Wpisy

  • środa, 27 listopada 2013
    • trippin'!

      Zacznijmy od tego, że spadł śnieg, jakby ktoś nie widział.

       

      Przynajmniej w Gdańsku, wszystko jest ośnieżone i puszyste. Ładnie jakoś tak :) Chociaż mogłoby więcej słonka wyjść. W każdym razie mój Małż, który na śnieg ma alergię, bardzo cierpi. Próbowałam go raz zapoznać z moją pasją [z której musiałam zrezygnować, a teraz bardzo tęsknię :( ], czyli jeżdżeniem na desce. Pojechaliśmy do Przywidza, na jakiś śmieszny płaski pagórek, wypożyczyliśmy sprzęty i.. niestety nic z tego nie wyszło, bo T. wyglebił się kilka razy i obraził śmiertelnie na dechę. Nie poskutkowały babcine sentencje z cyklu "jak się nie wywrócisz, to się nie nauczysz!", foch to foch a zima śmierdzi i już.

      W każdym razie, T. dalej nie lubi zimy. Niedzielny opad atmosferyczny zrobił na nim takie wrażenie, że podjął spontaniczną decyzję, i.. Lecimy na Teneryfę. Jutro. Last minute. Co prawda teraz jest tam ze dwadzieścia stopni i chmury, ale przynajmniej nie ma śniegu! Taka atrakcja :D Strasznie się ekscytuję, bo w tym roku tak naprawdę nie miałam urlopu [byliśmy 3 dni na Mazurach only], a i pogoda była raczej do kitu. Nieco mnie osłabia wizja 6h w samolocie, bo ja raczej się trochę boję latać, ale ramy dadę! Zaopatrzyłam się w książki - "Czerwoną Gorączkę" Pilipiuka i "Zjadanie zwierząt" Foera. Pilipiuka zapożyczyłam od sąsiada- 4 książki- i zapoznaję się z twórczością. Wciągnęły mnie! Pierwsza którą przeczytałam to "Czarownik Iwanow", drugi z serii tomik o Jakubie Wędrowyczu

      http://pl.wikipedia.org/wiki/Jakub_W%C4%99drowycz

      Chociaż z wikusiowym opisem się nie do końca zgadzam- imo Wędrowycz nie jest aż tak odrażający, wzbudza pozytywne emocje i jest fair. To takie moje osobiste odczucia :) każdą razą, książki Pilipiuka są takim.. hmm.. fantasy z polskiej wsi? Pewnie nie każdemu przypadną do gustu, ale warto sobie skosztować. A książki Foera czytałam recenzje, i brzmiały tak zachęcająco, że kupiłam sobie używkę na allegro i będę badać.

       

      Czy do samolotu można sobie zrobić kanapki?

       

      Jakby było mało atrakcji, to w ramach szybkiego przygotowywania się do bikini, zapadliśmy na grypę żołądkową.. W weekend był u nas młody, i w nocy z soboty na niedzielę uraczył nas paradą atrakcji z fontanną i laserami. No i nam też się udzieliło.. Wczorajszy dzień chodziłam tyłem i nie mogłam się ogarnąć, przespałam chyba z 14h. Ale dzisiaj już jest lepiej, chociaż prawie nic nie jadłam. Myślałam nawet że wieczorem wybierzemy się na siłkę, ale okazało się że T. dość niefrasobliwie wpierniczył opakowanie śledzi i teraz bardzo żałuje.. Także zobaczymy co z tego wyjdzie.

       

      Ale super, ale super! :]

      Muszę pamiętać żeby zabrać pudełeczka na robaki!

      *zagranicom mają takie fajne robaki! Dwa lata temu przywiozłam sobie modliszkę i dwa skakuny, wije i skolopendra niestety uciekły..

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „trippin'!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 27 listopada 2013 13:36
  • piątek, 22 listopada 2013
    • pozwólcie, że przedstawię.

      miała miejsce taka sytuacja. Wracałam z pracy, i spadł mi łańcuch. Zakleszczył się okrutnie w zębatkach i za nic nie chciał wyleźć, więc, chcąc nie chcąc, musiałam prowadzić rower do domu, a następnego dnia rano Małż musiał wygramolić się z piernatów coby mi ten łańcuch naprawić zanim będę spóźniona do roboty. Pobudka o tej niewyobrażalnej (dla prezesa ;) porze i konieczność babrania pidżamy w smarze musiała go mocno wpienić, albowiem po powrocie do domu zastałam.....

      Tadą! Mam nowy rower! :D piękny, nie? Wspaniale jeździ, przerzutki trykają jak marzenie, hamulce działają i jeszcze do tego jest taki śliczny... Wręcz boję się go zostawiać pod biedronką :( chyba będę go brać pod pachę i robić z nim zakupy. 

       

      Oprócz tego zgubiłam mąkę. Chyba to od czytania Chaotycznej.. Mąka była gryczana, i nabyłam ją drogą kupna w sklepie sieci Groszek. Po przyniesieniu do domu okazało się że woreczek mąkowy ma przerwaną ciągłość i sypie radośnie dookoła drogocennym pyłem [10 za kilogram!], więc przesypałam mąkę GDZIEŚ i wstawiłam GDZIEŚ. No i teraz klops, bo nie pamiętam gdzie.. Rada nie rada [hehe], musiałam kupić dzisiaj drugi woreczek owej mąki. Jak znowu ją zgubię, to muszę pamiętać żeby tu zajrzeć.

      mąka jest w szafce wiszącej obok okapu, po prawej stronie.

       

      Poza tym, doznałam szoku. Jakiś czas temu zasubskrybowałam sobie mailing od PETA [nie papieros; taka organizacja pro-zwierzątka]. Wszystkie maile od nich są strasznie smutne i okropnie dołują. W ostatnim z nich był artykuł o angorze.. Wiecie, co to angora? Ja nigdy się nad tym nie zastanawiałam, mam skarpetki które się nazywają angora [w sensie że na opakowaniu było], ale w składzie mają bawełnę, elastan i cośtam jeszcze, w każdym razie angory tam nie ma. Na szczęście. Bo właśnie wczoraj dowiedziałam się, że angora to futerko pięknych jak z bajki puszystych królisiów. Które to, futerko, owym królisiom [po uprzednim spętaniu łapek] WYRYWA SIĘ. Na żywca. Bo jeden królik to kilka partii futerka, więc kilka razy można go tak depilować. Zawsze myślałam, że króliki nie wydają dźwięków.. Błąd. Okazało się, że króliki potrafią się dosłownie wydzierać. Jak okropny musi być ból, żeby zmusić królika do krzyku? Nie chcę nawet wiedzieć.. W każdym razie: JA na bank nie kupię nigdy nic co ma w składzie choćby kłaczek angory. NEVER EVER. Do tego samego zachęcam was. Moje angorowe skarpetki bez angory są naprawdę milusie, czyli - jak widać - da się.

       

      Udało mi się zamówić psu dietetyczne żarcie, brawo ;) bo ostatnio przez pomyłkę kupiłam zwykłe. Nie wiem jak to się stało, ale 15kg karmy nie-light trzeba było spożytkować.. Więc Lola spożytkowała, merdając Ogonem, ale już koniec tego dobrego. Chociaż chyba i tak trochę schudła.. Na pewno stawy już jej nie bolą, bo nie zważając na sromotne kary, włazi pod naszą nieobecność na kanapę. Naprawdę myśli że nie zauważymy gniazda uwitego w kocu, fury kłaków i piachu, i odcisków?

      Wybrałam się dziś do warzywniaka po jarmuż, niestety nie było, więc kupiłam czarną rzepę [drugą w mojej karierze, po pierwszej która zwiędła w zakamarkach lodówki nie doczekawszy się spożycia. Mam mocne postanowienie poprawy]. W przyszłym tygodniu kupię brukiew, tylko najpierw ogarnę co się z tego robi..

       

      Podsumowując: rower dobra rzecz, skarpetom z króliczków mówimy NIE, gruby pies nie wchodzi na kanapę a oldschoolowe warzywa wracają do łask. Tylko nie jarmuż.

       

      Miłego radośnika :) podobno ma padać śnieg..

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „pozwólcie, że przedstawię.”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      piątek, 22 listopada 2013 13:23
  • środa, 20 listopada 2013
    • uprzejmie donoszę.

      Wczorajsza wizyta na komisariacie policji w celu złożenia zeznań nastroiła mnie bardzo optymistycznie. Nie powiem, miałam trochę obaw że zostanę potraktowana jako upierdliwa petentka która skarży się na buk wie co, i w ogóle to o co pani chodzi, samochodem trzeba jeździć a nie rowerem, fanaberie jakieś. Fakt że na komisariacie zjawiłam się na pół godziny przed zamknięciem właściwego wydziału, trochę poczekałam na przeznaczonym mi w tym celu plasticzanym krzesełku, ale w końcu zostałam zawezwana do pokoju zwierzeń. Pan policjant spisał moje dane, pouczył mnie że jak coś przekręcę to pójdę siedzieć, po czym wysłuchał mojej opowieści. Kiedy skończyłam historię, powiedział:

       

      ...

       

      [napięcie ;)]

       

      "Dobrze że pani przyszła".

      Okazało się że ów policjant mieszka niedaleko miejsca zdarzenia, i powiedział że sam widzi jak ci kierowcy jeżdżą i trzeba z tym zrobić porządek. Oczywiście był zaskoczony faktem, że nie ma tam ścieżki rowerowej [a właściwie- ciągu pieszo-rowerowego czy coś w ten deseń ;)], ale stwierdził że nawet jakbym jechała ulicą chociaż obok by była ścieżka, to jakby nie daje to kierowcy autobusu [ani niczego] prawa do rozmazania mnie po asfalcie. Spisał pięknie fachowym pismem moje zeznania [na komputerze ;)], zamyślił się i rzekł: dorwiemy go. Bo w autobusach jest monitoring, który co prawda może nie obejmować "zewnętrza", ale to skrzyżowanie też jest dobrze monitorowane, a jak nie, to można znaleźć świadków, i w ogóle bardzo się nakręcił na myśl o ukaraniu kierowcy. Powiedział, że za to jest mandat od 300 do 500pln. Trochę się strwożyłam, bo mimo wszystko jestem istotką pokojowo nastawioną i nie pragnę cudzej krzywdy [poza tą chwilą kiedy impuls kazał mi złapać pajaca za łeb i przytrzasnąć okienkiem, czy co ja tam pisałam wczoraj ;)], i powiedziałam że nawet nie zależy mi na tym mandacie, tylko żeby nikt mi nie groził śmiercią w drodze do pracy.. Pan policjant twardo orzekł, że on za takie coś upomnienia NIE DA. Chyba powinnam się cieszyć, nie? Dodał też, że na moim miejscu by jeździł chodnikiem, bo lepiej ryzykować konfrontację z pieszymi niż mobilkami. Coś w tym jest.

       

      Także jestem zadowolona z przebiegu zdarzeń, zwłaszcza że zkm mnie olał [w sensie nie odpisał na maila]. Może teraz coś ich ruszy. Czekam na dalszy rozwój wypadków ;)

       

      A w drodze powrotnej spadł mi łańcuch i musiałam mojego klekota prowadzić bo tak się zakleszczył że aaaahh...

      Natomiast zumba mnie ostatnio nie zadowala. Jakoś nie mogę się wyżyć. Ale przy wczorajszym treningu podpatrzyłam jak się prezentują zajęcia o oryginalnej nazwie DANCE. Prezentowały się zachęcająco, skosztuję w przyszły wtorek :)

       

      A teraz jadę do domu. Chodnikiem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „uprzejmie donoszę.”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 20 listopada 2013 16:10
  • wtorek, 19 listopada 2013
    • o mały włos!

      a byłoby ze mnie masło orzechowe! Beskitu! Serioszka! 

      Jechałam sobie rano do pracy rowerkiem, ulicą Myśliwską o której wspominałam już TU i TU , jak pan buk przykazał, a raczej pan Remigiusz Kitliński, Pełnomocnik Prezydenta Miasta Gdańska ds. komunikacji rowerowej, Wydział Gospodarki Komunalnej w Gdańsku. No więc jadę sobie i jadę, świecę moim milionem światełek i odblaskami, asztunagle! SZRUM! wyprzedził mnie autobus. ALE JAK! Kojarzycie ten znak o wyprzedzaniu rowerka z zachowaniem odległości 1m? Otóż odległość którą zachował autobus wyniosła.... tadam.... ZERO! NIC! NUL! Ja jestem przyzwyczajona do chamów na drogach i wcale nie dramatyzuję, ale PRZESZORAŁAM BOK AUTOBUSU moją kierownicą. A autobus był wieeelki, przegubowy! Śmierć w oczach, wstrzymałam oddech żeby tylko się nie zachwiać, i dzięki opatrzności na mojej trasie akurat nie było żadnej dziury czy innej kanalizy. Dogoniłam idiotę który się zatrzymał na przystanku, zapukałam w szybkę, panienek z okienka się wychylił, i chociaż miałam naprawdę OGROMNĄ ochotę złapać tego pajaca za łeb i przytrzasnąć okienkiem, rzekłam: chyba nie zachował pan odpowiedniej odległości? Na co pan burknął: tu jest ścieżka. I wrócił do sprzedawania biletów. 

       

      Napisałam już do zkm, do portalu trojmiasto.pl, a po pracy jadę na policję. Później namierzę sobie szanownego pana Kitlińskiego, który najwyraźniej myślał, że wystarczy urwać pionowy znak, a ścieżka rowerowa przestanie istnieć, i dla całej rzeszy ludzi dwukolorowy chodnik pomalowany fantazyjnie w rowerki stanie się po prostu przejawem urzędniczej twórczości. 

       

      Jestem kulturalna i opanowana, ale są takie sytuacje kiedy na usta ciśnie się

       

      KURWA MAĆ.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „o mały włos!”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 19 listopada 2013 14:30
  • piątek, 15 listopada 2013
    • podsumowanie tygodnia

      jakoś tak wyszło. reety, ale ten tydzień zleciał.. może dlatego, że miał tylko 4 dni robocze, hura! :) nie było łatwo przez niego przebrnąć, we wtorek użerałam się z wersalkami [nie dosłownie; w sensie że z ludźmi zamieszanymi w dostawę wersalek ;)], w środę mieliśmy odbiór w psychiatryku [myślałam że się tam od razu zamknę; TAK upierdliwej i czepialskiej komisji jeszcze nie widziałam! no i ofc odsetek nie omieszkali nam naliczyć.. wszystko przez te cholerne wersalki. [znowu skrót myślowy]]. We czwartek mieliśmy spotkanie z firmą która będzie się meblować w jednym z nowych biurowców w Oliwie- Alchemii, właśnie projektuję im ladę. A dziś? No właśnie projektuję ladę :) Na pocieszkę świat zafundował mi któregoś poranka pięęęękny wschód słońca, TAK piękny, że nawet otworzyłam drzwi balkonowe żeby uwiecznić, chociaż było zimno jak cholera.. Ale widoczek był tego wart, chociaż wiadomo że zdjęcie to nie to samo.. Szkoda że nie widać na nim jednego rodzynka, sarny, która w krzakach skubała sobie jakieś resztki liści. Prawie jej nie było widać, tylko białe włochate lusterko zdradzało jej obecność.

      W ogóle to bzdura z tym przesunięciem czasu.. Co z tego że rano szybciej się robi jasno, skoro większość ludności i tak siedzi w pracy? Za to po robocie wracam do domu w atramentowych ciemnościach.. Niestety patent z latarką przyklejoną do kierownicy nie zdał egzaminu, ale T. sprawił mi w prezencie zupełnie superowy bajer- lampkę rowerową o wiele mówiącej nazwie Blinder, która świeci tak, że nic mi już nie straszne! Fajna jest i gadżeciarska, ale jednak wolałabym żeby było jasno ;)

      Pan Leśniczy na swoim blogu [którego lekturę polecam, bo naprawdę ciekawych rzeczy można się dowiedzieć!] zamieścił notkę o sposobach na mole, które niedawno przydybałam u siebie. Zrobiłam porządki w garderobie i wszędzie rozsypałam trzy paczki goździków. Gniazda żadnego nie znalazłam, ale już od jakiegoś czasu nie widziałam tych małych fruwających szatanów, więc może goździki im nie pasują i się wyniosły. Ale za to na mięcie przyniesionej z ogrodu panoszą się mszyce! Poszukałam na to patentów, wypisałam sobie kilka, jeden odpadł ze względów oczywistych.. Ktoś napisał, że na problem z mszycami pomaga posadzenie między zaatakowanymi roślinami krzaczków mięty, której to mszyce podobno nie lubią. Wspominałam, że u mnie mszyce wcinają właśnie MIĘTĘ? Muszą być strasznie głodne.. Zatem ten patent odpadł. Nr 2 był oprysk z roztworu płynu do mycia naczyń, który też nie pomógł, chyba dlatego że używam Froscha, który jest bio- eko- i inne takie, i może nie jest wystarczająco zabójczy. Patent nr 3 który właśnie testuję te opryski z roztworu coca-coli. T. pija ten odrdzewiacz ;) więc mu trochę podkradam i opryskuję. Mszyce znikają, ale z mięty też niewiele zostało..

      już nie mam nic do stracenia :P

       

      A wgl to trzeba patrzeć pod nogi. W długi radośnik, kiedy jeszcze było jasno, poszliśmy z T. i kundlem na spacer i przynieśliśmy łupy. Jeden łup ja znalazłam przypadkowo. T., jak tylko zobaczył co ominął, natychmiast zgiął się w pół i węszył z nosem przy ziemi, no i też znalazł jednego łupa

      łupy zostały wszamane z cebulką i makaronem. Sugerowałam T. również natkę pietruszki, ale wzgardził. Nie wie co dobre..

      Jak już jesteśmy przy szamaniu, to pochwalę się cudnym i boskim wynalazkiem, na który patent znalazłam na blogu Matki Weganki, ale to podobno pomysł z książki Marioli Białołęckiej "Zaskakująca kasza i ryż". W skrócie: gotujemy sobie czakaron makaron, w drugim garnku kaszę gryczaną [można też soczewicę zieloną]. Kaszę traktujemy blenderem żeby ją trochę rozluźnić, dodajemy przecier pomidorowy [fajny jest pudliszkowy z ziołami, do nabycia w biedro], czosnek, podsmażoną cebulkę, przyprawy, oliwę. Makarą sosujemy, posypujemy uprażonym słonecznikiem i spożywamy ze smakiem ciesząc się prostym, szybkim, tanim i sycącym posiłkiem który jest pyszny! 

      

      Na deser puchaczyk, czyli wegański "omlet" z ubitym glutem z siemienia lnianego. Dla mnie bomba!

      Pamiętajcie dzieci, weganie jedzą tylko sałatę i pomidory, a ich jedzenie jest nudne i bez smaku ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „podsumowanie tygodnia”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      piątek, 15 listopada 2013 13:22
  • piątek, 08 listopada 2013
    • ...i po świętach.

      piąteczek, godzina 16.30. Właśnie skończył się tydzień roboczy z szefem na wyjeździe, czyli czas, w którym zakładałam sobie trochę odsapnąć i nadrobić zaległości w różnych domowych i nie-domowych sprawunkach. Niestety, tak się złożyło że za baro się nie zrelaksowałam, bo nagle okazało się że trzeba przygotować srylion ofert nie cierpiących zwłoki, skończył się czas na realizację umowy w psychiatryku a wersalki jeszcze nie przyjechały, bo fabryka sobie wymyśliła że dostarczy je w sobotę. Jakim trzeba być kretynem żeby zaplanować sobie dostawę towaru DO FIRMY na weekend i nawet tego nie skonsultować z odbiorcą? Finalnie wersalki zostały wysłane jakimś pośrednikiem kurierskim który nie potrafi powiedzieć kiedy dotrą one na miejsce przeznaczenia, i nie, nie wniesie ich nawet za dodatkową opłatą- więęęc musiałam naprędce skołować dwóch kolesi do pracy tylko po to, żeby wnieśli cztery wersalki, co zajmie im nie więcej niż 2h, ale trzeba zapłacić za 6h, bo takie ma minimum firma która pracowników wynajmuje. Oczywiście, w związku z obsuwą, szpital obciąży nas pięknymi odsetkami karnymi, a producent wersalek się kompletnie nie poczuwa, bo on przecież uprzedzał że realizacja potrwa trzy tygodnie robocze, prawda? Cóż, najwyraźniej mamy inną definicę tygodnia roboczego, bo dla mnie trzy tygodnie robocze minęły w poniedziałek. A w środę pewnie będziemy musieli dymać do Świecia na odbiór. Cudownie. Coś czuję że premii tym razem nie będzie... To tak z grubsza czemu nie wypoczęłam.

       

      Na szczęście szykuje się drugi w tym miesiącu długi radośnik, więc może wtedy się uda..? Ofc jeśli szef, który wraca w niedzielę, nie będzie mnie zamęczał telefonami. Jasne, że mogłabym po prostu nie odbierać. Trochę trudniej kiedy szefem jest własny ojciec.

       

      A w sobotę, czyli o rety, to już jutro! Impreza urodzinowa mojego małża i naszego sąsiada. Zapowiada się dobrze, mam nadzieję że będzie fajna zabawa i duużo tańczenia, bo mam ciśnienie na taniec, i niewiele %, bo zakładam kieckę i szpilki. A jak wiadomo, taki zestaw odzieżowy+alko= chaos, a w Bunkrze chyba nie ma rurek..

       

      A'propos kreacji do balowania, to dramat: złamał mi się paznokieć, a właściwie przekroiłam go nożem [brrr!], i to w tym miejscu, gdzie jeszcze jest on sobie na palcu [BRRR!]. Więc skleiłam go dziś cyjanopanem i chusteczką higieniczną. Patent z internetów, mam nadzieję że zda egzamin :)

       

      Tymczasem T. pojechał odebrać motor od mechanika, i skutek tego jest taki, że utracił możliwość kierowania pojazdem i będę musiała po niego jechać. Rowerem. W drodze powrotnej przywiozę go ofc samochodem, nie na ramie, żeby nie było ;) ALE... już jest ciemno, a ja nie mam lampki rowerowej. Planuję to rozwiązać latarką i taśmą klejącą, już mam wszystko przygotowane. Potrzeba matką wynalazków, nie?

       

      No. To idę poskładać wyprasowane koszulki, w ramach relaksu. Będzie dobrze. 

       

      Będzie dobrze...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „...i po świętach.”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      piątek, 08 listopada 2013 16:38
  • wtorek, 05 listopada 2013
    • coś dla wegan sentymentalnych 2

      kolejny patent dla tych, którym weganizm doskwiera i którzy tęsknią za.. czymśtam. Tym razem za twarożkiem. Jasne, są różne patenty, typu twarożek z migdałów [smakuje dziwnie, no i migdały kosztują dużo dukatów], twarożek z tofu [..], twarożek z makaronu [to akurat mi całkiem smakowało :)], ale moim faworytem jest..

      TWARYŻEK! *

       Twaryżek robi się z płatków ryżowych, i jest to banalne, aczkolwiek najlepiej smakuje jak poleży sobie w lodówce np. przez noc, i wszystkie przyprawy oraz insze dodatki się pięknie przegryzą. Więc zapotrzebowanie na twaryżek trzeba sobie zaplanować z wyprzedzeniem, niestety. Albo zawsze mieć zapas w lodówce :)

      Patent na twaryżek można obadać o tu

      Oprócz tego, nabyłam jakiś czas temu drogą kupna dwa awokado [awokady? :D]. Jedno czarne, chyba hassi się nazywa, i drugie zielone, czyli zielone. Ciekawa byłam jaka jest między nimi, poza ceną i kolorem skórki, różnica. 

      okazało się że, cóż za zawód, żadna. Wybrałam więc losowo jedno z dwóch awokado [awokad?] i zrobiłam to, do czego awokado nadaje się bombastycznie, mianowicie guacamole.

      ja pier..niczę, guacamole ;)

      przepraszam, cham ze mnie wychodzi.

      Guacamole brzmi bardzo egzotycznie, a tak naprawdę to zmixowane awokado z [u mnie] cebulką, pomidorem, sokiem z cytryny, solą i pieprzem. Sok z cytryny [w oryginale limonki] daje się po to, żeby awokado nie ciemniało, bo ono lubi ciemnieć i wygląda wtedy niezbyt apetycznie.

      Niestety, ponieważ moje guacamole miało w składzie pomidora, a jak wiadomo zieleń awokado+czerwień pomidora=

      to nawet sok z cytryny nie pomoże, ani żadne fikuśne listeczki i śmieszne miseczki z biedronki.

      [i blatu nie domyłam..]

      Ale uwierzcie mi, moje guacamole to jedno z tych dań [dań, haha] które można określić jako: brzydkie, a dobre. Zaopatrzyłam się w widoczne w tle słupki marchewki i selera naciowego [może być też papryka, ogórek, nachosy albo palce] i wciągnęłam całą porcję niemal bezwiednie. Mmm! A teraz awokado w biedronce na wagę! :D

       

      A teraz idę wyciągnąć męża na siłkę, a co.

      Kurczę, już ciemno?!

       

      *nazwa wymyślona przeze mnie dokładnie w tej chwili :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 05 listopada 2013 17:00
  • poniedziałek, 04 listopada 2013
    • ani słowa o grobach

      obiecuję :)

       

      Siedzę sobie w domowych pieleszach i myślę że czas zacząć myśleć o obiedzie. Szef mój wybył medytować, co pewnie już wspominałam, więc do końca tygodnia jestę freelancerę

      Moja chandra spowodowana chyba jest niedoborem światła- mam nadzieję że niedługo się przyzwyczaję i przestanę dołować, a póki co muszę zapalać w domu dużo światła, słuchać radosnej muzyczki i pić dużo yerby.. Snuję też sobie ładne plany, na przykład że zawartość mojego pingwina oszczędnościowego [lepiona co roku skarbonka z papier mache, do której wrzucam majtające się po portfelu pieniądzory, a na koniec roku tradycyjnie ją wybebeszam :D] przeznaczę na piękny, kolorowy tatuaż. Tylko że 1) pewnie będę musiała co nieco dopłacić, bo pingwin ma małą pojemność i obawiam się że nie styknie, 2) muszę znaleźć w 3mieście studio które oferuje wegańskie dziarki. Z tej całej pogodowej chandry nic mi się nie chce, więc marnuję kupę czasu, co mnie wkurza, bo nie cierpię marnować czasu, więc jestem zmarnowana i wkurzona, niedobrze. Najchętniej bym tylko jadła i jadła, w dodatku niestety jakieś słodycze tylko albo całe góry orzechów [które, wiadomo, dobre są, ale w ograniczonych ilościach]. W związku z tym, że mi się nie chce, podwójnie ciężko mi zmotywować się do zrobienia fajnego i porządnego posiłku, dlatego pochwalę się sobotnim obiadem [czego zazwyczaj nie robię, bo czuję się trochę głupio robiąc zdjęcia jedzeniu, ale wmawiam sobie że może ktoś dzięki temu przestanie patrzeć wilkiem na weganizm? :)]

      Let me present: standard, czyli sałatka z wszystkim-co-się-pałętało-po-lodówce, pieczone buraczki z chrzanem [MM! love buraki], pieczone w piekarniku pyrki [pycha!] i tofu-ryba według patentu dziewczęcia z bloga lakto-ovo-anymore. Czyli plastry tofu nacięte wzdłuż i nafaszerowane nori [to te czarne płatki w które się zawija sushi- prasowane wodorosty :)], popanierowane i usmażone. Ja moje dodatkowo potraktowałam przyprawą do ryb- nie żebym jakoś szczególnie tęskniła za rybami [ani czymkolwiek "z poprzedniego życia ;)], ale ciekawa byłam efektu. Moje nori ciężko się kroiło, ale efekt był bardzo fajoski i na bank powtórzę :)

      Acha, są jeszcze resztki dyńki upieczonej.

       

      A teraz wielka nowina! Naprawdę ogromna!

      tadadadammm...

      OGARNĘŁAM PRZEPISY! Wszystkusieńkie! To znaczy przesegregowałam je, powycinałam i przygotowałam do wklejenia- nie wkleiłam bo okazało się że nie mam kleju :P ale dziś kupię, i to już będzie droga ku końcowi! Mam plan jeszcze zrobić indeks i oznaczyć je różnorako, np. "czasochłonne", "łatwe", "wypróbowane i pyszne". Brzmi to trochę dziwnie, ale naprawdę- ja do gotowania mam dwie lewe łapki i nie ogarniam, muszę mieć wyraźny przepis step-by-step, konkretne proporcje i wtedy mogę pracować. Na szczęście inni są twórczy na tyle że można zgapiać ;) [patrz: blog powyżej przytoczony]

       

      I jeszcze coś. Mój T. miał urodziny we wtorek. Postanowiłam sporządzić mu prezent- koszulkę w typie koszulek znanej marki z dużym kotkiem w logo. Ściągnęłam z internetów czcionkę, obrazeczek, zaprojektowałam [szumnie pisząc ;)] jedyny w swoim rodzaju wzór, zrobiłam szablon, zaopatrzyłam się w koszulkę oraz farbkę do tkanin [allegro, tylko materiał musi być bawełniany] i heja! Efekt, nie powiem, spodobał mi się nawet.

      Po głowie chodzą mi już następne pomysły na koszulki :)

       

      Z wieści, to jeszcze taka jedna nowina- odebrano kolejne mieszkanie w naszym bloku [już trzecie, szał!], i zaczęły się roboty. Mam nadzieję że nowi sąsiedzi nie zamierzają mocno przerabiać chaty, bo po tych papierowych ścianach się strasznie niesie.. Mam wrażenie że ekipa budowlana wierci mi dziury w mózgu. No i mam nadzieję że sąsiedzi będą spoko, bo wiadomo, spoko sąsiad to dobry sąsiad!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „ani słowa o grobach”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 04 listopada 2013 14:54
  • piątek, 01 listopada 2013
    • nic mi nie jest

      jakby ktoś się niepokoił. Po prostu aura niesprzyjająca i zamułka ogólna nie sprzyjają pisaniu czegokolwiek.. a w pracy trochę roboty, więc też czasu za dużo nie miałam. Teraz siedzę sobie na pufie [w sumie w pufie, bo to taka pufa-worek], Tomasz gotuje leczo [z boczkiem i kiełbasą, ale spoko, odłożyłam sobie trochę do garnuszka zanim zostało zbrukane ;)], Lola chrupie chrupki, leci Dropkick Murphy's i jest chwila. Długi weekend się zaczął, a w przyszłym tygodniu czeka mnie praca z domu, bo szef wyjechał medytować, więc zrobiło się luzacko. 

       

      Tylko te cholerne chmury..

       

      No nic. Halołin było wczoraj. Liczyłam na to, że uda mi się T. wyciągnąć gdzieś na balety, bo a) mam chęć tańcować, b) ZAWSZE [od przedszkola] chciałam pójść na bal przebierańców! Przebrać się i balować w przebraniu! To musi być strasznie fajne, ale niestety, mój mąż zamulił i na kolejną okazję muszę czekać następny rok. Jak tak dalej pójdzie to uschnę i się pomarszczę, i nie będę musiała się przebierać, a tańcować będę z balkonikiem..

       

      Wymyśliłam jak zrobić wegańskie kulki dla sikorek. Zamiast smalcu zastosuję olej kokosowy! Na pewno się siksom spodoba :) To już niedługo.. Przyleciały już całe stada tych zimowych czarnuszków. Widziałam wczoraj gawrona tak ślicznego, że szok w trampach, czarny był jak smoła i błyszczał tak na niebiesko.. Jak włosy Pocahontas normalnie! Cudeńko. I dwa razy już byłam świadkiem, jadąc autem, jak któryś z czarnuszków [może wrona?] rzuciło mi pod koła COŚ. Jakiś orzeszek chyba. I kiedy przejechałam sprawdzało czy otworzyłam przy okazji orzeszka. To są okropnie zmyślne ptaszyska! Widziałam kiedyś program o nich, pokazywali jak czarnuszek w Nowym Jorku czekał kulturalnie na przejściu dla pieszych, kiedy zapaliło się zielone dreptał, kładł na ulicy ziarenko i wracał na chodnik. Kiedy faza się zmieniła, auta przejechały i znowu było zielone, wracał grzecznie do ziarenka i sprawdzał czy zostało trafione i można wyjeść zawartość. Kumasz? Co za cwaniaki!

       

      W międzyczasie, muszę zrobić porządki w szafach. Pogoda na sandałki i szorty już nie wróci, pogodziłam się z tym.. A poza tym, coś mi fruwa po domu, i to CHYBA SĄ MOLE! Kupiłam trzy paczki goździków, bo słyszałam że mole nie lubią goździków. A moją doniczkową miętę zżerają mszyce! Masakra. Muszę pozbierać biedronki.

       

      Chciałam jeszcze się pochwalić, że na mojej trasie dom->praca, biegnącej obok dwukolorowego chodnika, czyli ścieżki-nie-ścieżki, postawiono jedyny w swoim rodzaju gdański znak. Urzędasy zrobiły swoje. I tak wyprzedzające mnie samochody trąbią i krzyczą: TU JEST ŚCIEŻKA ROWEROWA!! Odkrzykuję im tylko, że NIE MA, ale myślę że mało kto to słyszy.. Ryzykuję życiem każdego dnia.

      http://www.tvn24.pl/pomorze,42/nowe-znaki-w-gdansku-zachowaj-odstep-od-rowerzysty,352789.html

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „nic mi nie jest”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      piątek, 01 listopada 2013 14:34

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa