dieta wegańska zapewnia więc odpowiedni komplet aminokwasów pod warunkiem spożywania różnych rodzajów białek roślinnych, dzięki czemu dostarcza się wszystkich rodzajów aminokwasów egzogennych na zasadzie komplementacji. Białka zbóż i białka roślin strączkowych zawierają komplementarne do siebie białka, przy czym nie jest wymagane spożywanie ich jednym posiłku, a jedynie w ciągu jednego dnia.
      Liczne badania wskazują na brak występowania niedoborów białka u osób stosujących dietę wegańską. Typowe spożycie białka przez wegan spełnia, a często nawet przekracza zalecane wartości"

      2. Człowiek jest mięsożercą, ma kły!

      taaak. To jest dżelada, taki pawian. Roślinożerny. Sprawę kłów mamy więc z głowy. To co z naszą mięsożernością?

      Człowiek nie jest mięsożerny. Jest wszystkożerny z przewagą roślin, jak nasi najbliżsi krewni- szympansy czy orangutany. Szczycimy się tym, że jesteśmy lepsi od zwierząt. Kiedy w mediach słychać o kimś, kto zachował się wyjątkowo brutalnie: zamordował swoją rodzinę czy coś podobnego, mówimy- co za zwierzę. Człowiek taki nie jest. Jest pełen empatii, prawo moralne we mnie itede. Więc- po co to mięso, jajka, mleko..?

      3. Weganizm jest nienaturalny!

      Jasne. Naturalne jest natomiast to, że kiedy przychodzi nowy samiec, zabija wszystkie młode w stadzie żeby samice mogły wejść w ruję i urodzić mu dzieci. Czy rozwodnicy też tak robią? Upss... Nie wspomnę już o tym, że osobniki chore i kalekie nie mają lekko. Co jest naturalne dla żyjącego w XX wieku Homo sapiens sapiens?

      4. Nie mogę przestać jeść mięsa, bo uprawiam sport.

      Acha, to sorry.

       

      Jak przyjdą mi do głowy jeszcze jakieś ciekawe mity które warto poruszyć, dam znać :) a może ktoś mi coś podsunie?

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „weganizm znowu, hurra! :)”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 16 kwietnia 2014 15:33
  • wtorek, 15 kwietnia 2014
    • o InPost i inne fiu bździu

      znowu mnie coś próbuje złapać, smarkam i jakaś taka jestem porozbijana, ale wcinam dzielnie imbir i goździki- bez walki się nie poddam. Poza tym, dziś siłka, nie? ;)

      sok marchewkowy, pyszny i zdrowy! Szkoda że trzeba się nasiekać kilogram marchewek na dwie szklanki, badziewną trochę mamy sokowirówkę. Co prawda sąsiedzi kupili sobie wyciskarkę do soków Moulinex chyba [ale wyciskarkę!] i bardzo chwalą jej wydajność, ale zapłacili za nią 800pln..  to ja jednak wolę chyba chrupać. Błonnik też dobra rzecz, tylko później funduję mojemu dentyście willę z basenem. Zawsze coś.

      W piątek miałam montaż u MOICH klientek- dwóch sympatycznych pań prawniczek, więc między ogarnianiem montażystów noszących meble i zrzędzących na schody a kupowaniem filcowych podkładek do krzeseł konferencyjnych w trosce o panele, skoczyłam odebrać list. Do kwiaciarni. Bo akurat trafiła mi się przesyłka sądowa [podejrzewałam, że w związku z nieudaną próbą rozjechania mnie przez kierowcę autobusu, o czym pisałam o tutaj]. A od jakiegoś czasu doręczaniem przesyłek sądowych zajmuje się InPost, a nie Poczta Polska. Coś słyszałam, że niby InPost się nie wywiązuje, że gubi przesyłki, albo że właśnie trzeba je odbierać w pizzerii albo sklepie hydraulicznym [taka specyfika firmy- nie mają swoich punktów], ale ja zawsze byłam zadowolona. Co prawda miałam do czynienia tylko z zakupami, a nie listami z sądu, ale co to za różnica? InPostowskie paczkomaty kocham ogromnie za możliwość odbioru paczki o dowolnej porze dnia i nocy, darmowe zwroty [do niektórych sklepów] i ogólnie- możliwość oszczędzenia czasu [kolejki na poczcie przyprawiają mnie o palpitacje serca].

      Udałam się więc do kwiaciarni, odebrałam list awizowany 3dni wcześniej, czyli 8 kwietnia. Otwieram, czytam, i oczom nie wierzę.

      Zgodnie z moimi przewidywaniami- wezwanie do sądu we wspomnianej sprawie.

      Data rozprawy- 11 kwietnia. To dzisiaj [w sensie w dniu odebrania przesyłki]. Godzina.. patrzę na zegarek. Półtorej godziny temu.

      Pismo nosiło datę 5 marca.

      InPost doręczał mi list ponad miesiąc. Rowerem z domu jechałabym do sądu góra 20 minut.

      Kee?

      Zadzwoniłam do sądu niezwłocznie i powiedziałam jaka jest sytuacja, pani która ze mną rozmawiała wykazała zrozumienie [powiedziała że "sprawy im lecą jedna za drugą", bo ludzie nie dostają wezwań na czas!], odnotowała co wyszło i przekazała informację o następnym terminie rozprawy- 9 czerwca. Zapisałam sobie w telefonie, bo cholera wie czy dostanę wezwanie na czas..

      Takie rzeczy.

      Na szczęście duszone warzywka niezmiennie na czas.

       

      A radośnik minął jak zwykle szybko, pogoda była mocno taka-se więc raczej siedziałam w domu. Wyjątkiem była sobotnia wycieczka na zlot motocyklistów, na szczęście nie trwał długo bo zimno było i po godzinie z kawałkiem się zwinęliśmy. I teraz kicham, eh. Wypożyczyłam sobie do poczytania "Mordercę bez twarzy" Henninga Mankella, ale okazało się że jakiś %#@^&* wyrwał strony 71-74. Nie lubię takich rzeczy, więc książkę odłożyłam z zamiarem wymiany jej na kompletny egzemplarz, ale niestety jest on akurat wypożyczony więc muszę sobie dopowiedzieć akcję z czterech stron. Chyba że ktoś czytał i chce mi opowiedzieć? :) To ten moment kiedy Kurt Wallander przyjechał do stajni swojego ziomka na pogaduchy.

      To jeszcze tylko pokażę co upolowałam w kerfurze jakiś czas temu: to jest cedr sycylijski. Wygląda jak wielka cytryna. Smakuje jak... jak... cytryna. Jest kwaśny. Ale ta biała skórka-mm! Jest bardzo gruba, ma konsystencję puszystej pianki i jest słodka! Taka ciekawostka

      A teraz muszę zrobić zamówienie na te cholerne krzesła.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „o InPost i inne fiu bździu”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 15 kwietnia 2014 14:32
  • środa, 09 kwietnia 2014
    • niedzielno-wiosennie i krem z pora na ciężką chwilę

      Dopadłam zdjęcia z niedzielnego spaceru, to się pochwalę :) Pogoda była wspaniała [nie to co teraz grr], słońce grzało i na spacer poszliśmy w samych koszulkach [i spodniach i butach, wiadomo, w sensie że bez okryć wierzchnich typu bluza ;)]. Przeszkodziliśmy lokalesom we wcinaniu pierwszych wiosennych zielenin, bo wszyscy uciekali w podskokach: mniejszych

      i większych

      w krzakach brzęczały pszczółki zbierające pyłek z przekwitniętych "baziów", pracowite bardzo dup..odwłoczki ;)

      i reszta

      Kręciły się też trzmiele ziemne [śmieszna sprawa- łacińska nazwa trzmiela to Bombus :)]

      ten koleżka co podobno wg praw fizyki i aerodynamiki nie powinien latać, ale o tym nie wie. Więc lata. Fizykiem nie jestem to się wypowiem ;)

      Zewsząd łypały na nas czujne gały

      no i okazało się, że te płazy jedne poskładały już skrzek!

      jak to tak? a gdzie pieśni godowe, na które czekaliśmy cały rok?! Mam nadzieję, że jeszcze będzie okazja posłuchać rechotu.

      "jajka" niby zostawione na pastwę losu, ale nie można dać się zwieść: czujka czuwa!

      Tak to było pięknie. Ze względów etycznych ;) na spacer poszliśmy bez Loli, bo planowaliśmy dłuższe łażenie, a ona już męczy się szybciej niż kiedyś. Oczywiście nie omieszkała pokazać nam co myśli o zostawianiu jej w domu w tak piękną pogodę

      To jest tak zwany foch o grzejnik.

      Ale spoko, resztę dnia spędziła w ogrodzie. Nawet wczoraj T. ją tam wypuścił przed wyjściem do pracy. A później była burza.... Ale pies nie cukier ;)

      A teraz o kryzysie, który nadchodzi każdego dnia roboczego.

      Jest taki moment, przynajmniej u mnie. Wypada on na porę powrotu z pracy. Kończę o 16, robię zakupy, w domu jestem średnio o 17. I jestem GŁODNA. Zanim ogarnę sobie jakąś szamę, zagryzam różnymi pierdołami. Orzeszki, ogórek kiszony, kilka łyżeczek tahini, jabłko, woda, trochę pasty kanapkowej... i jak już mam obiad gotowy, nie dość że nie jestem głodna bo się napchałam paprochami, to jeszcze mam w żołądku misz-masz. I chwilowo jestem zapchana, a jak np. pojadę na trening to zaraz robię się głodna, bo nie zjadłam normalnego obiadu tylko jakieś głupoty. W takich sytuacjach ratunkiem są ZUPY. Smaczne, sycące, pożywne, takie których można ugotować garnek na 2-3 dni. Ja najbardziej lubię kremowe zupy, i niedawno znalazłam fajny przepis [niestety, nie pamiętam gdzie :(], który jest szybki i łatwy, bo wymaga tylko porów, pyrów i napoju sojowego który można spokojnie zastąpić wodą. Wpadam, odgrzewam sobie porcję, wcinam taką zupkę, odsapnę, i mogę spokojnie pichcić obiad dla siebie i małża i jeszcze pójść z psem na spacer, o! Ladies and gentlemen, prezentuję...

      KREM Z PORÓW! i pyrów.


      poczeba nam: 2-3 pory [kosztują teraz 4pln/kilo, więc jest dobry sezon!], 3-4 pyry [ja nie obieram, tylko szoruję]. Owe składniki kroimy na kawałki typu japońskiego, czyli jako-takie, wrzucamy do gara, zalewamy 1szklanką H2O i gotujemy. To tylko się wydaje mało wody, ale pory są mokre i w sumie całość daje radę. Jak nam się toto pogotuje z kwadrans, i ziemniaki będą miękkie, blendujemy blenderem i dodajemy jeszcze 0,5 szklanki napoju sojowego. Przyprawiamy: sól, pieprz, zioła prowansalskie. Et wsio! :)

      Widoczne na obrazeczku grzanki uzyskujemy natomiast tak: chleb kroimy w kromki, kromki w kostki. W miseczce mieszamy olej [na 4 kromki ok. 3 łyżki], wyciśnięty czosnek, zioła prowansalskie, majeranek, co tam chcemy. Turlamy kostki w tej marynacie, rozkładamy na blaszce i ładujemy do piekarnika na 10min w 200 stopniach, albo na suchą patelenkę i smażymy do uzyskania pożądanej chrupkości. Można zamiast grzanek dać prażony [albo nie] słonecznik albo inne pestki, ale fajnie jak coś chrupie w kremie. Smakówka! :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „niedzielno-wiosennie i krem z pora na ciężką chwilę”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 09 kwietnia 2014 15:51
  • wtorek, 08 kwietnia 2014
    • tydzień weganizmu II- why vegan? i grillowanko

      Jednak zbiorę się w sobie i coś skrobnę, a co tam. Może ktoś przeczyta i się zainspiruje.

      Dlaczego weganizm?

      W moim przypadku - dla zwierząt. To przede wszystkim. Od lat żyłam w przekonaniu, że wegetarianizm jest niezdrowy. Kiedyś dawno poznałam kuzynkę mojego taty mieszkającą we Wiedniu, wegetariankę. Chuda, wręcz zasuszona, szare zęby, słoma zamiast włosów.. No tak, typowa wegetarianka. Wariatka. Nie przyszło mi do głowy, że jej słaba kondycja mogła być spowodowana tym, że paliła fajki jak smok, a jej wegetariańskie jedzenie to np. smażone na patelni tosty. Bo wegetarianin wcale nie musi się zdrowo odżywiać..  Ktoś może żyć na smażonym serze z frytkami i keczupem, a więc być wege, a mimo to mieć kiepską kondycję. Oczywiste.

      Nie myślałam nigdy nad tym, co jem. Odkąd zaczęłam ćwiczyć odżywiałam się, w swoim przekonaniu, zdrowo. To znaczy wiadomka, pierś z kurczaka, ryby, warzywa, ograniczyłam syfne jedzenie, fast foody i słodycze [do okazjonalnych]. Wiedziałam, że są na świecie wegetarianie, ale byłam święcie przekonana, że to nie jest dobre, powoduje niedobory, choroby, anemię i wypadanie oczu. Nie interesowałam się tym. Bulwersowałam się, kiedy usłyszałam gdzieś że pewna matka zrobiła w szkole raban, bo odmówili jej serwowania wegetariańskich obiadów dla jej dziecka. Oszalała? Jak sobie chce być niedożywiona to proszę bardzo, ale dziecko?! Pff.

      Z jednej strony kochałam zwierzęta- od zawsze, jak większość społeczeństwa ;) Wiedziałam, skąd się bierze mięso, mleko, jajka, ale byłam przekonana że to po prostu nieodłączny element diety, tak musi być. Na eko-mięso nie było mnie stać, to samo jajka z wolnego wybiegu. To znaczy pewnie byłoby mnie stać, bez przesady, wystarczyłoby nie wpierniczać tyle mięsa codziennie albo nie szastać kasą- ale wiadomo, zawsze było coś ważniejszego, nowe buty czy inne kino. 

      Dopiero rok temu się tym zainteresowałam- właściwie nawet nie wiem jak to wyszło.. Coś gdzieś usłyszałam, chyba a'propos mojej kuzynki z Warszawy która interesuje się kulturą Indii [a tam wegetarianie stanowią ok 40% społeczeństwa- niestety, zmienia się to bo przejmują powoli styl diety zachodniej], i jest wege. Coś wstukałam w wyszukiwarkę. 

      Czy wegetarianizm jest zdrowy?

      czy jakieś tego typu hasło. Zdziwiłam się. 

      Największa amerykańska organizacja skupiająca profesjonalnych dietetyków Academy of Nutrition and Dietetics (dawniej American Dietetic Association) wydała w 1994 (następnie aktualizowane co kilka lat, ostatnio w 2009) Stanowisko na temat diet wegetariańskich oparte na przeglądzie wyników badań opublikowanych w kilkuset artykułach naukowych, w którym można przeczytać, że:


      "Odpowiednio zaplanowane diety wegetariańskie, w tym diety ściśle wegetariańskie, czyli wegańskie, są zdrowe, spełniają zapotrzebowanie żywieniowe i mogą zapewniać korzyści zdrowotne przy zapobieganiu i leczeniu niektórych chorób. Dobrze zaplanowane diety wegetariańskie są odpowiednie dla osób na wszystkich etapach życia, włącznie z okresem ciąży i laktacji, niemowlęctwa, dzieciństwa, dojrzewania, oraz dla sportowców"

      Szok, nie? A co z mitycznym niedoborem białka? Przecież białko jest tylko w produktach pochodzenia zwierzęcego!

      "Wszystkie aminokwasy egzogenne są obecne w pokarmach roślinnych. Jednak w odróżnieniu od białek zwierzęcych, dane białko roślinne zazwyczaj nie zawiera wszystkich aminokwasów egzogennych równocześnie w ilościach wystarczających na pokrycie dziennego zapotrzebowania, np. białka zbóż zawierają zazwyczaj niewiele lizyny. Dieta wegańska zapewnia więc odpowiedni komplet aminokwasów pod warunkiem spożywania różnych rodzajów białek roślinnych, dzięki czemu dostarcza się wszystkich rodzajów aminokwasów egzogennych na zasadzie komplementacji. Białka zbóż i białka roślin strączkowych zawierają komplementarne do siebie białka, przy czym nie jest wymagane spożywanie ich jednym posiłku, a jedynie w ciągu jednego dnia"

      [wikipedia]

      Właściwie już w tym miejscu zdecydowałam. Skoro nie muszę jeść mięsa żeby utrzymać zdrowie, po co to robić? Dla fanaberii smakowych? Bo inaczej tego nie można nazwać. Nie ma żadnego uzasadnienia.

      "Could you look an animal in the eyes and say to it, 'My appetite is more important than your suffering'?"

      [Moby]

      No dobra, postanowić sobie można, ale co jeść? Dalej buszowałam w sieci. Okazało się, że dieta bezmięsna wcale nie musi oznaczać wsuwania trawy i glonów, jak to się kojarzy omniżercom. Mało tego, wegetarianizm jest tak urozmaicony, że głowa mała! Moją bolączką są notorycznie drukowane góry przepisów z portalu kulinarnego puszka.pl, i całej masy wege blogów kulinarnych. Tyle jest rzeczy które jeszcze chcę spróbować, i tyle nowych rzeczy które odkryłam! Wcześniej na przykład nie wiedziałam co to ciecierzyca. Soczewica. Jarmuż. Nie przyszłoby mi do głowy robić paszteciki z cukinią, za którymi dzisiaj szaleję. Myślałam, że nie lubię kaszy gryczanej. Pierwszy raz spotkałam się z takimi rzeczami jak tofu, tempeh, seitan, dahl. Odkryłam natkę pietruszki, okazało się że z dodatkiem czochu i pestek słonecznika można z niej zrobić wypasiony sos do makaronu. Frytki z selera. Cukinia z grilla. No szał, kosmos, feeria kolorów, smaków, zapachów! 

      Wgryzłam się w temat, poczytałam o warunkach hodowli zwierząt. Mięso porzuciłam  bez żalu. Nie byłam nigdy fanką kiełbas, wędlin sklepowych, filetów z kurczaka które dzisiaj śmierdzą mi niemożebnie. Co innego ryby- wędzona makrela, łosoś, ooj...jak mi to pachnie! Ale postanowiłam sobie i się trzymam. W końcu różnimy się tym od zwierząt, że mamy wolną wolę, nie? Zdecydowałam też o odstawieniu nabiału.

      Co jest złego z mlekiem i jajkami?!

      Odstawienie mięsa może być jasne i logiczne- wiadomo, wiąże się z zabijaniem zwierząt. Ale mleko? Jajka? Co w tym złego?

      Zastanówmy się, skąd się bierze mleko. Wiadomo, z krowich wymion ;) ale pomyślmy głębiej. Co się musi stać, żeby krowa zaczęła dawać mleko? To samo, co musi się przydarzyć suce, kotce, klaczy, słonicy, kobiecie- każdej samicy ssaka. Musi zajść w ciążę. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że okoliczności w których krowa z fermy przemysłowej zachodzi w ciążę nie są sielankowe- nie jest to romantyczne rendez-vous z seksownym byczkiem, na łące pod jabłonką. Jest to sztuczna inseminacja ludzką ręką ubraną w gumową rękawicę, podczas której krowa zamknięta jest w fikuśnym urządzeniu o zmysłowej nazwie rape rack- klatce gwałtu. 

      sorry.

      Po tym nieprzyjemnym doświadczeniu krowa zachodzi w ciążę, rodzi cielaka. Następnie cielak jest jej odbierany, i:

      -jeśli to młody byczek: idzie na cielęcinkę

      -jeśli to młoda krówka: idzie na fermę jako kolejna maszyna do wyrobu mleka.

      Tymczasem szczęśliwa matka faszerowana jest hormonami, które mają za zadanie jak najdłużej podtrzymać laktację; antybiotykami, które mają zwiększyć jej wydajność i spowolnić nieunikniony rozwój chorób nóg, wymion, kości etc. I tak w kółko. Kiedy spada jej mleczność, krowa zostaje zabita, i to najczęściej nie na mięso, bo jej zużyte ciało już się do tego nie nadaje- idzie na klej, nawóz, karmę dla kotów, albo po prostu na śmietnik.

      To nie jest tak jak w reklamie.

      Jak chcesz poczytać o micie szczęśliwych krów, zapraszam tu:

      Szczęśliwe krowy-mit a rzeczywistość

      O jajkach właściwie nie będę nawet pisać- rzuć okiem tu: Jajka bezklatkowe- mit a rzeczywistość. To jest taka sama ściema jak z krówkami hasającymi po łące w promieniach słońca i wcinającymi stokrotki.

      Rozbujałam się trochę, ale chyba z grubsza napisałam o co mi cho- weganizm jest dla mnie oczywistym wyborem, ponieważ zwierzęta hodowane na mięso i nabiał są traktowane brutalnie, wykorzystywane, mordowane. Człowiek nie odnosi się do nich jak do żyjących, czujących i świadomych istot, które tak samo jak my odczuwają ból, strach, stres, rozpacz- traktowane są jak maszynki do przynoszenia zysku.

      Na koniec zdjęcie z niedzielnego grillowania- biedni weganie, nie mogący sobie zjeść kiełbasy czy karkówki.. no dramat ;)

      cukinia, pieczarki, cebula, tofu, chlebuś i sałatka. pyszne było niemożebnie, opchałam się jak sołtys a godzinę później poleciałam na siłkę i zrobiłam doobry trening! :D

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „tydzień weganizmu II- why vegan? i grillowanko”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 08 kwietnia 2014 12:11
  • poniedziałek, 07 kwietnia 2014
    • Tydzień weganizmu I

      najpierw prywata.

      strzaskałam się na mahoń! nooo dobra, prawie ;) powiedzmy, że na brzozę. Ale radośnik był piękny i słoneczny! W sobotę nawet z tej okazji przesunęliśmy sprzątanie na porę południową. Wcześniej leniuchowaliśmy i wybraliśmy się do marketu budowlanego w celu zakupienia roślinek. Trzeba jakoś ten nasz ogródek, jałową pustynię, ożywić! Kupiliśmy dwie wierzby do posadzenia przy ścieżce [wyzwanie- tam jest jakieś 20cm ziemi, poniżej zaczyna się hala garażowa.. zobaczymy co drzewka na to], dwie jabłonki i czereśnię. Trochę na pałę, bo nie sprawdziliśmy nawet jakie wymagania mają te konkretne odmiany, a u nas ziemia jest hm.. no, glina. Fatalna. Mimo tego, że Lola dzielnie ją użyźnia jak nikt nie patrzy :P Najwyżej skończymy hodując poletko koniczyny. W niedzielę ubrałam fikuśne nakładki na buty, takie nabijane gwoździami, i znęcałam się nad trawnikiem. To podobno dobrze robi, trawa może sobie pooddychać i się odświeżyć po zimie. Powinna wyrosnąć bujna i soczysta! Zmęczyłam się tym dreptaniem szalenie, i chyba mnie słonko trochę złapało bo dzisiaj jestem czerwona.

      Wpadł do nas sąsiad, z wykształcenia ogrodnik, i zalecił drzewka przyciąć [to nic, że drzewko to na razie dwa patyki na krzyż, w dodatku niższe ode mnie ;)], to pomoże im się przyjąć i w ogóle będą szczęśliwe. Zatem panowie zaopatrzyli się w sekator i ciachali drzewka. A Lola, jako pies kochany i pomocny, zobaczyła co robią po czym zdecydowała się im pomóc, więc wyrwała jedno drzewko z ziemi i przegryzła na pół. Dzielny piesek! Niestety pańcio nie dopatrzył się w jej działaniach nic ponad szkodliwość społeczną, więc ją okrzyczał. Co za nieczułość.

      Zrobiłam trochę zdjęć, ale coś mi się skefiło z pendrive'em i niestety ich nie upublicznię póki co. Natomiast zaczęłam robić porządki w zdjęciach na kompie. Uporządkowałam już jeden folder z dziewiętnastu. Szał.

      5 kwietnia, w sobotę czyli, zaczął się Tydzień Weganizmu organizowany przez Empatię [fundację, nie ten portal za 50 baniek]. Oczywiście chciałam w tym temacie coś mądrego napisać, ale nie mogę się ogarnąć, poza tym mam świadomość że czytają mnie cztery osoby na krzyż ;) [Pozdrawiam :)] W Warszawie z tej okazji organizowana będzie masa rzeczy- wykłady, spotkania ze sportowcami i dietetykami, akcje uliczne i potyczki blogerów. Ja wydrukowałam ulotki z vegerunners [polecam zajrzeć], i podrzucę ich kilka na siłownię. A nuż ktoś, coś.. 

      Powinnam wstawić jakieś apetyczne zdjęcie wege-żarcia, ale z braku zdjęć [o czym wspomniałam], zdubluję: proszę Państwa, oto burger ryżowo-szpinakowy z sojonezem, rukolą, papryką i cebulą, w bule własnego wypieku!

      go vege..! :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 07 kwietnia 2014 15:57
  • środa, 02 kwietnia 2014
    • kwiecień-plecień!

      Dzisiaj rano moim zaspanym oczętom ukazał się świat pokryty szronem.

      Nawet grill...!

      Na szczęście jak słońce się wychyliło, temperatura z -5 skoczyła do +8,5. A jak zerowałam termometr, minimalna wynosiła -2,5 , a maksymalna 30,5. Niezła amplituda, jak na Marsie.. No ale taki mamy klimat, co zrobić. Dobrze że rowerem można jeździć :) mój osobisty co prawda jest teraz w serwisie [przegląd na nowy sezon], ale jeżdżę na męzowym- i, hm, nawet lepiej mi się na nim jeździ niż na moim kozackim firmowym kolorowym...pewnie dlatego, że mój ma takie duże kółka, muszę się przyzwyczaić.

      Jest plus tej okropnej zmiany czasu, przez którą ból głowy męczył mnie trzy dni z rzędu! Po powrocie z pracy można wziąć kundla na sznurek i iść na spacer, i raczyć się promieniami słońca! Co niniejszym wszystkim tu polecam, nawet jak nie macie kundla :)

      No i można spotkać na przykład słynnego KRUCZKA!

      Ależ to jest wielkie ptaszysko!

      Oddałam aparat do doktora. Ciekawe co tam mu w bebechach znajdą i ile dukatów będę musiała z tej okazji wydać..

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „kwiecień-plecień!”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 02 kwietnia 2014 16:11

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa