Wpisy

  • piątek, 30 stycznia 2015
    • Po robocie, przy sobocie

      Chociaż tak naprawdę, jeszcze jestem w pracy. Ale zaraz się zwijam. Zjadłam właśnie pyszne, wczorajsze spaghetti bolognese z kaszą gryczaną i zieloną soczewicą [MMMM! pyszotka :D], poprawiłam fakturę, wysłałam wniosek i pakuję manatki. W przyszłym tygodniu szef zabiera mnie do Warszawy na odbiór- kolejna walka z urzędasami. Zaplanowałam sobie w związku z tym mały, dwudniowy urlopik- chciałam ściągnąć do stolicy Tomiego i młodego, który właśnie zaczyna ferie [szczęściarz!], na zwiedzenie Centrum Nauki Kopernik i Muzeum Powstania Warszawskiego- ale nie wiem jeszcze, czy plan się uda, bo nie wiadomo dokładnie kiedy będzie odbiór, czy Tomi będzie mógł się wyrwać z roboty etc, etc.. Także na razie chciałam tylko wstawić wierszyk, bardzo weekendowy:

      Piątek - srątek, stały wątek.

      A podobno to początek

      odpoczynku od roboty.

      Kto wymyślił te głupoty?!

      Fakt - nie muszę wstać po nocy.

      Do przedszkola i do pracy

      też jak co dzień gnać nie muszę.

      OOO! Uwaga bo się wzruszę!

      No mecyje nie z tej ziemi!

      Kto ma możność niech się leni!

      Ja na weekend listę zadań

      Od tygodnia już układam!

      I Mikołaj nic nie wskóra

      gdy na głowie zadań fura.

      Jak mi starczy dób w weekendzie

      może nawet relaks będzie:

      poprasuję, zrobię pranie

      a jak czasu mi zostanie

      wezmę książkę i poczytam.

      Nad nią zasnę jak zabita.

      Nie ma co się ekscytować!

      W ciepłym gdzieś głęboko schować,

      jakoś przetrwać, marząc skrycie

      jakie by to było życie

      gdyby człowiek miał na głowie

      tylko włosy i słomkowe

      kapelusze i na plaży

      cały weekend tyłek smażył

      w towarzystwie barwnych dryni

      myśląc o dupie Maryni.

       

      Wspaniały, nie? :) Pochodzi stąd o. I myślę, że doskonale opisuje to, co jest głównym problemem radośnika- za szybko mija..

      A dzisiaj trening!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Po robocie, przy sobocie”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      piątek, 30 stycznia 2015 16:15
  • wtorek, 27 stycznia 2015
    • O wegańskich oszukańcach [rozwiązanie zagadki]

      Na początku informuję, że na zdjęciu z poprzedniej notki na pomidorach rozpłaszczała się..

      HA!

      wegańska mozzarella.

      Zrobiona z ryżu [nie przeze mnie, a szkoda- chciałabym! Bo jest piesko droga]

      

      [zdjęcie ze strony http://blog.pixel-illusion.de/wp-content/uploads/2012/04/mozzarisella.jpg ]

      I właśnie chciałam coś w tym temacie skrobnąć.

      Bo tak- wiele osób to strasznie, nie wiem czemu, oburza. Wszystkożerców, wegetarian, wegan. Jak to, wegańska mozzarella? Wegański ser? Kotlet? Przecież to są jakieś podróby! Po co je tak nazywać, skoro chcemy [chcecie] odciąć się od "owoców" ludzkiego znęcania się nad zwierzętami?!

      A ja, kurka wodna, mam to w nosie. Nie nazwę kotleta z fasoli ulepcem, bo komuś się wydaje, że nazwa "kotlet" jest zarezerwowana dla mięsa. A kotlety jajeczne z barów mlecznych? Nazwa ma oddawać to, w jaki sposób się daną potrawę je, uprzedzać, czego się można spodziewać. Nie każdy weganin brzydzi się produktami odzwierzęcymi, i wcale nie uważam, że to mu jakoś umniejsza. Wręcz przeciwnie, łatwiej odmówić sobie czegoś, czego i tak się nie lubi, prawda? Ja na przykład mięsa bym nie zjadła, jajka i mleka też, ale brakuje mi czasami wędzonych ryb- łososia czy makreli. Ale nie cierpię z tego powodu niewypowiedzianych katuszy, nie umartwiam się, bo mam inne priorytety. Tak zdecydowałam i basta.

      Nikt też nie mówił, że każdy weganin ma się zdrowo odżywiać. Wbrew pozorom, to nie jest sposób jedzenia który zapewni utrzymanie doskonałej sylwetki i idealnych wyników badań. Jeśli ktoś tak myśli, to chyba nie przeglądał wegańskich stron z przepisami ;) potrawy smażone i marynowane, ciasta, torty i ciasteczka, "junk food", kremy, zasmażki, miliardy kalorii, żywność przetworzona bardziej lub mniej. I chociaż ja generalnie trzymam się tej nieprzetworzonej, to znaczy lubię sama zrobić potrawę od A do Z [czyli barszcz na własnym bulionie i zakwasie, burgery do których sama robię "wkładkę", sos i bułki], to czasami, głównie z ciekawości, sięgam po takie kontrowersyjne gotowce. Chociaż są oszukane, przetworzone, niezdrowe, cholernie drogie i najczęściej po prostu niesmaczne ;)

      Bo na przykład ciekawa jestem, jak smakuje wegański bekon.

      Odpowiedź: jest paskudny, nie kupuj tego. Smakuje jak mokra tektura ;)

      i tak też wygląda. Oszczędziłam Ci właśnie kupę kasy.

      Lepiej wypadł wegański ser, który miał udawać pleśniowy

      Nie smakował kompletnie jak pleśniowy, ale miał fajną konsystencję- soliłam go i wrzucałam do sałatki, po posypaniu z ziołami prowansalskimi robił za fetę ;)

      idealnie z grzankami z koperkiem i margaryną.

      Wegańską, oczywiście ;)

      Nie mam uwag, pyszny, maślany smak, dobra do pieczenia. Dziękuję. Szkoda, że za 7pln..

      Podobnie intrygujące były dla mnie wegańskie filety rybne [co za absurd ;)]

      Lepiej niż tekturowy bekon, ale naprawdę, szału nie ma. Nie warto za taką kupę forsy.

      Jednym z najlepszych odkryć jest jednak wegański ser żółty Violife, wersja smakowa Cheddar

      Kupuję go w kostce [jest też w plastrach] i kroję na cienkie plasterki obieraczką do warzyw, wtedy starcza na dłużej ;))

      Robi robotę na kanapkach, na zapiekankach dodany pod koniec pieczenia też wychodzi nieźle

      [tak, pod spodem wegański bekon ;))]

      Odkryciem życia jest póki co sojonez, czyli majonez bez jajek. Pisałam o nim w notce o wegilii. Jest genialny, pasuje do wszystkiego i dodaje życiu kolorytu, ale ma dwa istotne minusy: potrzeba do niego mleka Alpro Unsweetened, które kosztuje 9pln/kartonik, i jest TAK TŁUSTY, że wystarczy, że na niego patrzę, i czuję, że muszę iść na siłownię.

      Ale po doprawieniu i zrobieniu sosu czosnkowego do naleśników z farszem szpinakowo-pieczarkowo-suszonopomidorowym....

      mmmm....

      Smalczyk roślinny Smakowita Pajda to już chyba wszyscy znają. Kupuję go kiedy potrzebuję wegański smalec [tak, tak!], ale nie chce mi się go robić [to znaczy, nie mam czasu oczywiście ;)]

      A i tak większość z tych rzeczy kupuję do mężowskich kanapek ;)

      widać tu jeszcze wegańską kiełbasę, była dość spoko, ale wyszła drożej niż powszechnie dostępna w marektach, niepokojąco mielonkowata mielonka sojowa

      która to jest bombowa pod musztardą i kiszonym ogóreczkiem, ah.

      Takie to są dziwy które niektórzy jedzą [i ktoś to produkuje][chociaż to jest pikuś, jadłam TAKIE COŚ, że szok w kaloszach- tylko muszę znaleźć zdjęcie]. Wszystkie te rzeczy traktuję zdecydowanie jako "gadżety", żaden z nich nie jest mi tak naprawdę konieczny. W większości to są produkty, których po spróbowaniu więcej nie kupię. Ale rozumiem, że komuś to może smakować, i spoko- ja jednak wolę domowe wyroby, takie jak sojonez, pasty i smalec ;) podejrzewam, że to na podstawie cen tych fanaberii ludzie myślą, że weganizm to droga dieta, chociaż jest zupełnie odwrotnie. Kto myśli, że dodanie do zupy mięsa obniża jej cenę?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „O wegańskich oszukańcach [rozwiązanie zagadki]”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 stycznia 2015 23:00
  • wtorek, 20 stycznia 2015
    • Prószu prósz..

      ano, przysypało dzisiaj troszeńkę! Oczywiście, zeszły tydzień był piękny, więc w weekend umyłam rower z zamiarem nasmarowania go i kontynuowania, jak to się mówi, czalendżu. Otóż dupa! I spadł śnieg. Plus jest taki, że w sobotę zdążyłam przynajmniej udać się z mężem i motkiem na pole zrobić kilka kółek, coby odrdzewieć. Dobrze mi to zrobiło, chociaż na początku próbowałam zmieniać biegi dźwignią tylnego hamulca [...], a na torze glebnęłam dwa razy TAK, że całe uda mam w siniakach, i to takich wielkości prawie dłoni każdy jeden. Wyglądam więc troszkę jak ofiara przemocy domowej, ale przynajmniej biegi zmieniam [czasami].

      Drugi plus jest taki, że mogę zaprezentować całemu światu moje absolutnie KOZACKIE odzienie zimowe, które sprawił mi szanowny Pan Mąż z okazji urodzin [dziękuję, dziękuję ;)], kiedy to było jeszcze ciepło [chociaż była połowa stycznia].

      Jeśli więc zobaczycie na mieście stworzenie z włochatym irokezem na głowie i małymi króliczkami nadzianymi na ręce, to będę JA.

      Tylko, że futerko oczywiście nie jest z królików. Jest z plastikowych królików <3

       

      Rękawiczki są boskie. Tylko trochę trudno nimi znaleźć klucze w torebce.. No i kiedy prowadzi się samochód, przy skręcaniu kierownicą włączają się kierunkowskazy i wycieraczki ;)

      A więc wydało się, że miałam w tak zwanym międzyczasie urodziny. Ano, miałam. I było świetnie :) w dzień urodzin Tomi rozpieścił mnie kolacją w Avocado- ja zjadłam sobie faszerowane pieczarki [oddajmy sprawiedliwość- spodziewałam się pieczarek w formacie portobello, dostałam dwa takie zwykłych gabarytów kapelusze. Ale na górze pysznego ryżu polanego pysznym sosem warzywnym z pysznymi surówkami, więc objadłam się jak sołtys w dożynki mimo, że pieczarki były dwie.] a on burgera jaglanego, którym chyba się nawet najadł, bo nie dopychał w domu kiełbasą ;)

      A w sobotę zabrał mnie do klubu [szok!], gdzie miałam NIESPODZIANKĘ w postaci paczki znajomych, których się KOMPLETNIE nie spodziewałam! Zabawa była przednia, atmosfera wspaniała, tylko jedzenia brakowało ;) 

      Skoro o jedzeniu mowa... :>

      kto zgadnie co jest na pomidorkach, obok kotlecików z soczewicy i ziemniaczków faszerowanych porem? :>

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Prószu prósz..”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 20 stycznia 2015 19:56
  • poniedziałek, 12 stycznia 2015
    • zgodnie z nagłówkiem

      Wstałam sobie dziś troszkę po szóstej rano. Ogarnęłam, przyodziałam, i pomaszerowałam dziarsko w kierunku sklepu. Cel- bułki dla Pana Męża. Ledwie wyszłam za furtkę osiedla, kiedy dopadła mnie rzeczywistość. Nagle cały świat się zachwiał, ja utraciłam dosłownie grunt pod nogami, serce zaczęło walić jak oszalałe! Co się dzieje?!

      Ano nic, ślizgawka.

      A ja założyłam moje najbardziej śliskie buty, piętnastoletnie [15!!] trapery, jeszcze po mamusi.

      Drogę do- i ze- sklepu pokonałam dostojnym krokiem pingwina

      bo oczywiście nie chciało mi się wracać do domu zmienić buty. Droga zajęła mi dwadzieścia minut. Ale przynajmniej wszystkie kości mam całe ;)

      W pracy trochę zamieszanie, szef się przepycha z ZUSem w sprawie odbiorów, a ja się przepycham z Szydłowcem o fakturę, na której suma jest o jeden [1!] grosz [GROSZ!] brutto wyższa niż na umowie. Co ja poradzę na to, że program do faktur najwyraźniej ma inną technikę zaokrąglania niż excel, w którym robimy oferty? Eeech, papierologia.

      Zjadłam dziś ostatniego ze sporządzonych ostatnio gołąbków- zaszalałam i zrobiłam cały gar, jedliśmy je trzy dni a jednego na próbę wsadziłam w słoik i zapasteryzowałam. Zobaczymy co z niego będzie za kilka miesięcy.. Jak już się porywam i robię tak czasochłonne danie, mogę od razu zrobić na zapas i zakonserwować :) słoik o tyle lepszy, że nie mam za bardzo miejsca w zamrażalniku..

      wyglądają niepozornie, ale są oczywiście wegańskie :) farsz zrobiłam na bazie przepisu na pasztet z Jadłonomii, dodałam trochę warzyw, i wyszły pyszne. Tylko kapustę jednak następnym razem wezmę zwykłą- smakuje nam bardziej niż włoska.

      Farsz do gołąbków:

      200g zielonej soczewicy

      100g kaszy jaglanej

      2 cebule

      2 goździki, 2 ziela angielskie, 2 liście laurowe, 2 kulki jałowca

      2 marchewki

      kilka pieczarek

      sos sojowy

      majeranek, cząber/zioła prowansalskie

      sól, pieprz

       

      i teraz lecimy: soczewicę trzeba ugotować, jaglankę też [gotuję tak, że suche ziarenka zalewam dwa razy większą porcją wody, doprowadzam do wrzenia, zmniejszam moc tak żeby tylko pyrkało i gotuję pod przykryciem aż woda się wchłonie. Nie mieszam!]. Cebulę posiekać,  na patelni rozgrzać troszkę oleju. Wrzucić na olej goździki, ziela, liście i jałowiec, posmażyć chwilkę, wrzucić cebulkę i dusić na niedużym ogniu [żeby się nie zjarała, tylko zeszkliła]. Kiedy będzie gotowa, wyrzucić przyprawy z patelni a cebulkę dodać do ugotowanej kaszy i soczewicy. Całość zblendować, doprawić 3 łyżkami sosu sojowego, łyżeczką majeranku, połową łyżeczki cząbru/ziół prowansalskich, łyżeczką pieprzu i dwiema łyżeczkami soli [takie proporcje są u mnie- mniej więcej]. 

      Pieczarki pokroić w kostkę i poddusić na patelni, marchewkę zetrzeć. Dodać jedne i drugie do masy soczewicowej, wymieszać. Et voila! To, co mi zostało po faszerowaniu gołąbków użyłam w formie pasty na kanapki :) Wsadzać w kapustkę, zawijać, dusić 20-30min [zależy od kapusty]. Smakówka!

      I teraz w temacie- robiłam przegląd menażerii, ta panienka trochę się wkurzała, że jej gmeram w terrarium. Zdecydowanie nie mi casa es su casa!

      no ale śliczna jest, a ślicznym się więcej wybacza ;)

      ej, dzisiaj jedziemy na siłownię na trening organizowany przed EnduroES! Świetnie, może uda się wykorzystać te nasze nieszczęsne karnety do Calypso [fatalna siłka]

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „zgodnie z nagłówkiem”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 12 stycznia 2015 16:05
  • piątek, 09 stycznia 2015
    • pomieszanie z poplątaniem

      niby miałam nie narzekać, ale ta pogoda mogłaby się ogarnąć. Na zmianę chowam i wyciągam: grube zimowe ciuchy z kanapy, rower z piwnicy, ocieplone pluszem kozaczki. Oszaleć można. Raz idzie się na spacer z psem i trzeba być czujnym żeby się nie poślizgnąć na lodzie, kilka godzin później trzeba być czujnym żeby się nie poślizgnąć w błocie. Ech, ech. Jeżeli mam być szczera, to wolę zamiast tego misz-maszu mróz, śnieg i słońce. O!

      Galop z kijaszkiem z pysku

      Przynajmniej pompony jednostajnie pompują. Korzystają z dobrodziejstwa, jakim są domowej rzeźby kulki z ziaren pozlepiane olejem kokosowym. Nieskromnie napomknę, że kupne kulki wywieszone przez konkurencję [sąsiadkę ;)] są ignorowane totalnie, dopóki MÓJ paśnik wisi.

      Wiedzą, co dobre ;)

      żeby kusić pompony, trzeba się zaopatrzyć w różnorakie ziarenka- można kupić gotową mieszankę [nawet w marketach budowlanych widziałam] tudzież pomieszać różne ziarenka: rozdrobnione orzechy i pestki [słonecznik, sezam, siemię], kasze i inne paproszki. Oczywiście solone orzeszki się nie nadają! Sól potrafi być dla fruwających ziomków zabójcza.

      Wrzucamy paproszki do miski, i dodajemy olej kokosowy- łyżką, bo w temperaturze pokojowej ma postać stałą. Kupimy go np. w carrefourze na dziale kuchni orientalnej, w takim plastikowym słoiku- za 500ml kosztuje ok. 14pln; jeśli jest droższy, to znaczy, że jest nierafinowany albo eko- nie musi taki być dla ptaków, ale jak ktoś już się potyka o forsę i nie wie co z nią zrobić, to nie zabraniam kupować ;) Olej mieszamy z ziarenkami, mają być ze sobą zlepione, tyle wystarczy. Nakładamy na łapkę worek foliowy i nabieramy odpowiednią ilość masy, lepimy kulkę i w tymże worku wkładamy na trochę do lodówki. Kiedy kulka stwardnieje, wsadzamy ją w skarpetkę [np. po pomarańczach, czosnku czy cebuli], zawiązujemy sznureczek i voila!

      dostrzegłam w ogóle postęp, bo tak jak wcześniej pompony strasznie walczyły o kulkę i ganiały się aż pióra fruwały, tak teraz już chyba się znają, i nie robią awantur. Jedzą sobie kulkę w pokoju, jednocześnie, nawet wespół z samotną modraszką!

      magia jedzenia cruelty-free <3

      W ogóle, to ta modraszka jest śliczna. Wygląda prawie jak raniuszek, sama puszystość!

      Od przyszłego tygodnia wracam w normalne tryby pracy. W tym tygodniu aż do wczoraj pracowałam z domu, czyli byłam najgorszym pracownikiem miesiąca.. Ale za to posprzątałam na regale i w szafkach kuchennych, między innymi w budzącej grozę kopalni przypraw. Czyli nie jest źle.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „pomieszanie z poplątaniem”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      piątek, 09 stycznia 2015 14:16
  • niedziela, 04 stycznia 2015
    • khe, khe!

      znowu się przykurzyłam, przepraszam. To chyba jakiś kryzys zimowy [zresztą, zima też ma chyba kryzys- z wczorajszego spaceru z Lolą przyniosłam do domu gałązkę wierzby..z pączkami. Nie takimi z lukrem, tylko takimi normalnymi, z wiosną w środku]

      A w międzyczasie, święta święta i po, jak co roku, wiadomka. Wigilię tym razem spędziliśmy sami, w doborowym towarzystwie ;) I, co zdziwiło mnie najbardziej, w opcji vegan! Prawdziwa wegilia. Mąż mój zrobił zakupy na bigos i nie uwzględnił żadnych elementów zwierzęcych, co jak na niego jest mocno niesamowite- zazwyczaj bigos w jego wykonaniu miał więcej boczku i kiełbasy niż kapusty. Także kiedy tym razem oznajmił mi, że zamierza zrobić bigos bez mięsa, musiałam się otrząsnąć z szoku. Wyszedł pyszny! Co prawda nie dostałam pozwolenia na wrzucenie marynowanego tofu, ale nie wszystko na raz ;)

      A tak wyglądał nasz wegilijny stół:

      Jest oczywiście bigos [z grzybkami i wędzonymi śliwkami, mhmm], sałatka jarzynowa z pysznym SOJONEZEM

      [robię go zawsze wg przepisu Surri z bloga Połykaj z Surri- niestety, trzeba się wykosztować 9pln na napój Alpro Unsweetened, ale od święta można zaszaleć ;) od kiedy mam nowy blender, sojonez wychodzi idealny, gęsty, sztywny aż łyżka stoi. Ważna jest duża moc blendera, ale podobno też temperatura składników- muszą być schłodzone. Kiedy mój mąż dowiedział się, że w majonezie jest tylko 2,6% jajek stwierdził, że on by to olał- pewnie można, ale trzeba być konsekwentnym ;)]

      Seleryba w galarecie z agaru

      i w jarzynkach po grecku

      Sama seleryba to genialna sprawa. Przepis na nią pochodzi z bloga Jadłonomia i robi furorę wśród wegusów- seler po przyrządzeniu ma to do siebie, że znika jego selerowy smak [który ja osobiście uwielbiam, ale wiem, że dla wielu ludzi jest nie do zniesienia],a zostaje ciekawa faktura. Rybny posmak daje sos sojowy i glony nori- takie zielone płaty używane do zawijania sushi. Jak się je kupuje w markecie to są dość drogie, ale ponieważ ja mam ich ostatnio duże zużycie [tęsknię za rybami, co tu ściemniać], kupiłam na allegro paczkę 50 arkuszy [i przy okazji 1l najlepszego sosu sojowego- Kikkoman], i w ten sposób dużo zaoszczędziłam.

      Acha, selerybę zamiast smażyć upiekłam w piekarniku- i dodatkowo obsypałam je przed pieczeniem przyprawą do ryb Kamisa]

      Obowiązkowe pierogi z kapustą i grzybami- farsz autorstwa pana męża, jak zawsze przepyszny, musiałam się mocno pilnować żeby nie wyżreć całego przy sklejaniu pierogów :D Barszczyk, oczywiście postny, na bulionie z warzyw, buraczkach, z domowym zakwasem- taki prawdziwy od deski do deski. No i na deser coś słodkiego- prościutkie czekoladowe ciasto z Puszki, na życzenie Tomka- murzynek vel cygan. Przepis jest na tyle dobry, że ląduje na stałe w moim zeszycie przepisowym. Do ciasta dodałam posiekane pół tabliczki gorzkiej czekolady, i polałam je polewą czekoladową wg przepisu z komentarza: "Całość oblałam polewą z rozpuszczonej 1/2 tabliczki gorzkiej czekolady, 2 łyżek kakao, 2 łyżek cukru, 2 łyżek wody i 2 łyżek oleju". Wyszło słodkie, mocno czekoladowe, rozpusta po całości.

      Zaliczyliśmy też małe spotkania rodzinne połączone z prezentacją zdjęć które mój ojciec przywiózł z Indii, otrzymaliśmy prezenty [w moim przypadku- m. in. pluszowa świnka i pluszowy brokuł od Tomiego :* oraz "Pan Mercedes" Kinga od babci-już przeczytany ;)] i po świętach.

      Później miałam też trochę laby, bo ojciec dyrektor pojechał na odbiory- do Szydłowca i Warszawy, a ja zostałam z poleceniem zrobienia aranżacji biura i ogarnięcia kilku przetargów. Kiedy pracuję z domu moja wydajność leci okropnie, ciężko mi się zebrać do pracy i obijam się że aż wstyd. Na przykład zamiast wyceniać ladę recepcyjną z falistym frontem i nadstawką ze szkła lacobel, odmrażam sobie roślinne burgery..

      dramat, dramat. Pewnie dlatego nie dostałam premii świątecznej. Ale za to mam nowy blender ;)

      Później impreza sylwestrowa u nas- z sąsiadami z bloku, sąsiadami z bloku obok i sąsiadami z poprzedniej dzielnicy-czyli po sąsiedzku. Lola, która ma to szczęście że petardy jej nie ruszają, balowała razem z nami- nie podobały jej się tylko tutki do trąbienia

      Oddawaj ten hałasujący badziew

      gupie człowieki.

      [proszę zwrócić uwagę na karnawałową obrożę]

      Pierwszy dzień nowego roku przywitał nas diametralną zmianą pogody- mianowicie zniknął śnieg [jak jeszcze oglądaliśmy o północy fajerwerki z ogrodu, przysięgam, że było biało!]. A co będzie dalej, to już zależy od nas :)

      Wszystkiego zielonego w nowym!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „khe, khe!”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      niedziela, 04 stycznia 2015 14:20

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa