Wpisy

  • piątek, 28 lutego 2014
    • zdjęciowo [bez pączków]

      tak, bez zdjęć pączków się obejdzie. Popełniłam wczoraj dwie wersje- raz, wegańskie z puszki, tradycyjnie smażone-doobre. Dwa, malutkie fikuśne, wegańskie i pieczone w piekarniku! I też wyszły bardzo smaczne! Tylko niestety okazało się że nie jestem w posiadaniu dżemera :/ a jak wiadomo, pączek bez dżemera jest jak ryba bez roweru.. Co prawda przy wieczornym sprzątaniu piwnicy znalazłam słoiki, ale był w nich dżem z imbirem który trochę słabo mi pasował do pąków, i powidła śliwkowe bez cukru zalatujące spalenizną [nic się nie ukryje, nic ;)]

      Szef wczoraj wyjechał, jak zwykle zostawiając nas z kupą przetargów, w tym jednym szacowanym na dwa miliony [nie robi na mnie wrażenia ta kwota, bo zwyczajnie nie jestem w stanie jej sobie wyobrazić] z wadium wynoszącym 1/4 wartości mojego kredytu na mieszkanie. Na szczęście nie będę musiała podejmować żadnych trudnych decyzji, bo ledwie szef wyjechał i przenieśli termin składania ofert na 21 marca. Uff. 

      T. dalej nie je mięsa. Pisałam w ogóle o tym? Chyba tak. Ale zrobiłam wczoraj na obiad gołąbki z farszem soczewicowo-warzywnym, moim skromnym zdaniem pyszne.. ale ja się chyba nie znam, bo zostałam zbesztana że przecież on NIE LUBI SOCZEWICY i w ogóle to NIE CHCE JEŚĆ TAKICH DZIWNYCH RZECZY, po prostu nie chce jeść mięsa! Nie wróżę sukcesów na diecie składającej się z sałatki z ziemniakami.. zobaczymy co z tego wyjdzie.

      A teraz można podziwiać [szkoda że pogoda się skefiła i jest zimno, z tej okazji boli mnie gardło i mam kaszel i katar blee... :(]

      było osiem! [wiem że na zdjęciu siedem ;)]

      [ej, a Zenek gdzie się zgubił?]

      to już z dzisiejszego poranka. Skrobanie marchewek, sesese...

      klang! klang!

      i spadówa.

      to ja lecę się dziabać :)))

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      piątek, 28 lutego 2014 11:36
  • wtorek, 25 lutego 2014
    • nie ma to tamto!

      już nie będzie zimy! nie może być! na pole wróciły żurawie! OSIEM!! Co prawda ja nie widziałam, słyszałam tylko w sobotę jak się darły opętane- ale mąż dzisiaj widział na spacerze z psicą, a ja wierzę mu na słowo ;] rower w użyciu już codziennie, i chciałabym żeby tak zostało do..ee.. listopada! :D

      A tymczasem u nas.

      Byliśmy na weselu w piątek. Niechętnie muszę przyznać, że to na czym mi najbardziej zależało, czyli muzyka, była DO BANI. Po całości. DJ to jakiś znajomy pary młodej, puszczał naprawdę dziwaczne kawałki. W sensie że dziwaczne do tańczenia. No bo co można robić przy "jesteśmy na wczasach" Młynarskiego albo "Makumbie" Big Cyca? Tylko się gibać na boki w upojeniu, a że ja kierowcą byłam to upoić się nie mogłam, no więc tego.. ale za to dostałam jedzonko ;) wieeelki talerz zieleniny i krem ze szparagów [mąż prawie zrobił aferę: czemu on dostał rosół i nikt się go nie spytał, czy woli krem ze szparagów?!]. Kiedy kelner przyniósł zimne przekąski, nachylił się do mnie i powiedział że na tym i owym półmisku są ryby, T. zrobił minę :> i powiedział: ale ryby to też mięso. Kelner plasnął się w czoło i czmychnął. Pojadłam sobie buraczków ;) Nie chciałam robić młodym kłopotu, ale bardzo mi było miło że moje kulinarne preferencje zostały uwzględnione, naprawdę! W sumie powinni dostać nawet zniżkę za mnie, w końcu sałata jest tańsza niż wieprzowina ;]

      W ogóle, to jestem BARDZO SZCZĘŚLIWYM ORZECHEM, bo mój T. sam z siebie, od soboty nagle znienacka niespodzianie SRU! nie je mięcha :) Taka jestem z niego dumna że szok! Nie wiem jeszcze czy to jakiś eksperyment, czy zamierza tak na stałe, czy po prostu ogranicza- nie pytam żeby nie zapeszyć ;) tylko pichcę. Na przykład wspaniałe burgery szpinakowo-ryżowe wg przepisu z HELLO MORNING! Nawet buły i sojonez zrobiłam sama! Nakarmiłam męża, rodziców i siebie dwa razy. I jeszcze trochę zamroziłam, także uprzedzam że wychodzi mega porcja :)

      A dzisiaj będą bur-bur, burgery buraczane. Dla Pana Domu z frytkami, dla mnie z selerynkami %-) no i pyhszhna zupka od sojaturobie! Jest troszkę pracochłonna [ale burgery bardziej- szaleję żeby mój T. dostał wszystko co najlepsze od kuchni bezmięsnej :)] ale naprawdę warto.. wczoraj ją ugotowałam, zjadłam półtorej miseczki i ciągle kiedy przechodziłam obok gara podjadałam chochelkę albo dwie. Następnym razem muszę zrobić z podwójnej porcji ;)

      W niedzielę byliśmy na siłce, robiłam nogi i ponieważ wpadliśmy całą godzinę przed zamknięciem siłki narzuciłam sobie kosmos tempo. W końcu w piątek będę dziabana, co wymusi na mnie przerwę w treningach, więc nie mogę się obijać. No i efekt jest taki, że teraz ledwo chodzę [a jest wtorek, przypominam] i mam turbozakwasy.. Dawno tak nie miałam. Ale gdzieś kiedyś czytałam że buraki są dobre na zakwasy, także akurat się dobrze składa :) No i dziś kolejny trening..!

      Wiosna, mili państwo!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 lutego 2014 13:08
  • czwartek, 20 lutego 2014
    • jak się przygotować do ślubu?

      wrr zeżarło mi notkę :( co za niefart. No to lecim jeszcze raz:

      jak się przygotować do ślubu? Może przedstawię na swoim przykładzie, jako że w piątek akurat się na jeden taki wybieramy. Nie, nie nasz, my już po ;) do znajomych. Są parą od lat, mają podrośnięte dzieciaki i mieszkanie w kredycie, ale stwierdzili że zaszaleją- i oto będzie ślub. Wiadomo czemu im się tak dobrze układało, teraz się zaczną kłótnie małżeńskie heh ;] żarcik żarcik, życzę im jak najlepiej. To taka dopasowana, kochająca się i sympatyczna para, że nie ogarniam. Jak z amerykańskich seriali komediowych, serioszka. Ale do rzeczy. Ponieważ ślub zobowiązuje do występu w sukience i butach na obcasie, oto jak się do tego tematu szykuję:

      zaliczyłam już dwie gleby na rowerze i jedną na oblodzonym zjeździe do hali garażowej. Owocem tych godnych baletu popisów są siniaki które zdobią mnie od pasa w dół [i na przedramieniu] występujące w kilku formatach i kolorach- od żółtego przez fioletowy i zielony do czarnego [auć]. Oczywiście dbam, aby te finezyjne ozdoby nie znikły za szybko z powierzchni skóry obijając się o sprzęty domowe, siłowniowe i publiczne

      byłam na solarium. hell yeah, obyło się bez poparzeń ;)

      sięgając wczoraj po suszarkę do sałaty [która stała na najwyższej półce] otrzymałam cios w nos od pokrywki, która nie była dobrze zamocowana na misce i gładko się ześlizgnęła w kierunku mojej twarzy. Wskutek tego nieszczęsnego wypadku mam dziurę u nasady nosa, na szczęście nie złamanego, bo by było bardzo zabawnie HAHA.

      udałam się do zakładu fryzjerskiego podciąć pióra, bo od ostatniej wizyty minęło jakieś 10 miesięcy. Obcięła mnie starsza pani, jak się okazało- wegetarianka :) w zakładzie znajdującym się w podziemiach warzywniaka, wykładanym plastikową boazerią. Klasa. Ale ja wolę takie małe, stare zakładziki niż te nowe salony włosa, gdzie nie ma fryzjera tylko STYLISTA, w powietrzu unosi się zapach [pfeh] plastikowych paznokci z wtopionym brokatem i porozmawiać można o warsaw shore [którego to nie oglądałam nawet przez minutę i nie zamierzam, tak btw]. No i zapłaciłam za to szaleństwo całe 20pln. Znam taką jedną kobitkę która na comiesięczną wizytę wydaje 250pln, no ale kto bogatemu zabroni? :] ja tam lubię mało płacić i kupować taniochę.

      także tego. Muszę kupić korektor, DUŻO korektora.. najlepiej takie kilogramowe wiaderko, jak na ogórki kiszone :)

       

      Za to mój mąż zaopatrzył się w garnitur, taki profesjonalny, z krawatem i marynarką. Wygląda w nim tak, że.... choćby miał najfajniejsze dżinsy na świecie, to jednak mężczyzna w garniturze to hrhrhr.... %-) *ślinotok*

      A w ogóle to coś mi się psuje ten mój ślubny. Nie dość że od kilku dni zmaga się z bólem kręgosłupa [namawiam go na wizytę u lekarza/masażysty/fizjoterapeuty, ale z kompletnie nieznanych mi przyczyn broni się przed tym jak przed farbowaniem na blond], to jeszcze dopadł go jakiś wirus przeziębienny.. Z tego też względu nie trenujemy w tym tygodniu, byłam tylko wczoraj na Zumbie. Muszę mu chyba zapodać syrop z czosnku i cebuli którym poiła mnie babcia jak byłam mała. Wiem że zazwyczaj nie cieszy się on powodzeniem, ale ja go uwielbiałam! I przede wszystkim był skuteczny.

      Dziadek natomiast poprosił mnie o naprawę jego masującego materaca, bo silniczki się poodczepiały. Ja je przykleiłam, Lola przygniotła żeby klej dobrze związał

      zaklepane polizane hehe!

      ale nie ma lekko, psie. Włączyłam ustrojstwo i Lola się obraziła.

      Zapodam jeszcze tylko kolejny przepis na obiadek: Tofty, czyli kofty z tofu! Z bloga Sojaturobię. Polecam, wychodzi ich dużo, smacznie i sycąco! Po przepis odsyłam na blogaska, naprawdę warto :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      czwartek, 20 lutego 2014 15:07
  • wtorek, 18 lutego 2014
    • trochę o weganizmie i o tym, że po wieczorze panieńskim...

      ..warto posprzątać torebkę, żeby na spotkaniu biznesowym zamiast długopisu nie wyciągnąć zamaszystym ruchem 

       

      fikuśnej słomki do drinków w kształcie męskiego organu [glows in the dark!]

      A owszem, impreza była udana, dziękuję :) kobitki bardzo sympatyczne i taneczne, pokaz artystyczny ;) i transport limuzyną się odbyły a jakże. Tańce, hulanki i swawole, a skończyłam ze zdobyczną parą rękawiczek [fioletowych, zamszowych] ale już namierzyłam właścicielkę także do zwrotu na ślubie. Wtedy też dostanę CD z dokumentacją fotograficzną- nie mogę się doczekać ;)

      Za oknami bosko! Radio właśnie mówi że ptaki już zaczynają odpalać konstruowane gniazd. Jestem za! Co prawda niektórzy mamroczą że zima ma jeszcze wrócić, ja jednak liczę na to że NIE.. Przygotowuję się już do lata, robiąc miejsce w zamrażalniku i wcinając koktajle truskawkowo-jagodowo-malinowo-poziomkowo-porzeczkowe. 

       

      A na walentynki, chociaż wcale nie na walentynki tylko tak o, z miłości, zrobiłam pysznościowe kokosowe pianko-żelki z przepisu Smakoterapii. Moje nie są tak śliczne jak autorki, bo z braku fikuśnej wycinaczki zastosowałam foremki do muffinek i .. wycinaczkę do ogryzków z Ikei .. ale też wyszło! Po przepis zapraszam na bloga Smakoterapia, w skrócie trzeba zagotować mleko koko z agarem i sok z agarem i wsio ;) a agar można kupić w delikatesach albo sklepie zielarskim jak coś.

      kręcę mleczko koko z wiórek koko :]

       

      etap I

       

      O.O

       

      W ogóle to nerwowa się robię ostatnio.. Pewnie słyszeliście o strasznej aferze związanej z historią zoo w Kopenhadze które zabiło i pokroiło publicznie [publicznie pokroiło, nie zabiło] żyrafa Mariusa, który był owocem kazirodczego związku. Samej historii nie będę komentować, no może troszeńkę- nie, to niedobrze że zoo daje sobie prawo do zabijania podopiecznych którzy z jakiegoś względu nie spełnią standardu; z drugiej strony, wiele osób oburzyło się bo to ŻYRAFA. No tak, jej mięsem nakarmiono drapieżniki. Gdyby nie to, nakarmiono by je mięsem świń [większej ilości, bo jednak żyrafa jest większa] czy krów. I...? Czy świnia albo krowa cierpi mniej? Nie ma uczuć? Nie boi się? Nie chce żyć? Oczywiście że chce, tylko my jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że zwierzęta rzeźne są jakby gorszej kategorii, nikt się nimi nie interesuje [uogólniam, wiem]. Zachwiało to moim naiwnym przekonaniem że ogród zoologiczny to samo dobro. Sytuacja na ziemi jest okropna, gatunki zwierząt wymierają w zastraszającym tempie, środowisko naturalne jest degradowane. Nie wszędzie rezerwaty są wyjściem [np. w krajach, gdzie toczy się wojna albo miejscowi politycy mają ciekawsze rzeczy na głowie niż ochrona zwierząt i roślin], dlatego czasami ogrody zoologiczne robią dobrą robotę rozmnażając odpowiednie osobniki danego gatunku.. ale są też sytuacje takie jak ta powyżej. Niemniej jednak jestem przekonana że ogród zoologiczny, nawet najgorszy, jest bez porównania lepszy niż spełniająca najbardziej wymagające standardy hodowla zwierząt przeznaczonych wyłącznie do zabicia.

      W każdym razie, na portalu trojmiasto.pl pojawił się artykuł na ten temat. W komentarzach oczywiście pojawiło się oburzenie, że jak to tak, zabić żyrafę, pokroić ją na oczach dzieci i nakarmić nią lwy.. no i ktoś napisał, że jak tak was martwi cierpienie zwierząt to wspaniale, ale dlaczego nie jesteście wegetarianami? I rozpętała się wojna.. Nie wiem dlaczego ludzie tak agresywnie reagują na wegetarian i wegan. Ja nikogo nie próbuję na siłę przekonywać, nie piszę "jesteś złym człowiekiem bo przyczyniasz się do cierpienia", sama niedawno jeszcze jadłam mięso. Tylko że ja byłam przekonana że tak trzeba, że mięso i wyroby odzwierzęce są niezbędne do życia, a wegetarianie i weganie są chorowici, słabi, niedoborowi. Kiedy zaczęłam o tym czytać i okazało się że to wszystko nieprawda, bez wahania zmieniłam swoje zwyczaje żywieniowe. Wiem, że ludzie nie lubią kiedy ktoś ich poucza, każe im się zmienić itp, i wiem że sporo wegów tak robi-krucjaty, i to budzi agresję. Dlatego ja się tego wystrzegam, nie traktuję nikogo z góry i nie oceniam- jasne, chciałabym żeby wszyscy ludzie zostali wege ale co z tego, skoro mój własny mąż wpiernicza mięso codziennie. Wychodzę z założenia, że chęć przejścia na weganizm musi wynikać z potrzeby serca, nikt nie powinien człowieka do tego zmuszać, to musi być własna decyzja. No i kiedy piszę, że to nieprawda że weganie mają anemię, odsyłam do stron, do Wikipedii gdzie można znaleźć oficjalne stanowiska organizacji dietetycznych, do wyników badań.. a jestem wyzywana, mieszana z błotem i wyśmiewana, ręce mi opadają.

      Po prostu mi smutno.

      Wiem że za ekranem monitora każdy jest mądry i odważny, ale jednak w jakimś stopniu pokazuje to podejście ludzi do tematu.

      Mam nadzieję, że to się kiedyś zmieni.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „trochę o weganizmie i o tym, że po wieczorze panieńskim...”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 18 lutego 2014 11:41
  • środa, 12 lutego 2014
    • zapomniałam i najlepsze paszteciki NA ŚWIECIE!

      no właśnie, bo zapomniałam napisać że na maratonie zumby było FAN-TA-STYCZ-NIE, 300 osób, fajni prowadzący, dobre nagłośnienie, duża sala, pozytywna energia, kop! Rewelacja! Jedynym zgrzytem była sytuacja, kiedy przyjechałam na miejsce i najpierw odstawiłam tournee po nowoczesnym obiekcie sportowym [Sportstacja w Alchemii] bo nikt nie potrafił mi rzetelnie powiedzieć gdzie do jasnej cholery mogę dostać kluczyk do szafki, po czym okazało się że.. szafek ni ma. Ot tak. Bo sobie organizator założył, że będą dwie osoby na jedną szafkę, i zorganizował imprezę na 300 osób mając 150 szafek, HAHAHA! Na szczęście ja pieniacz nie jestem, torbę było gdzie zostawić [za ladą recepcyjną, pilnowaną] i kurtkę gdzie powiesić, to co tam. Tańczyło się rewelacyjnie. Pierwszy kryzys przyszedł po godzinie, później już było ekstra- tylko po 2,5h zaczęłam wymiękać, ale dałam radę do końca! Dobrze że wzięłam ze sobą 1,5l wody i jedzenie do auta [pomarańcze, jabłka, migdały, omom] bo niestety poczęstunku nie było [a na maratonie w Akademosie był świeże owoce..]. Także podsumowując: zadowolona jestem i nie mogę się doczekać kolejnego!

      A tymczasem zapraszam do wypieczenia przeBOSKICH pasztecików z soczewicy i kaszy jaglanej, TADAM!

      Przepis pochodzi z bloga Jadłonomia , i piekłam go na razie trzykrotnie- dwa razy w formie keksówce, ale niestety pasztet choć boski w smaku rozwalał się przy krojeniu. Teraz upiekłam w silikonowych foremkach do muffinek i wyszło szałowo :)

      Przepis brzmi:

       

      Składniki na małą keksówkę:

      2 szklanki ugotowanej brązowej lub zielonej soczewicy / około 200 g suchej soczewicy

      1 szklanka ugotowanej kaszy jaglanej / około 100 g suchej kaszy

      100 ml oleju

      2 cebule

      10 suszonych śliwek

      2 - 3 łyżki sosu sojowego

      2 liście laurowe

      2 ziarna ziela angielskiego

      2 goździki

      1 ziarno jałowca

      3/4 łyżeczki majeranku

      1/2 łyżeczki cząbru

      szczypta gałki muszkatołowej

      sól i czarny pieprz

      kilka łyżek oleju do smażenia

      Przygotowanie:

      Cebulę pokroić w kostkę, na patelni rozgrzać olej i dodać cebulę razem z liściem laurowym zielem angielskim, goździkami oraz jałowcem. Smażyć na niedużym ogniu do czasu, aż cebula się zeszkli, wtedy wyjąć przyprawy i wyrzucić.

      Cebulę dodać do ugotowanej soczewicy razem z kaszą jaglaną, olejem, sosem sojowym, szczyptą soli i resztą przypraw. Zmiksować przy pomocy ręcznego blendera na gładką masę, spróbować i doprawić do smaku większą ilością soli, jeśli jest taka potrzeba.

      Foremkę wysmarować olejem lub wyłożyć papierem do pieczenia i wylać 2/3 masy pasztetowej. Delikatnie wcisnąć w masę śliwki, uważająć, żeby nie było między nimi przerw. Wylać resztę masy.

      Piekarnik rozgrzać do 180 stopni, pasztet piec przez 40 - 45 minut. Następnie wystudzić przez całą noc w foremce, rano wyjąć pasztet z formy i podawać

      Koniec przepisu :) Ja nie miałam cząbru i jakoś żyję. Naprawdę polecam zwłaszcza w małych foremkach, można zabrać do pracy, szkoły, na spacer z psem albo do sypialni ;)

      A w środku śliweczka! :* [dobrze jest kupić wędzone śliwki, mają w warzywniakach na wagę, bo te paczkowane to jakoś mi zalatują polietylenem a nie śliwką.]

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „zapomniałam i najlepsze paszteciki NA ŚWIECIE!”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 12 lutego 2014 16:16
  • wtorek, 11 lutego 2014
    • bolesny początek sezonu i syndrom chomika

      poniedziałek

      a tak! pocisnęłam dziś do tyrki rowerem! Zaplanowałam to wczoraj, ale oczywiście miałam na głowie ważniejsze rzeczy niż przygotowanie się do jazdy [np. film i wino], więc dziś wszystko w pośpiechu- nie znalazłam plecaka, musiałam wrócić po klucze do piwnicy, zapomniałam skarpetek na przebranie i pojemnika na soczewki oraz nie sprawdziłam hamulców- i okazało się, że przedni nie działa. Na szczęście udało mi się dotrzeć do roboty bez większych atrakcji, zaliczyłam tylko jeden poślizg ale spoko- opanowałam sytuację. Ze względu na śnieg i błocko nie jeżdżę przez pole tylko drogą, nazywaną przez policję "szlakiem pijaków", więc trochę z duszą na ramieniu, i czekam z niecierpliwością aż pogoda się ogarnie.

      wtorek

      T. naprawił mi hamulec, znalazłam plecak i spakowałam skarpetki na zmianę i pojemnik na soczewki. Ledwo wyjechałam za szlaban, i zaliczyłam TAKĄ GLEBĘ, że o ja piórkuję. Cały odwłok mam obolały...znowu. Ehh. Pędzikiem wróciłam do domu, odstawiłam rower, zmieniłam portki na mniej obciachowe [tzn bez pampersa ;)], wzięłam kluczyki od samochodu i popędziłam do hali garażowej.. po drodze zaliczając kolejną glebę na zjeździe do wspomnianej hali. TAKA była szklanka! Makabra. Po wczorajszym wybryku rozpoczęcie sezonu zostało przełożone na termin kiedy minimalna temperatura dobowa wyniesie 5 stopni na PLUSIE. Eot.

      A dzisiaj trening, z obitym tyłkiem w dwóch miejscach, łokciem i przedramieniem wróżę sobie bicie rekordów..

      Właśnie siedziałam w pracy nad nowymi deklaracjami RCA i DRA dla Zakładu Utylizacji Składek, no bo wiadomo, nowy rok- nowe składki. 

      T. za pośrednictwem swojego kolegi wszedł w posiadanie wołowiny, konkretnie-polędwicy. Jakaś po znajomości, z lokalnej, małej ubojni.. Fajnie, ale i tak najlepiej by było gdyby mój miły mąż przestał jeść tyle mięsa. Tylko że co ja mogę..? Co upichcę i mu podsunę to mu nie smakuje [a wróć- zapiekanek mu smakował, ale większość nie], poza tym on jest nastawiony negatywnie- chce jeść mięso i tyle. A jak wiadomo, nastawienie to duża część sukcesu.. Bardzo bym chciała żeby spróbował to chociaż ograniczyć :(

      W każdym razie, owego mięsa [brr..] miało być 5kg [a ostatecznie przyszło 2kg], więc dostałam polecenie zrobienia miejsca w zamrażalniku. Właśnie trzeci dzień jem odmrażane cukiniuszki, wczoraj do pracy wzięłam odmrożone kotlety roślinne [które okazały się być kotletami z makreli.. O.o oddałam] a dzisiaj będą rozmrożone opieńki z kaszą gryczaną, pietruszką i cebulką. Mm! A na śniadanie zjadłam musk-trusk,

      czyli rozmrożony mus truskawkowy ;) co ja tam mam w tych szufladach! Muszę się skupić i zużyć co nieco, bo ja mam taki syndrom chomika właśnie- czyli zamrażam sobie jakiś smakołyk, np. pokostkowaną paprykę albo poziomki, a później nie chcę ich zużyć żeby mi zostało na później ;) i tak oto mrożone owoce mogą doczekać kolejnego lata, a dynia kolejnej jesieni. Koniecznie muszę te skarby jakoś zagospodarować, no bo jak mnie jutro szlag trafi za przeproszeniem to jaki będę miała pożytek z owoców w zamrażalce? Carpe diem! Rozmrażaj!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 11 lutego 2014 15:28
  • piątek, 07 lutego 2014
    • daleko jeszcze?

      miało już nie być zimy, eh? Rowerem miałam jeździć, no nie? A tu dalej minusy. Ale już coraz cieplej z dnia na dzień, zobaczymy ile to jeszcze potrwa, bo prognozom pogody nie wierzę [już bardziej wiarygodny jest wróżbita Maciej].

      Na dobry początek sezonu zakupiłam sobie w Decathlonie koszulkę termomagiczną [tak tak- jest wypłata ;)], jak już wydałam 45pln to czuję się zobowiązania. Zwłaszcza że za tym samym wypadem musiałam jeszcze zatankować samochodzik..

      Piątek już, cieszę się niezmiernie! Mieliśmy jechać dziś na siłkę, ale obawiam się że mój ciężko pracujący mąż nie będzie na siłach. Najwyżej zrobimy trening jutro, chociaż i tak mi to trochę nabruździło, bo chciałam zrobić plecy a w radośnik nogi, no ale.. i tak nikt tego nie ogarnie ;) a jutro maraton! Hura! Jaram się jak zapałka, jak to młodzież mówi, tym bardziej że bilet kupił mi mój małżonek który dotąd potępiał takie szatańskie imprezy. Mało tego, sprawił mi jeszcze prezent! Bardzo miło :)

      Czekoladowe białko sojowe, słodkie okrutnie, i szałowy różowy szejkerek. Będę sobie szejkać. Szejk, szejk, szejk seniora.. Właśnie, w ramach duchowego przygotowywania się do maratonu od kilku dni słucham wszelkiej maści latino disco. To jest remedium na przedwiosenny kryzys, szarość, burość, zimność i chlapę! [znalazłam wersje bez teledysku, bo, umówmy się- tego się słucha, a nie ogląda ;)]

      Mój mąż prezes biznesmen zakupił sobie nowy telefon, wróć, smartfon. Tzn. to jego pierwszy wynalazek tego typu, wcześniej jechał na samsung solid z racji tego, że jest budowlańcem, więc jego telefon zalicza upadki z drabiny, kąpiele w farbie, panierowanie w cekolu czy rażenie prądem. Ciekawa jestem jak smartfon sobie poradzi w takich warunkach.. To będzie prawdziwy test. Przy okazji zmuszeni byliśmy zakupić nowy odkurzacz, bo nasz poprzedni, bajerancki, posypał się w okolicach końca gwarancji. To jest jakaś paranoja, słyszałam już że w sprzęcie AGD instaluje się mikrochip który odmierza czas do końca okresu gwarancyjnego, a kiedy ten minie- BUM! i wysadza jakiś strategicznie ważny kabelek który trzeba by importować z Tadżykistanu co czyni naprawę nieopłacalną i kup pan se nowy odkurzacz. I może to głupie, ale nie mogę się doczekać aż wrócę do domu i sobie poodkurzam, a co! ;)

      A w ogóle mam kryzys śniadaniowy. Wstaję rano i nie wiem co mam zjeść, i najczęściej jem jabłko albo jakąś naprędce ulepioną sałatkę.. To do mnie niepodobne, zazwyczaj wstawałam z łóżka z burczącym brzuchem i tylko myślałam co by tu wciągnąć. Chyba jestem chora..

      Acha, znalazłam olejek goździkowy [w kieszeni kurtki]. Za to zgubiłam czarne getry, co mnie okropnie frustruje, bo w zeszłą sobotę jeszcze je przymierzałam a teraz co? WSIĄKŁY! Czuję wewnętrzny niepokój [sprawdzałam kieszenie kurtki]

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „daleko jeszcze?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      piątek, 07 lutego 2014 12:54
  • poniedziałek, 03 lutego 2014
    • już wiosna?

      ledwo pompony ogarnęły nowy karmnik, a już jest na plusie. Ciekawe czy zima jeszcze wróci? Jeśli o mnie chodzi, mogłaby nie ;) wczoraj doszłam do wniosku że będę mogła już jeździć do pracy rowerem, ale dzisiaj rano tak sypało śniegiem że plan został odroczony. A pomyśleć że jeszcze w czwartek miałam starcie z zimą.. Jechałam sobie do pracy po mało uczęszczanej drodze, którą trochę zasypało i zawiało- zrobiła się mega wąska i śliska. No ale co mi tam, jadę, jadę, i nagle PUF! Jakaś tajemna siła [no bo co, przecież nie jechałam za szybko!] obróciła moje małe auteczko i wpakowała w zaspę. Tak do połowy maski. Oczywiście godzina 7.55. Wysiadłam, pobiadoliłam, a że zapupie kompletne [jak już wspomniałam], próbowałam sama się wypchnąć.. efekt był marny, a autko zakopało się tak dokumentnie że tylko ślizgało się kołami. Rozglądałam się markotnie i już, już miałam zaniepokoić T. [który spał, więc przyjechałby okrutnie zły- czego wolałabym uniknąć..] aż tu nagle, na horyzoncie, TADĄ! Jedzie sobie radiowozik :] Bardzo pomocni panowie wykopali mi samochód posiłkując się kawałkami pleksiglasu który wożę w bagażniku nie wiadomo po co [teraz już wiadomo ;)] i wypchnęli mnie z dołka. Jestem pełna wdzięczności i chciałabym wszem i wobec pięknie podziękować! Napisałabym pochwałę czy coś, ale nie wiem niestety z którego komisariatu byli.

       

      Pisałam że w niedzielę wybieraliśmy się na trening kettli, nie? Otóż nie wyszło. W sobotę wylądowaliśmy u sąsiadów z góry, i jakoś tak wyszło że znowu siedzieliśmy u nich do 6 rano. Mój organizm jest w szoku, T. w trochę mniejszym, bo on spał [w gościnie! wstyd]. Także nie udało nam się wybrać na trening, chociaż kiedy wstałam o 11.20 byłam przekonana że pojedziemy [był na 12], ale ostatecznie wymiękłam. Jeszcze bym sobie upuściła kettla na głowę..

       

      To jeszcze zielsko od teściowej, tylko zdjęcie jakieś takie potrząchane. Fraktal, czyli zielony kalafior romanesco, pyszny pyszny, wpierniczam go w formie surówki z sojonezem i koperkiem, no i koperek- z pięć kilo tak na oko, muszę zagospodarować go w jakiś sposób..

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „już wiosna?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 03 lutego 2014 16:07
  • sobota, 01 lutego 2014
    • parada atrakcji

      Wczoraj wzięłam sobie wolne, bo młody miał ostatni dzień ferii i teściowa zasponsorowała nam atrakcje- pojechaliśmy do Gdyni, do jump city- hali wyłożonej trampolinami [fajna zabawa, chociaż droga- za 40min skakania dla 3 osób zapłaciliśmy 75pln], później celowaliśmy w sopocki Aqua Park, ale po przyjechaniu na miejsce okazało się że zagęszczenie człowieków jest takie, że nie dało się pływać- można było jedynie chodzić w wodzie. Bez sensu jak dla mnie, powinni mieć określone jakieś maksimum osób które mogą jednocześnie przebywać na basenach, bo takie przepychanie się to żadna frajda.. Więc zdecydowaliśmy się wybrać do kina, ale najpierw odwiedziliśmy teściową w warzywniaku [zostaliśmy obdarzeni dwiema siatami z różnymi pysznościami] i coś wszamać. Tradycyjnie padło na pizzę w bistro Lubię ;), moja była z sosem, pieczarkami, cebulą i natką pietruszki, na mega cieniutkim cieście, mhmm.. Zjadłam całą :) A do kina poszliśmy na "Ja, Frankenstein". 3D. Bardzo fajny, typowo rozrywkowy film, chyba na podstawie komiksu? Efekty specjalne świetne, fabuła spoko, mogę szczerze polecić. A wieczorem poszliśmy w gościnę do sąsiadów, którzy mieszkają w poddaszowym mieszkaniu.. siedzieliśmy pod kocami bo mają 14 stopni w środku. Nic dziwnego że się sądzą z deweloperem.. Na szczęście mrozy trochę odpuściły, teraz jest -6 i nawet jak byłam na spacerze z Lolą to jej łapy nie odpadły. Pompony się ogarnęły i korzystają z karmników- miło popatrzeć. Niestety nie wróciły do nas w tą zimę kurki.. Ciekawe gdzie się podziewają. 

      Teraz trzeba ogarnąć chatę i pojechać na trening, później zakupy żeby T. znaleźć garnitur [w lutym idziemy na ślub]. A jutro na 12 planujemy się wybrać na trening kettlebell dla początkujących :) 

      Zgubiłam olejek goździkowy..

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „parada atrakcji”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      sobota, 01 lutego 2014 11:01

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa