Wpisy

  • wtorek, 28 stycznia 2014
    • smuteczki i markotki

      idiotyczne są te tytuły notek, muszę coś z nimi zrobić bo nie bardzo wiem jak tytułować pamiętniczek.

      Sypie śnieg, będę musiała odśnieżać auto.. A Lola na spacerze odstawia swoje cyrki z chodzeniem na dwóch łapach na krzyż. Chyba jej kupię kapciuszki. Czy są kapciuszki dla amstaffów? Ciekawe jak jej się będzie w nich chodziło :)

      tylko muszę sprawdzić jaki ona może mieć rozmiar..

      Dzisiaj trening a jutro zumba! Stwierdziłam że skoro nie jeżdżę rowerem przydałoby mi się trochę cardio, i chcę je dołączyć na koniec treningu. Tylko że w niedzielę po czterech obwodach byłam tak styrana że prędzej bym dostała zawału.. Także muszę trochę popracować nad wytrzymałością. A w ogóle od jakiegoś czasu po ćwiczeniach praktykujemy saunę, więc czas który spędzamy na siłce się wydłuża w opór. T. ostatnio zastanawiał się czemu ja się nie pocę na saunie- on i w zasadzie wszyscy których widzieliśmy po kilku minutach są całkiem mokrzy, a ja nie.. Dziwna sprawa, ale chyba mam rozwiązanie! Sauna wypaca [?] toksyny, nie? No więc najwyraźniej ja nie mam toksyn :D proste!

      Dopadła mnie jakaś taka chandra zimowa. Siedzę w pracy i nie mam co robić, paczę na jakieś strony, czytam artykuły [nie pudelka, jeszcze aż tak mi się nie nudzi ;)] i blogi, i jakoś mi tak.. markotnie. Wczoraj w domu włączyłam sobie Tabu, ale tak jak muzyka zawsze daje mi kopa i radość, tak teraz nic.. aż ją wyłączyłam. Pompony się obraziły chyba, bo nie przylatują do karmnika.. Dobrze że przyszła moja D3 z Vitashine, bo chyba potrzebuję zapomogi. A tymczasem pozytywna nutka do mruczenia podczas odśnieżania autka:

      A, no i jaśniej jest odkąd śnieg leży! i dzień coraz dłuższy! radości! :)

      [Chociaż w temacie ostatniej notki powinnam raczej mruczeć to..]

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „smuteczki i markotki”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 stycznia 2014 15:49
  • poniedziałek, 27 stycznia 2014
    • radośnik leniwy

      mrozy nie odpuszczają, całe szczęście że mój łaskawy małż nakarmił ferrari bo rowerem to jednak by było słabo.. Zresztą autko też się zbuntowało przeciwko pogodzie. Zepsuła nam się brama garażowa, a firma serwisująca zażądała 1100pln netto za jej naprawę. Zanim mój T. i sąsiad z góry znaleźli czas żeby bramę naprawić własnymi siłami [a zajęło im to, uwaga, 40 minut! Nieźle się liczy ten nasz serwis..] trzeba było wystawić samochody na zewnątrz i zamknąć bramę manualnie na noc, żeby się budynek nie wychłodził. Więc auto spędziło pierwszą od dawna noc na dworze, w dodatku na -20 stopniowym mrozie, i następnego dnia kiedy chciałam pojechać do biedro po zaopatrzenie, wykulało się za szlaban, zakasłało i zdechło. Dopiero zaturlana do hali garażowej gdzie mogła się ogrzać odpaliła bez fochów. Łatwo się przyzwyczaić do dobrego.. Zaś Lola na spacerach pędzi jak szalona w uniesieniu na sam środek pola [po drodze jedząc śnieg], po czym staje na dwóch łapach [jednej przedniej i jednej tylnej] i się giba i piszczy, bo jej zimno i nieś mnie do domu. Chyba trzeba jej zakupić kapciuszki.

      W sobotę naszło mnie na tańce. Okrutnie. Chciałam gdzieś wyciągnąć T., ale on tylko marudził że nie chce iść do klubu gdzie siedzi sama guanażernia. A skąd ja mam wiedzieć do którego klubu chodzą małolaty, skoro ostatni raz klubowałam sama będąc małolatem? Ostatecznie i tak nic z tego nie wyszło, bo w niedziele mieliśmy bladym świtem o 9 jechać do Chojnic na zawody pit bike'ów. Zdecydowałam sobie że co tam, pójdę w środę na zumbę, a 15 lutego na wieczór panieński to sobie popląsam. A zawody pit bike sama chciałam zobaczyć. Także sobotę spędziłam w większości na sprzątaniu [lubię sprzątanie, ale te nasze zwłoki odkurzacza już mnie męczą] i czytaniu książki ["Joyland" Kinga], a w niedzielę zerwaliśmy się skoro świt, wyjechaliśmy na drogę i zawróciliśmy, bo warunki były MA-SA-KRA. Także ani tańców, ani zawodów. Zła byłam.

      Później T. zabrał mnie na obiad do naszego Chińczyka- mamy taką obcykaną knajpkę na starówce, otworzyli nowy punkt, i w tym nowym punkcie właśnie byliśmy. Trochę nie wyszło bo długo czekaliśmy, później T. dostał swoje drugie danie a ja ryż do drugiego dania, po dłuższym oczekiwaniu ja dostałam swoje drugie danie [ryż już zimny], a po jeszcze dłuższym czasie- T. dostał swój makaron do drugiego dania [już zimnego]. Organizacja zawiodła, a ja tylko pilnowałam czy T. nie idzie dym z uszu. Ale najedliśmy się i było smacznie, więc przynajmniej to wyszło. [Bo jak się wymiesza gorące danie z zimnym ryżem, albo zimne danie z gorącym makaronem, robi się zjadliwie ;)]

      Dzisiaj z rana udałam się do dentysty, naprawił mi dwa zęby i nawet nie skasował jakoś obrzydliwie drogo, tylko troszkę drogo. Został jeden tydzień do końca miesiąca. Jeden tydzień. Będę sobie codziennie śpiewać i jakoś dam radę.

      aa, umówiłam wizytę w dziarstudiu na 28 lutego :) jupi!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „radośnik leniwy”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 stycznia 2014 15:55
  • środa, 22 stycznia 2014
    • o znikającej kasie

      boooli mnieee głoowaa... chyba mam zawalone zatoki. Bleh. A kiedy idę czuję rytmiczne podskakiwanie mózgu.. Tak, to na pewno zatoki. W domu spróbuję ogarnąć płukanie wodą z solą i sodą- podobno rewelacyjnie pomaga, mam nadzieję że się nie utopię w umywalce, bo jednak wiadomo, głupio by było :P

       

      Dziękuję za uznanie dla moich skarbon :) Czytałam tu i ówdzie że deszcz wam pada- w Gdańsku było wczoraj w ciągu dnia -10, wieczorem -14 [!!], a dzisiaj już tylko -6, także tendencja jest trochę dziwna, w każdym razie nadal mróz. A mi się kończy paliwo w samochodzie.. jak się skończy zupełnie, to będę się musiała przenieść się na rower, bo podejrzanie szybko w tym miesiącu wypstrykałam się z kasiory.. a lisek wcale nie jest jakoś bardzo najedzony! Nie wiem gdzie mi te pieniąchy uciekają, ale na szczęście mam księgowość, czyli kalendarz w którym zapisuję wszyściuteńkie wydatki i zbieram paragony, także nic mi nie umknie, HA. Co do roweru, obawiam się kolejnych akcji typu orzech jedzie bokiem po ulicy, a rower obok- ale trzeba trochę spuścić powietrza z opon i powinno być lepiej. Zobaczymy..

       

      Ojesu, jeszcze w poniedziałek mam dentystę, cudownie.. kolejny wydatek do kolekcji. Idę z moim migrującym bólem zębowym który raz mnie boli, a raz nie, i to do tego stopnia że zapominam wtedy o który ząb chodzi. Na szczęście tym razem sobie zapisałam [prawy drugi dolny tylni ;)] i nawet jak mnie przestanie boleć w dniu wizyty, nie upiecze mu się.

       

      Muszę zrobić katalog mebli gabinetowych, ale TAK OKROPNIE MI SIĘ NIE CHCE.......

       

      no to co, nutka, nie?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 22 stycznia 2014 13:16
  • wtorek, 21 stycznia 2014
    • najlepsza lokata i patroszenie pingwina

      za pół godziny fajrant. Trochę nie mam ostatnio roboty, tzn. mam co robić ale nie w takim tempie jakie było przez ostatni czas- i trochę mi z tym źle. Na szczęście jestem w firmie na tyle niezbędna, że o posadę mogę się nie obawiać, to jednak nie lubię się opierniczać i brać za to kasy, bo to takie trochę oszukaństwo jakby. Wiem, mam miękkie serce. Tak naprawdę powinnam już dawno się domagać podwyżki. A, teczki miałam uporządkować.. Ech.. No dobra, jutro ;)

       

      Tymczasem. T. też wrócił do pracy na wysokich obrotach- jak siedział w domu kilka mcy i odbijał się od ścian, tak teraz spadły mu na głowę wszystkie zlecenia świata i ma klęskę urodzaju. Także, kto wie, może za niedługo będę cisnąć na dwa etaty i jeszcze zatęsknię za spokojem.. Wiadomo, że lepiej jak jest co robić. 

       

      W zeszły radośnik odbyły się moje urodzinki- zadowolona jestem, chociaż kilka osób się wykręciło chorobą to jednak frekwencja dopisała. Uparłam się i zrobiłam na tą okazję wegański tort [mój pierwszy tort!], paszteciki z soczewicą, zapiekankę z kaszą jaglaną i wędzonymi śliwkami, bułeczki cebulowe i sałatkę warzywną z sojonezem, do dzisiaj część zeruję ;) tort podrzuciłam rodzicom. Taka byłam zaaferowana że zapomniałam cyknąć fotkę stołu żeby się pochwalić, mam tylko zdjęcie pozostałości tortu the day after- lepsze niż nic ;)

      tort jest z czekoladowym kremem i wiśniami w spirytusie które zostały mi z nalewki i zostały zamrożone. Miałam nosa..! Bardzo się przydały. Coś czuję że dobrą opcją byłoby zapakowanie ich w muffinki.. A resztę kremu czekoladowego [ofc że własnej roboty, a co! Wszystko zrobiłam sama :)] wpakowałam w pudełeczko i zamroziłam, będą lody!

      Ale kiedy indziej, bo postanowiłam sobie na jakiś czas nie jeść słodyczy i nie pić %. Zobaczymy co z tego wyjdzie, to będzie mój test silnej woli ;]

       

      W niedzielę chciałam zabrać dziadostwo do Avocado, żeby nakarmić ich zdrowym i pełnym miłości jedzonkiem- niestety, zapadli na grypę żołądkową którą wyłapali w przedszkolu u mojej kuzynki, a w poniedziałek dziadek już pojechał do szpitala.. Ale mam nadzieję że jak wyjdzie to uda mi się ich wyciągnąć, a póki co sama wciągnęłam pyszne cannelloni ze szpinakiem. T. tradycyjnie, dopadł do jakiejś budy z kebabem, ech..

       

      A w sobotę jakiś czas temu udało mi się zorganizować i oddać krew. Od ostatniej akcji minęło okropnie dużo czasu, bo ciągle coś, brałam jakieś prochy albo z innych powodów nie mogłam jechać do RCKiK.. Tym razem się udało. Zaraz po śniadaniu pojechaliśmy na siłkę, szybki trening, prysznic i pędziłam na złamanie karku [zgodnie z przepisami ;)] żeby zdążyć do 12.15 się zarejestrować. Wpadłam dosłownie minutę przed czasem i udało się, uff, zresztą w RCKiK pielęgniarki i lekarze są bardzo uprzejmi i mili, nie zdarzyło mi się żeby mnie ktoś oburczał. No i wpadłam, wypełniłam ankietę, oddałam próbkę do badania i poszłam do gabinetu lekarskiego. Przypominam, że gnałam jak dzika i byłam po treningu. Pani doktor zmierzyła mi ciśnienie i mówi: zawsze jest pani na granicy zapaści? O.o 100/60. Nawet nie wiedziałam jakie mam ciśnienie, jakoś nigdy mnie to nie interesowało, ale moja mama też ma niskie więc to na nią mogę zrzucić. Wszystko poszło ok, krew oddałam i dostałam 8 czekolad [z których 3,5 zużyłam do tortu :)]

       

      No i teraz tak zwany klu notki, mianowicie sposób na kumulowanie kasiory. Co roku lepię sobie taką skarbonę, która jest o tyle dobra, że żeby wyjąć z niej wnętrzności trzeba ją rozpruć. Nie ma więc oszukiwaństwa, bo mi zabrakło na buty albo jest promocja na czajniki, noł noł noł! A znając mnie pewnie zaraz by coś takiego wynikło :) zatem lepię sobie skarbonę, wrzucam do niej 5,2 i 1plny i na koniec roku ją rytualnie patroszę i lepię nową, a zebrane pieniąchy wydaję na COŚ. W tym roku zapragnęłam mieć sobie dziarkę :) A pochwalić się chciałam skarboną. Tutaj widać co jest potrzebne do wykreowania, mianowicie mały nadmuchany balonik, klej do tapet [czyli mąka+woda], gazeta porwana na paski i tyle.

      Tu świeże ulepce się suszą, a między nimi sceptyczny pingwin, skarbona 2013... pewnie już wie, jaki los go czeka. Chociaż taki dziwnie obojętny jest..

      A tutaj już gotowy efekt! Oto oł krab, pingwin 2013 i lisek rudy!

      Zrobiłam dwie skarbonki nie dlatego, że mam taaaaką kupę forsy, tylko dlatego, że oł krab jest skarbonką specjalną- wakacyjną. Zbieram w nim na wakacje, odkładam sobie konkretną część z każdej premii i wypłaty, a do liska trafią piątaki i dwójaki. Zobaczymy jaki będzie efekt na koniec roku. Fajnie tak sobie móc zrobić niespodziankę!

      miłego ciułania!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „najlepsza lokata i patroszenie pingwina”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 stycznia 2014 16:06
  • czwartek, 16 stycznia 2014
    • Zarobiona

      Taka jestem ostatnio zapracowana że szkoda gadać. Siedzę w pracy i PRACUJĘ! A wczoraj jeszcze miałam do tego badanie kropli krwi. I urodziny ;) Dostałam od T. książkę "Zbrodnie Robali", super super! Także dopiero teraz nawrzucam zdjęć- bo w niedzielę, nie zważając na niezbyt fajną pogodę, wybraliśmy się na finał WOŚP!

      W Gdyni były różne atrakcje, prezentacja śmiesznych samochodzików na przykład

      Jak również niedźwiedzi ratunkowych

      Czy crossfit na plaży

      Ale tak naprawdę pojechaliśmy, bo T. chciał zobaczyć..

      motocross na piachu.

      Ci ludzie co stali z tyłu mieli pewnie wesoło..

      Oczywiście wszystko w szczytnym celu

      Później wybraliśmy się jeszcze do Gdańska, bo chciałam zobaczyć koncert Mesajah

      Nawrzucaliśmy do puszek, ponaklejaliśmy serduszka, a Młody nawet kupił los na loterii i wygrał ładne puzzle z widoczkiem gdyńskiego klifu. 

      Naprawdę nie rozumiem ludzi, którzy krytykują Owsiaka za to, co robi, i jeszcze oczerniają go jak Fronda, która napisała że na faktyczną pomoc WOŚP przeznaczył około połowy zebranych funduszy.. [oczywiście, jest to gównoprawda] Co trzeba mieć nie tak na bani żeby obrażać i wyzywać człowieka, który całe swoje życie praktycznie poświęcił na bezinteresowną pomoc innym? Nigdy tego nie pojmę, ale po talibach nie można się było spodziewać nic innego.. Jakby w tym roku wyjątkowo nie pluli jadem [już nie mówię żeby wspierać Owsiaka czy chociażby wrzucić 1pln do puchy], to by chyba znaczyło że świat zmierza ku końcowi.

       

      A tymczasem.

       

      Z powodów atmosferycznych musiałam zamienić rower na samochód, i co? Mydło. Jestem chora. A w sobotę urodziny.. muszę sobie ładować megadawki witamin i się jakoś wykaraskać.

       

      Acha, bo pisałam też że kupiliśmy w Agata meble COŚ. To coś to świecznik w formie dużego kieliszka; stwierdziliśmy, że bosko będzie w nim wyglądać nasz bojownik Fiszer. I wygląda bosko! Na pewno jest zadowolony. Minus jest taki, że kieliszek jest z zewnątrz lekko metalizowany, więc kiedy zapali się światełko nad akwarium Fiszer widzi w ściankach swoje odbicie i pływa cały ponastraszany. Biedna, biedna znerwicowana rybka.. Na szczęście wystarczyło przesunąć lampkę tak żeby świeciła z boku, i już jest wporzo.

      taką piękną rybeczką jest Fiszer! 

      Jeżu, dziś już czwartek. Po pracy muszę zrobić zakupy, dwa obiady, tort i pojechać na siłkę. Awykonalne..

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Zarobiona”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      czwartek, 16 stycznia 2014 16:00
  • poniedziałek, 13 stycznia 2014
    • no i przylazła!

      nareszcie! Opierniczała się szalenie, ale w końcu przyszła. Lejdis end dżentelmen- oto zima. Spadł śnieżek. Można kulać kulki i ślizgać się po chodnikach. Mogę znowu wystawić karmniczek. Wyjąć wreszcie zimową kurtkę, a nadmiar pożywienia wystawić [szczelnie zamknięty, bo koty nie próżnują] do ogrodu. Ach! Od razu jest jaśniej, jakoś tak bardziej rześko, no zabijcie mnie, lubię zimę! :) Wczoraj wieczorem oglądałam buszujące sarenki, intensywnie wpierniczające wszystko co się pod mordkę nawinęło- pewnie dostały cynk od Matki Natury żeby zdążyć się zawczasu nafutrować.

       

      Niestety, w związku z oblodzeniem, musiałam odstawić mój pikny kochany rowerek do kanciapy i zatankować ferrari. No cóż, kilka tygodni się przebujam, mam truskawkową choinkę zapachową i jakoś tam radę.

       

      Natomiast mój T. poszedł dziś do pracy, po dłuuu[...]uugiej przerwie. Obawiam się aby nie doznał szoku.

       

      Imprezowania ciąg dalszy-w ten radośnik zaliczyliśmy urodziny sąsiadki Marty. Sąsiad Wilk, również zaproszony, powiedział nam że w zeszłym roku na imprezie było 30 osób [w kawalerce], i zabawa była jak w tramwaju ;) cisnęłam T. żebyśmy szybko poszli i zajęli miejsce przy oknie, ale jakoś nam się wszystko poprzesuwało, siłka, sauna, porządki, obiad, zakupy, tralala, i w sumie byliśmy zaproszeni na 19 a przyszliśmy o 20.. Wstyd jak brukiew, wiem, ale kurczę no, myśleliśmy że w tłumie nikt nawet nie zauważy naszego akademickiego kwadransa.. Zdziwiliśmy się nieco zastawszy na miejscu gospodynię i państwa Wilków. I to wszystko. Zgroza.. Na szczęście nasz prezent się spodobał :) Przy ostatniej nasiadówie u Marty piłam herbatę z takiego retro-kubka z napisem "sweet home, herbata" o takiego

      i okazało się że sąsiadka zbiera naczynka z tej serii. Ofc od razu wpadłam na genialny plan, żeby jej coś niecoś kupić, ale w niedalekim sklepie Agata Meble nie mieli [za to mieli co innego, o tym jutro :)] i w sobotę wybraliśmy się do Szczepana- to taka ogrooomnaaa hurtownia na przedmieściach Gdańska, w której jest dosłownie wszystko. Wpadliśmy w szał i zakupiliśmy wyżej wymienione naczynka, metalowy kosz na owoce, małą tortowniczkę, przezabawną figurkę sowy, wuwuzele i zestaw do ping ponga. I metalową miskę, o. Szaleństwo.

       

      A w przyszły radośnik moje urodziny! :) jako dobra gospodyni domowa, powinnam przysiąść z karteczką i ołówkiem i skrzętnie wszystko zaplanować. Tak też uczynię. A tymczasem zwijam mandżur i jadę do domku, po drodze jeszcze sklep muszę zahaczyć, no i ciekawe czy mi drzwi do ferrari nie przymarzły bo zapomniałam je nasmarować wazeliną.. Miłej zimy! :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „no i przylazła!”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 13 stycznia 2014 16:16
  • środa, 08 stycznia 2014
    • relacjofotka part three i ostatnia, i będę konfidętę

      właśnie naskrobałam soczyste pismo do pewnej instytucji, która ogłosiła jakiś czas temu przetarg. Jakie ciekawe mamy przetargi, pisałam już wcześniej; o wpisanych w nie krzesłach obrotowych szwedzkiej firmy za 4000pln NETTO i takie tam. Ostatnio takich przetargów jest multum. I pojawił się kolejny. Trzy dni układaliśmy mądre pytanie do zamawiającego sugerując mu delikatnie, że wiemy o tym, że przetarg jest ustawiony, i lepiej żeby się wycofał ze swoich warunków. Dostaliśmy właśnie odpowiedź, że nasze zapytanie wpłynęło po terminie, i w związku z tym zamawiający może, ale nie musi udzielić na nie odpowiedzi. I on nie udzieli. Szef się zirytował i zamierza iść do CBA. Nareszcie! Szlag mnie trafia na myśl o tym jak wydatkowane są pieniąchy w instytucjach publicznych. Moje, Twoje i Twojej Mamy podatki idą na dizajnerskie fińskie meble, zamiast na polskie produkty, tańsze i o równie wysokiej jakości, wyprodukowane w Polsce przez polaków! Ciekawe jak się sprawy rozwiną..

       

      A teraz żeby się trochę uspokoić, ostatnia część zdjęć z Teneryfy..

      Niedaleko naszego hotelu znajdował się piękny ogród botaniczny. Trochę dziwne że rezydentka nic nikomu na ten temat nie wspomniała, nie było go też w przewodnikach, i pewnie masa ludzi nawet nie wiedziała o jego istnieniu.. A szkoda, bo naprawdę było tam co oglądać!

      drzewo z brodą na przykład.

      albo drzewo z mackami!

      wieeelkieee paaalmyyyy....

      i Drzewo Różowych Puszków!

      różowych i puszystych :)

      Ale największe wrażenie zrobił na nas Generał- to jest JEDNO drzewo. Niestety, nie mogę znaleźć zdjęcia tabliczki z nazwą! :( może ktoś to zna? Drzewo jest nieziemskie- rośnie sobie klasycznie, pień i gałęzie, po czym z gałęzi wykształcają się kolejne korzenie które sięgają ziemi i zmieniają się w kolejne pnie. Wygląda nie do opisania.

      Było też miejsce zbrodni..

      I oczywiście fanty :) powtykałam je do kubeczków i będę miała swoją własną Teneryfę!

      haha.

      A teraz jeszcze lokalesi. Niestety nie widzieliśmy żadnych bajecznych ptaków, chyba po prostu okres w którym przyjechaliśmy jest niesprzyjający; wszędzie były tylko śliczne sierpóweczki

      małe ćwirki

      i kosy, które  wydawały dźwięki zupełnie inne niż nasze krajowe

      Ale to chyba nic dziwnego; słyszałam, że kawki mają swoje dialekty, i jak się śląską kawkę przeniesie na pomorze, to bidula nie będzie mogła się z kaszubami dogadać. Więc te kosy pewnie gadają po hiszpańsku i tyle :)

      Byłabym bardzo zawiedziona, gdybym nie zobaczyła żadnych paszczurek, na szczęście ostatniego dnia natrafiliśmy na spore skupisko wygrzewających się w ruinach gadzinek. Zaniepokojone chowały się w skałach [albo śmieciach], ale po chwili wystawiały ciekawskie łebki

      dużo ich było [na zdjęciu są 3, znajdź je wszystkie :)]

      niektóre małe ślicznotki, prawie jak nasze krajowe zwinki

      a niektóre, na moje oko, jak małe warany! Wrzucę je na rozpoznanie na tcp

      Jedna miała nawet gratisowy ogon

      takie cuda, o!

      A czy wspominałam że tam są wszędzie bananiarnie?

      i rosną tam, uwaga uwaga, BANANY?

      a agawy okropnie śmiesznie kwitną? [a po przekwitnięciu umierają? nic dziwnego, weź wyprodukuj taki kijek]

      I jeszcze rybka.

      i gdzieś tu jest mój ślubny..

      prażona soja nie jest żadnym dziwactwem

      i masę wegańskich rzeczy można kupić, kosztują tyle co zwykłe! Nawet Auchan ma swoją markę jogurtów sojowych.. [widocznych na zdjęciu chrupków bananowych o smaku czosnku jeszcze nie spróbowałam..]

      Iiii nie tylko wegańskie rzeczy mają ;)

      A tak nas przywitała ojczyzna.

      tyle było stopni..

      szok w kaloszach.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 08 stycznia 2014 15:43
  • poniedziałek, 06 stycznia 2014
    • relacjofotka part two

      Trzeci wolny dzień, ahh. Jak fajnie. Każdy poniedziałek powinien być dniem wolnym od pracy. T. wziął moto i poszedł latać [zakończenie sezonu przełożone na bliżej nieokreślony termin], a ja sobie zamulam - czytam Doktor Sen, zrobię sałatkę warzywną bo wyszedł mi genialny sojonez i muszę go zastosować, paznokcie sobie pomaluję. Bosko. A wracając do zdjęć ze słonecznej wyspy..

       

      Drugiego dnia pożyczyliśmy sobie autko i wybraliśmy się na rekonesans po wyspie- koniecznie chcieliśmy zobaczyć wulkan Teide. Odległość nie była duża, ale tamtejsze drogi [poza autostradą] są hardkorowe. Typowo górskie, wąskie, zakręty o 180stopni co sto metrów, czułam się jak na kolejce górskiej. Padaka. I oczywiście dystans 30km pokonuje się trzy godziny, więc lepiej objechać wyspę dookoła autostradą, będzie -paradoksalnie- szybciej. Kiedy udało nam się dotrzeć do najwyższego punktu gdzie można wjechać autem, oczom naszym ukazał się krajobraz iście księżycowy [kręcili tam "Gniew Tytanów", jeśli ktoś oglądał :)]. Zupełnie inny od zielonej północy wyspy, gdzie byliśmy zakwaterowani- piach, kamloty i kamulce. No i zimno się zrobiło- dobrze że miałam bluzę i czapkę. Niestety, na szczyt wulkanu nie wjechaliśmy- kolejka linowa była zamknięta z powodu złej pogody [a na szczycie było -8 stopni]

      widoczność była.. mocno słaba, ale dzięki temu wszystko wyglądało mega nastrojowo

      Posnuliśmy się we mgle i wróciliśmy na 'naszą' dzielnię przez autostradę. Po drodze zahaczyliśmy dziką plażę, niestety było za zimno na kąpiel, ale za to połaziliśmy sobie po skałkach- takie mamy zboczenie, łazimy i szukamy.

      Po włożeniu ręki do pozornie pustej kałuży bardzo często możemy liczyć na darmowy peeling w wykonaniu przezroczystych krewetek

      Muszelki dostają nóg i zwiewają

      i można bezkarnie zakląć: oł krap!

      kraby mieli rewelacyjne, śliczne jak z obrazka i wielkie jak dłoń- ale te skorupiaki mają chyba bardzo dobry wzrok, bo kiedy na horyzoncie pojawiają się człowieki, czym prędzej biorą odwłok w troki i chowają się w szczelinkach.

      Następnego dziona, kiedy lało jak z cebra, wybraliśmy się naszą pożyczoną furą na kolejną wycieczkę- tym razem celem było Drago Milenario, czyli najstarsze, tysiącletnie drzewo na wyspie, które primo: nie ma tysiąca tylko ok. 800 lat, i secundo: nie jest drzewem, tylko szparagiem. A konkretnie, draceną smoczą.

      to na dole to orzech, z tyłu są nasi znajomi- jak widać, szparag jest konkret.

      A na zdjęciu nawet nie widać, że leje ;)

      Trzeciego dnia przypadał ostatni dzień wynajmu fury- zdecydowaliśmy, że musimy koniecznie karnąć się na drugi koniec wyspy, zobaczyć słynny aqua park- najwyżej będziemy pływać w ciuchach albo odmrozimy sobie końcówki. Na szczęście ktoś tam u góry nad lubi, bo nasza wycieczka spasowała się z pierwszym naprawdę pięknym dniem na wyspie- słoneczko grzało aż miło, niebo było bezchmurne i nareszcie można było wyciągnąć bikini ;)

      Siam Park  to drugie dziecko tego Niemca od Loro Parque- park wodny zbudowany z rozmachem, w całości odkryty, pięknie urządzony- w stylu tajskim, cały porośnięty bujną roślinnością, w tym moimi ulu hibiskusami

      atrakcje są dla dużych i dla małych, my na pierwszy rzut trafiliśmy dość mocno- na zjeżdżalnię Dragon [to żaden wstyd; wszyscy się tam drą jak małe dziewczynki]; co prawda widzieliśmy że jest oznaczona na czerwono, ale przyzwyczajeni do oznaczeń z sopockiego aqua parku nie przejęliśmy się tym za mocno. Wyszliśmy na miękkich kolanach w stanie przedzawałowym i poszliśmy się zrelaksować na sztucznej plaży a'la Brzeźno. Polecam zobaczyć filmik.

      Spędziliśmy w parku ładnych kilka godzin- naprawdę polecam przetestować wszystkie atrakcje. Świetna była zabawa, ciągle żałuję że nie poszliśmy jeszcze raz na smoka.. albo wulkan.. serio :) Park jest bardzo czysty, wszystko dopięte na ostatni guzik- na każdym kroku masa ratowników, monitoring, można się czuć bezpiecznie. Na nasze szczęście zimą [heh] nie było dużo ludzi- w zasadzie nie staliśmy w kolejce do żadnej ze zjeżdżalni. Tu jest filmik który jacyś ludzie nagrali- można rzucić oczkiem

      Także z wizytą do parku wodnego trafiliśmy idealnie. Trzecia, ostatnia część jutro, a teraz idę zjeść burgera z kotletem marchewkowym, rukolą i moim genialnym sojonezem i tego też wam życzę! :D zwłaszcza sojonezu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 06 stycznia 2014 12:22
  • piątek, 03 stycznia 2014
    • relacjofotka part one

      taki przewrotny tytuł, bo fotorelacja jest zbyt mainstreamowa ;)

      napomknę tylko, że impreza noworoczna się udała, a jakże, bardzo było radośnie i mam nadzieję że u Was też- balowaliśmy na dzielnicy w składzie: sąsiedzi, koleżanka sąsiadki, sąsiedzi, sąsiadka. Do 6 rano. Nigdy w życiu tak długo się nie bawiłam. Ja raczej jestem śpiochem co to się na klubing nie nadaje, bo o pierwszej, max drugiej chce mi się już spać. W zasadzie to całą dobę byłam na nogach- o 6.05 pobudka, do pracy [rowerem, nigdy nie jechałam rowerem gdziekolwiek 31 grudnia- kolejna innowacja ;)], praca do 13, do domu, spakowałam torbę i popędziliśmy na siłkę [bo otwarta tylko do 15]. Wracając jakieś małe zakupy, w domu coś przekąsić, ogarnąć. Ulepiłam ze sto pierogów, trzy godziny prawie mi zeszły, później w 20 min opracowałam i przyodziałam kreację, pomalowałam paznokcie i zrobiłam mejkap- jestem z siebie dumna, to chyba rekord! No a później w bal. Jak położyłam się do wyra to zadzwonił budzik :) Ale było fajnie!

       

      A teraz obiecana relacja ze spóźnionych wakacji- trochę to trwało, ale jakoś nie mogłam się zmobilizować. Sorka. No to jedziemy z tym kok[o]sem:

      Teneryfa

      to piękne miejsce.

      serioszka.

      Wszędzie rosną palmy albo jakieś inne fikuśne roślinki

      nawet graffiti mają jakieś takie .. egzotyczne

      a nad wszystkim góruje najwyższy szczyt na wyspie, wulkan Teide

      trochę się dymi.

      Co prawda podczas naszego sześciodniowego pobytu trzy dni były takie średnie, z chmurami i drobnym deszczykiem od czasu do czasu, jeden dzień był mocno ulewny, a tylko dwa słoneczne- naładowaliśmy bateryjki. Na wyspie, oprócz garstki Polaków i sporej liczby Rosjan [którzy lecieli z nami jednym samolotem, z mocną przewagą liczebną] większość stanowili Niemcy, a konkretnie niemieccy emeryci- ale tacy NAPRAWDĘ emeryci, mega starzy, z balkonikami i o kulach.. [A nasi emeryci w tym czasie siedzą w kościele, leżą w szpitalu albo stoją w kolejce do apteki. Smutne to.] No i oczywiście byli też lokalesi, którzy w kozakach i kurtkach puchowych obserwowali ze znudzeniem los locos którzy kąpali się w oceanie, bo przecież jest ZIMA, no doprawdy.

       

      Zaliczyliśmy na wyspie największe atrakcje sztuk dwie- reklamowany dosłownie na każdym śmietniku, autokarze i kiosku Loro Parque , czyli wieeEElki ogród zoologiczno-botaniczny. Autorstwa Niemca. Naprawdę zrobił na nas duże wrażenie- wędrowaliśmy po nim z pięć godzin, oglądając między innymi Planetę Pingwinów, czyli pomieszczenie gdzie wspomniane wyżej ptaki żyją sobie wśród padającego codziennie śniegu

      załatwiają swoje pingwinie sprawy, czyli śpią, łażą, rozmnażają się, jedzą ryby i pływają, czując się przy tym naprawdę swobodnie

      Zaliczyliśmy z wielką przyjemnością pokaz delfinów [kto nie lubi delfinów?]

      Rewelacyjny był, delfiny pokazywały całą gamę wyuczonych sztuczek łącznie z udawaniem deski surfingowej

      i zaprezentowały, co należy zrobić jeśli znajdzie się delfina wyrzuconego na brzeg plaży [przykryć mokrym ręcznikiem nie zasłaniając kichającej dziurki na czubku delfina, chlapać wodą i czym prędzej wezwać wykwalifikowane służby]. Generalnie wiem że większość wegan, delikatnie mówiąc, nie lubi ogrodów zoologicznych- ale moim zdaniem ich rola w edukacji i uświadamianiu ludziom potrzeby ochrony zwierząt, nie tylko tych zagrożonych- jest ogromna. Dlatego lubię ogrody zoologiczne, a jeszcze Loro, gdzie zwierzaki mają naprawdę wspaniałe warunki- to już w ogóle wymiata. Wracając do tematu:

      Orki też prezentowały swoje umiejętności

      i zęby.

      od 2010r, kiedy to jedna orka przypadkowo [podobno] zabiła trenera, nie wchodzą oni do wody tylko wydają polecenia z brzegu.

      Widzieliśmy mrówkożercę, prześmieszne stworzenie

      a także.. kto zgadnie czyj to zadek? :)

      tak, to glebogryzarka! Czyli kapibara- wielka świnka morska- największy gryzoń.

      W akwarium można było pokiziać po brzuniu rekinka

      [jak cię dorwę babo jedna reklamująca w radiu olej z wątroby rekina...!]

      a w wielkiej wolierze fruwały sobie różnej maści papugi, dosłownie na wyciągnięcie ręki [ale nie można było tykać, to nie tykałam]

      I były wielkie gekony [aligator]

      i kotecki [jaguar]

      i weganie, wychudzeni i anemiczni jak zwykle

      Także będąc na wyspie, Loro Parque to atrakcja konieczna do zaliczenia! Trzeba się tylko zaopatrzyć w wygodne buty i zapas jedzenia i picia [chociaż na miejscu są oczywiście sklepy, tylko że drogie]

      Reszta relacji z kolejnej notce :o]

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „relacjofotka part one”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      piątek, 03 stycznia 2014 09:03

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa