Wpisy

  • poniedziałek, 31 marca 2014
    • styrana

      jestem jakoś dziś, i gastrofazę mam okrutną. Snuję się jak zombie i jem, i jem, i jem.. dziwna sprawa. Natomiast po radośniku jestem tak wypoczęta, że najchętniej poszłabym spać od razu, tak jak siedzę, z marszu ;] wyleciało nam z głowy zupełnie to, że jest zmiana czasu [co za archaiczny wymysł] i w niedzielę wstaliśmy koło 8, czyli na "stary" czas koło 7. Plan był taki, że Tomasz z kolegami wsiadają o 9.15 na motki i jaką do Sobowidza na Jajcarnię- czyli rozpoczęcie sezonu motocyklowego, a ja cisnę za nimi, tylko że rowerem i przez las. T. ostatecznie wymiękł i przegrupował się na późniejszy wyjazd, ale ja się ogarnęłam dzielnie i o 9.20 ruszyłam w drogę, tylko trochę nieprzytomna. Z moją papierową mapką i wyznaczoną trasą, pełna optymizmu. Punkt pierwszy- droga na Otomin, w lesie piękna polana na której za kilka miesięcy będzie wysyp malin

      cenny podmokły teren koło jeziora

      a na jeziorze... bynajmniej nie burza.

      Tafla wody gładka jak lustro, zmącona jednym tylko samotnym kaczorem, cisza, cisza, cisza..

      ależ się przyjemnie jechało! Przez lasy, pola, łąki..

      aż tu nagle...

      kuniec.

      Okazało się, że moja papierowa mapa nie ściągała dawno żadnych aktualizacji, i droga która teoretycznie powinna mnie zaprowadzić do Będzieszyna, skończyła się znienacka na samym środku zalanego pola. Eh. Zawróciłam rower i wróciłam do Juszkowa żeby spróbować innej drogi... i wylądowałam kolo rozdzielni Poczty Polskiej w Pruszczu Gdańskim. Obraziłam się na taką wycieczkę, wykonałam obrót o 180stopni i wróciłam sobie do mojego lasu, z postanowieniem że dojadę do jeziora Otomińskiego i zjem sobie na jego brzegu wałówkę [tak, nie wychodzę z domu bez jedzenia ;)].

      Oczywiście kiedy dotarłam o 12.30 nad jezioro, po ciszy i spokoju nie został nawet najmniejszy ślad- było za to pierdylion samochodów, rowery, wózki, matki, dzieci, psy, taksówki.. WSZYSTKO, tylko nie spokój. Znalazłam kawałek trawy, przysiadłam sobie i zjadłam co tam miałam w zapasie, patrząc na kąpiącego się nowofundlandczyka. A później ogarnęłam się i wróciłam do domu, po drodze zatrzymując się z dwadzieścia razy żeby dokręcić odkręcająca się złośliwie śrubkę od błotnika ;) na szczęście poluzowała się już blisko domu. Po powrocie wzięłam do ogrodu psa, koc i książkę i padłam jak kawka. TAKA byłam zmęczona. Szok! Mój organizm musiał się okropnie tą zimą zmęczyć. Także podsumowując: wycieczkę miałam udaną, chyba nawet mnie trochę słonko popieściło, bo dziś czuję że pieką mnie usta- ale do celu nie dojechałam. To nic, Tomasz przywiózł mi długopis na pamiątkę ;)

      Acha, i widziałam DZIĘCIOŁA! Warto było :) szkoda że nie miałam lufy do aparatu, ale bałam się że w razie jakiejś gleby się rozsypie.. a w końcu to pożyczony sprzęt. 

      słabo widać, ale liczy się, nie? :)

      W ogóle w temacie aparatów: pojechaliśmy do RTV EURO AGD żeby oddać do naprawy mój kompakcik, który popsuł się miesiąc przed upływem gwarancji, i dowiedzieliśmy się, że jak się bierze sprzęt na fakturę to nie ma dwuletniej gwarancji, tylko roczna rękojmia. Jak nie urok to..!

      Ale za to kupiliśmy małym geczuczkom wylęg świerszcza, nareszcie sobie porządnie pojedzą!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 31 marca 2014 16:01
  • piątek, 28 marca 2014
    • ambitne plany na radośnik

      oprócz standardowego sprzątania.

      1. wyspać się - mam zaległości do nadrobienia, bo w niedzielę byliśmy na koncercie, w poniedziałek nieopatrznie zaprosiliśmy na 20 sąsiadów, którzy z racji swojej pracy nie muszą wstawać rano [przyszli oczywiście o 21..]. W środę w nocy zaś mój własny małż dokonał sabotażu- oznajmił że bolą go oczy i strasznie się rzucał po łóżku. Wziąwszy pod uwagę że sobie spawał tego dnia, i naprawdę mocno narzekał na bolesność, a jak wiadomo gałki to jednak fajna rzecz i przydatna, zarządziłam wycieczkę na pogotowie. O 3 nad ranem. Po tournee do szpitala i całodobowej apteki [ostry stan zapalny, nie wiadomo od czego- T. upiera się, że wcale nie od spawania], złożyliśmy nasze umęczone zwłoki do wyra. O 8.31 obudził mnie telefon od szefa. Dzisiaj, nie wiedzieć czemu, też zaspałam..

      2. uporządkować przepisy, oczywiście

      3. wycieczka rowerowa- w niedzielę T. śmiga na Jajcarnię, czyli rozpoczęcie sezonu motocyklowego do Sobowidza. Mam plan dotrzeć tam rowerem :) nie żebym znała trasę, po co. Nawet nie wiem jak daleko to :P Ale znalazłam już u taty na regale mapę Kaszubów, we współpracy z mapami google wyznaczam sobie trasę. Wiem, że to brzmi bardzo egzotycznie, bo kto w 2014r korzysta z papierowych MAP? No chyba tylko ja. Co prawda mam opcję pożyczenia z pracy smartfona [prywatnie posługuję się telefonem z guziczkami; jak zwierzę..] to jednak z niej nie skorzystam. Próbowałam pobrać jakiś cwaniacki program z nawigacją dla ścieżek rowerowych, ale okazało się że kompletnie się nie nadaję do takich atrakcji i "intuicyjna obsługa" jest dla mnie kompletnie nielogiczna. Cóż, umiesz liczyć, licz na siebie- przynajmniej nie padnie mi bateria ani nie zgubię zasięgu z moją papierową mapą ;)

      trzymajcie kciuki.

      A poza tym, udało mi się zarejestrować do dentysty, po dwóch tygodniach zapominania i przypominania sobie o w najbardziej niesprzyjających okolicznościach [np. w środku nocy czy prowadząc auto]. Znowu muszę się cholera tam wybrać, bo ostatnim razem nie naprawił mi zęba do końca- jak pierwszy raz poszłam do prywatnego dentysty byłam zauroczona znieczuleniem, ale niestety wszystko ma swoje zady i walety. Bo skąd mogę wiedzieć że dent mi zrobił co trzeba, skoro nic nie czuję? A po zabiegu nadwrażliwość może się utrzymywać około tygodnia. A później zapominam się umówić na poprawkę. I tak minęło półtora miesiąca. W końcu zapisałam się bo nie mogę chrupać twardych rzeczy- z jednej strony mam nie-do-końca-zrobionego zęba, a z drugiej rośnie mi ząb mądrości [..] i też się słabo gryzie. A jak wiadomo, życie bez marchewki to nie życie.

      Acha. Muszę oddać aparat do naprawy. Coś się skefiło w slocie na kartę pamięci, i nie może jej odczytać. Na szczęście moja teoria spiskowa o sprzętach psujących się dwa dni po upływie gwarancji tym razem nie znajduje zastosowania- dwa lata od daty zakupu mijają 30 KWIETNIA. Musieli się w Chinach walnąć o miesiąc po prostu.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      piątek, 28 marca 2014 15:55
  • poniedziałek, 24 marca 2014
    • na luzie.

      lekko ogłuszona chodzę cały dzień, bo dawno nie byliśmy na koncercie Illusion

      [zdjęcie z portalu trojmiasto.pl]

      Fajnie było, jak zwykle ;) nie żebym była jakąś wielką fanką, bo to T. cały czas darł się jak szalony i wymachiwał rękami, ale muszę przyznać że trafia do mnie ta muzyka i przyjemnie spędziłam czas

      W radośnik miałam okazję zjeść śniadanie w uroczym towarzystwie! Taki oto rozkoszny przeżuwacz pojawił się za płotkiem:

      jadłam sobie kanapki z rzeczami [po długim odwyku wyhodowałam nowy zakwas i upiekłam chlebek :)], a za oknem Pan Zając [tudzież Pani Zającowa; cholera wie] zajadał [a] sobie młodą trawę.

      Od czasu do czasu strzygąc słuchami [przysięgam, że słychać było pstrykający aparat zza okna!]

      takie toto śliczne puszyste!

      Po posileniu się posilnym posiłkiem i odbębnieniu niezbędnych czynności sobotnich obejmujących odkurzanie psich kudłów z wszystkich poziomych powierzchni w mieszkaniu, wyszorowaniu armatury i sanitariatów [nic tak nie czyści kamienia jak woda z octem, powiadam!] i podobnych atrakcji, zdecydowałam że trzeba pójść na powietrze żeby nie zarosnąć grzybem. Ogarnęłam się i mimo niepogody wzięłam psa na sznurek, poszłyśmy polować na kruczki. Jak to zwykle bywa, kruczki akurat miały do załatwienia ważną sprawę na drugim końcu miasta. Ale Państwo Żurkowie nie zawiedli

       

      Nawet trafił się potrzeszcz [prawda? Przeglądając moją książeczkę rozważałam jeszcze wróbla skalnego, ale za dużo ciapek i za mało brwi ma ten "mój" ptaszyn. Skowronek odpadł przez dzióbek i brak kuku na muniu, i przyjemnie kulistą sylwetkę ;)] 

      co to za podglądactwo?

      swoją drogą, śmieszne ma mocowanie łapek :] 

      Prawie godzinę łaziłyśmy z Lolitą po polach, a kiedy wracałyśmy futrzak ciągle siedział za płotem. Na widok psicy na wszelki wypadek dał dyla, chociaż Lola już ledwo łapami powłóczyła, tak się wybiegała na polu korzystając z okazji. I znalazłam piękną pamiątkę! Ale nie zrobiłam jej zdjęcia. Pochwalę się jutro :)

      to kicam!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „na luzie.”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 24 marca 2014 16:00
  • piątek, 21 marca 2014
    • lecą! lecą!

      zmasowany atak! nie-wiem-czego :)

      Niestety mój aparat z pożyczonym obiektywem nie ma aż takiego zoomu.. anybody? Gęsi jakieś?

      Piąteczek, yeah. Za oknem pięknie a w radośnik znowu ma być kaszana. Mam nadzieję że taka prognoza się nie sprawdzi.. Poszłabym sobie na rower do lasu, albo nad morze, ojj... ale nie ma lekko, najpierw obowiązki, później przyjemność *ech*

      Pieseł to ma klawe życie..

      gumowa kościo! ręce do góry bo szczekam!

      a masz! *chaps*

       turlu turlu turl [straszna mordercza morda]

       uf, chwila przerwy.

       ciągle tu jesteś?

       gryz!

      i tak dalej, i tak dalej.

      A na wszystko patrzy pierzasty patrol

      Czy ktoś ma jeszcze wątpliwości że jest wiosna? :) ten koleżka ledwo się obudził, a już zaklepał sobie konkretną samiczkę. Cwaniak!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „lecą! lecą!”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      piątek, 21 marca 2014 15:59
  • wtorek, 18 marca 2014
    • w wiecznym niedoczasie

      niby nic takiego nie robię, a jednak nie mam na nic czasu. Po pracy zrobić zakupy, obiady [tak, dwa- T. nie wytrzymał długo bez mięsa.. :(], wysikać psa, i już jest osiemnasta albo i lepiej. A jeszcze pranie trzeba zrobić, bo kończą się czyste skary, więc wypada też zebrać to które się od tygodnia suszy i poprasować stos koszulek, żeby zrobić miejsce na nowy stos. Siłownia, zumba, biblia przepisów do uporządkowania, paznokcie do pomalowania i książka do przeczytania, i tak leci dzień za dniem, tydzień za tygodniem. Nie, nie leci, on ZAIWANIA! Straszne to, ani się obejrzę a będę mieć 60 lat. Na dodatek wzięłam jeszcze małą fuchę- projekt kuchni dla znajomej szefa, do trzaskania po godzinach ale w sumie mogłabym go robić i w czasie pracy. I co robię? Buszuję po blogach kulinarnych. AA! Chyba muszę sobie założyć blokadę na takie strony. Nie dość, że nie mam czasu na pracę, to jeszcze drukuję kolejne przepisy co generuje mi większy bajzel w kuchni, a małe gekony ciągle nie mają co jeść. Chyba muszę popracować nad silną wolą i motywacją do roboty, bo z tym jest kuso.. Na dodatek pogoda brzydka i znowu muszę jeździć samochodem [ale już jutro planuję pedałować]. 

      na pocieszkę zdjęcia sprzed jakiegoś czasu- piękna pogoda była, w sam raz na spacer nad morze. Ptaków multum, a woda tak krystalicznie czysta.. jak nie Zatoka! Szkoda że jak tylko zrobi się ciepło, zasilona zostanie moczem, petami i olejkami do opalania zakwitnie i zrobi się z niej Bagno Wiecznego Smrodu. Ale od czego mamy piękne kaszubskie jeziora! <3

      bądź co bądź.. łabędź.

      a także galaretoryba [pamiętam jak za małolata zbierało się je, panierowało w piasku i udawało że to kotlet.. albo organizowało się wojny na meduzy.. na swoje usprawiedliwienie dodam, że te chełbie pływające przy samym brzegu albo już nie żyją, albo właśnie umierają]

      w tym miesiącu znowu mi się urodziły wydatki. Żarcie i cążki do pazurów dla Loli [teraz ma dwóch naturalnych wrogów- odkurzacz i cążki..], karnet na siłkę, zaległy podateczek- i do końca miesiąca będę żyć na frytkach z selera

      w sumie opcja dobra, bo KOCHAM frytki z selera, ale farbki chciałam sobie kupić...

      ....na co mi to, i tak nie mam czasu malować :P

      SŁOŃCA!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „w wiecznym niedoczasie”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 18 marca 2014 12:31
  • piątek, 14 marca 2014
  • środa, 12 marca 2014
    • przedwiośnie i czepuk paprykowy

      pięknie, czyż nie? co prawda w weekend ma być zimno i nawet widziałam jakieś śnieżki w obrazkowej prognozie pogody, ale mam nadzieję że wszystko przejdzie jakoś bokiem. Dzisiaj jak wstałam było -1, po 30min już +5, a jak wychodziłam to 18,5 :) czujka się nagrzała oczywiście, ale fajnie było zobaczyć taką temperaturę na termometrze. Śmigam sobie rowerkiem mimo że glutowaty kaszel czasem jeszcze atakuje mnie znienacka, ale nie mogę sobie odmówić tej przyjemności! W sobotę poprztykałam się z małżem, więc wzięłam rower i pojechałam sobie do lasu.. przez drogę przebiegła mi sarna tak płowa, że totalnie jej nie było widać gdyby nie białe puszyste lusterko na dupce. A zachód słońca przy polanie na której zbieramy maliny był po prostu boski...! Skowronki świergolą, kosy fruwają stadkami, tylko niestety jaskółczą górkę koparki rozbierają :( coś czuję że nie będą miały w tym roku się gdzie gnieździć..

      Wczoraj jak tylko wróciłam z roboty, wzięłam psicę na sznurek i popędziłam z nią na pole, zażyć ostatnich promieni słonecznych. Jeszcze na osiedlu dopadła nas parka goldenów sąsiada z innego budynku. Zawsze ma je na smyczy, a tym razem puścił luzem i się z kimś zagadał. Pies wykazał zainteresowanie, a suka, jak to suka, rzuciła się na nas z zębami. T. zawsze mi mówi żeby w takiej sytuacji Lolę puszczać [co się będę z nią szarpać, a ona sobie poradzi] i zazwyczaj tak robię, ale tym razem tylko odciągałam ją na bok a goldenkę odpychałam do drugiego narożnika butem. Sąsiad natychmiast przybiegł, oczywiście przepraszający i skruszony, ale nikomu nic się nie stało więc nie ma o czym mówić. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, komu nigdy suka nie zwiała przetrzepać innej skóry..no, ja nie rzucę w każdym razie, Lola aniołkiem nie jest. Na poprzednim osiedlu nieraz miała spinki z "koleżankami", kłaki fruwały w powietrzu ale krzywda się nigdy nikomu nie stała.

      Po tej małej rozgrzewce udało się nam dotrzeć na pole, odczepiłam smycz i wtruchtałyśmy sobie na górkę. Lola już się trochę zdyszała [ostatnio ma problemy z chodzeniem więc zbieram się na wizytę do weta, nie wiem czy to kwestia pazurów czy stawy, chociaż ostatnio schudła] więc chodziła sobie powoli niuchając z nosem wbitym w ziemię. Chciałam już wracać, więc zawołałam żeby ją zapiąć na smycz, i wtedy zobaczyłam że za nią w pewnej odległości stoi grupka pięciu saren.. wyciągnięte jak struny, z nastawionymi uszami, w bezruchu. Kiedy zawołałam do psicy, zlękły się i dały susa w krzaki, trzasnęła gałązka i Lola oczywiście usłyszała. Sarny już zwiały kiedy ona zebrała swoje 25kg na krótkich łapkach i zaczęła za nimi truchtać. Zawołałam ją tak z pięć razy, zatrzymała się i odwróciła do mnie, powiedziałam "DOOBRYY PIEEES!", i w tym momencie wykonała zwrot i popędziła do saren. Najwyraźniej uznała że moja pochwała się jej należy i tak, więc skoro ją dostała to może kontynuować. O sarny jestem spokojna, bo Lola za Chiny ludowe ich nie dogoni, a nawet jeśli świat by stanął na głowie i jednak się jej udało, to przypominam że ona jest gackiem który kocha absolutnie wszystko: kaczki, koty, żaby, pisklęta bekasa, szczura, gekony i krowy, więc sarnę najwyżej mogłaby zalizać. Tylko że takie akcje już odstawiła ze trzy razy, i trzeba było ją ganiać po całym rejonie Jasień nawołując donośnie aż się znajdzie, łajza, ze spuszczonym wzrokiem ledwo wlokąca łapę za łapą. Akurat nie miałam na to ochoty, musiałam sobie ugotować obiad. Stałam więc na polu patrząc na górki rozciągające się przede mną, i widziałam co następuje: biegnie sobie niespiesznie grupka saren. Znika za krawędzią górki. Za nimi, w tempie o połowę mniejszym, kula się Lola, i też znika. Sarny wyskakują z drugiej strony, i kicają sobie na drugą górkę, znikają w krzakach. Pojawia się Lola ze swoją powalającą prędkością, gramoli się za nimi uparcie i też znika. Sarny wybiegają z drugiego końca krzaków.. i tak ze trzy razy. Paradne. Brakowało mi do tego tylko muzyczki z "Benny Hilla". Po kilku minutach psica musiała sobie skalkulować, że szanse na zapoznanie się z tymi śmiesznymi stworami są marne, więc raczyła odpowiedzieć na moje monotonne nawoływanie i przyczłapała. Do domu wlokłam ją chyba trzy dni..

      Na obiad ugotowałam sobie przegląd warzyw z lodówki z przyniesionym z piwnicy czepukiem paprykowym. Czepuk to sos, a jakże, paprykowy, w smaku przypomina mi trochę ajvar, jest boski! W tym sezonie paprykowym muszę go zrobić zdecydowanie więcej, nadaje się do duszonych warzyw, do posmarowania naleśnika czy kanapki, do maczania marchewki albo selera, jako dodatek do sałatki czy do wyjadania ze słoika. Przepis z forumveg:

      Poczeba: 3 kg papryki - przekręcić przez maszynkę (elektryczną, ręczną lub da się - zapewne - blenderem) 

      1,5 szklanki oleju - można mniej 

      2 szkl. cukru 

      1 łyżeczka chili (lub skręcić mega ostrą papryczkę razem ze słodkimi). 

      3 łyżki soli 

      1 winne jabłko 

      1 cebula - te dwa ostatnie zmielić z papryką 
      Wszystko to powyższe trzeba gotować przez 20 min. Pod koniec dodać 2 przetarte ząbki czosnku 3 średnie słoiki koncentratu pomidorowego 1/2 szkl. octu 3 liście laurowe 1 paczkę suchej bazylii 1,5 łyżeczki pieprzu 
      To wszystko gotować jeszcze 10 min, gorące wkładać do słoików i odwrócić.

       

      Pyszota!

      A za godzinkę jadę z szefem podpisać umowę z moimi prawniczkami. Umowę na meble oczywiście. Czuję premię B-) to dobrze, bo kupiłam Loli porządne żarcie i cążki do pazurów, i zapłaciłam zaległy podatek, i pieniąchy wiadomo, zawsze się przydadzą ;)

      było? to nic! śpiewamy, bo to już niedługo!

      NA WAKACJE, JEDZIEM NA WAKACJE!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 12 marca 2014 09:57
  • piątek, 07 marca 2014
    • pierwszaki

      geczuki czują wiosnę po całości i obsypują mnie dziećmi. Aktualnie mam w pudełeczku siedem glutów, zakładając że żaden z nich nie dał w międzyczasie dyla przez kratkę wentylacyjną [zdolne są, bestie]. Nie mogę ich jeszcze sprzedawać bo za zimno jest na wysyłkę, a kończy mi się zapas wylęgu mącznika.. muszę chyba zastawić jakąś pułapkę na ziemiórki które też bardzo chętnie się mnożą, żeby mieć czym geki karmić. Albo może po prostu wypuszczę gadziny na kuchenny blat i będę mieć z głowy i ziemiórki, i karmienie ;)

      Dzisiaj ostatni dzień laby, w poniedziałek wraca szef. A co ja w tym czasie zrobiłam..? No.. nie za wiele... 

      tu można zobaczyć jakiego formatu jest mniej więcej taki nowoklutek

      i tu też

       

      rozpłaszczę się na krawędzi i będę udawać, że mnie nie ma!

       :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „pierwszaki”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      piątek, 07 marca 2014 15:18
  • czwartek, 06 marca 2014
    • wegańskie sushi!

      jak się nie da, jak się da? ;) zaserwowałam na kolację z okazji naszej rocznicy poznawczej. Jak szaleć to szaleć! [Do tego była zupka miso]

      before..

      i after

      w trakcie aktu konsumpcji

      polecam, glony nori są dobre bo zawierają jod, cza je jeść a domowe suszi bez porównania smaczniejsze i tańsze niż gotowe jest, hej! %-)

      ale szybko zleciał ten tydzień. Szef niedługo wraca, a ja olałam kilka przetargów którymi miałam się zająć, i gardło mnie ciągle boli eh :/

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      czwartek, 06 marca 2014 19:51
  • niedziela, 02 marca 2014
    • podziabana

      zabieg odbył się zgodnie z planem, wszystko poszło gładko i tylko kilka razy miałam ochotę gryźć framugę. Tak naprawdę od samego dziarania gorsze było przecieranie ręcznikiem papierowym.. Zadowolona jestem ze studia i samego dziarającego [weganina notabene], na pewno będę polecać, ale efektem pochwalę się jak mi zejdzie zaczerwienienie :)

      A w ogóle to jestem chora :( mam jakiegoś gluta w płucach i nos tak zawalony, że zjadłam pół słoika dżemu truskawkowego kompletnie nie czując smaku.. mogłam w sumie zjeść suchy chleb i wyszłoby na to samo, a zaoszczędziłabym dżem :/ mądry orzech po fakcie. To teraz wstawię na pocieszkę zdjęcia różnorakie.

      Tu Lolita, ptactwo i jeszcze-śnieg

      Znowu ta sama modelka, przeżuwa

      i czuwa!

      Pustułka wisząca nad polem, zaszliśmy ją od kupra i chyba nas nie widziała :]

      a tu już zwrot akcji

      i jeszcze siakiś bird of prey

      sójka mi czmycha z kadru, skubana!

      i wiosna pełną gębałą :D

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      niedziela, 02 marca 2014 16:15

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa