Wpisy

  • środa, 17 grudnia 2014
    • Wiosna, ach, to ty? [burgery z bakłażana]

      Pogoda szaleje. Przeprosiłam się z rowerkiem, na którym pomykam dzielnie do i z pracy, i gdyby nie to, że o szesnastej robi się już ciemno jak w nosie, można by pomyśleć, że jest kwiecień..

      A kilka tygodni temu wszystko było jak polukrowane!

      Loli nic nie zniechęci do zakłócania spokoju polnych myszy.

      tylko nasz ogrodowy krzaczek nie mógł się zdecydować- zima, wiosna?

      trzeba korzystać ze słonka ile wlezie i ładować akumulatory witaminką D :)

      Korzystając z ochłodzenia klimatu, zaczęłam nadmiar jedzenia wywalać z lodówki do ogrodu. Stało się tak m. in. z trzema zakupionymi okazyjnie bakłażanami [jak zobaczyłam je w sklepie, kupiłam bez namysłu- w końcu niedługo może już ich nie być! YOLO! :]]. Leżały sobie na huśtawce ze dwa tygodnie, przechodząc kolejne procesy zamrażania, rozmrażania, zamrażania, rozmrażania.. Trochę się o nie martwiłam, ale z drugiej strony już bałam się zabrać je z ogrodu i przeżyć rozczarowanie tym, że tak się z nich cieszyłam i dałam im zmarnieć- nie wiem, może myślałam, że same w końcu znikną czy coś ;) ale pewnego dnia się odważyłam. Zabrałam trzy zmrożone na kość oberżyny z huśtawki, rozmroziłam na parze i zrobiłam z nich coś, co jest dla mnie idealną formą bakłażana- kotleciki.

      A robi się je tak:

      Na patelce trzeba podsmażyć posiekaną cebulę, dodać posiekane na drobne kawałki bakłażany [ze dwa, powiedzmy, takie nie za duże- ok 600g w sumie]. Ja warzywa rozdrabniam taką siekającą przystawką do blendera, ale można jak zwierzę, nożem ;) bakłażany po podduszeniu na patelce i tak się trochę bardziej rozwalą.

      W każdym razie, bakłażany i cebulkę trzeba dusić aż te drugie zmiękną; dodać do całości pokrojone suszone pomidory [opcja, ale jakże smaczna!], i doprawić- bakłażan musi mieć sporo soli, i duużoo suszonej bazylii- bez tego ani rusz! Jak spróbujesz masy i stwierdzisz, że jest dziwna, to znaczy, że trzeba jeszcze przyprawić. Musi być bosko ;) pieprznąć też oczywiście trzeba.

      Kiedy bakłażan nam się udusi, tzn. rozmięknie i rozleci, a nadmiar wody odparuje i masa zacznie przywierać, zawartość patelki przerzucamy do miski, gdzie traktujemy blenderem. Teraz trzeba zagęścić- ja robię to błyskawicznymi płatkami owsianymi, można mąką, można bułką tartą. Po zagęszczeniu znowu skosztować i doprawić. Następnie lepimy z masy [mokrymi dłońmi] prawilne placki i wrzucamy na blaszkę do pieczenia [i papier do pieczenia, można trochę posmarować olejem- u mnie kozacka silikonowa mata z Biedronki ;)]

      i pieczemy. Tak z 30-40min, w 180-200 stopniach [co piekarnik to obyczaj]. W mniej więcej połowie trzeba kotleciki przerzucić na drugą stronę. Mogą się trochę rozpadać. Masa kotlecikowa sprawdzi się również dobrze w formie farszu do pierogów albo naleśników, ja ją wyjadam nawet łyżką jak nikt nie widzi ;)

      Prawda, że wygląda bardzo niezdrowo? A to 100% warzywa :D szkoda, że kotlety nie są fioletowe..


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Wiosna, ach, to ty? [burgery z bakłażana]”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 17 grudnia 2014 16:10
  • poniedziałek, 15 grudnia 2014
    • łupu cupu

      trochę mi dziś dudni w głowie, ale było warto! Zaliczyliśmy wczoraj z panem Mężem koncercik Grubsona w Gdyni. Miał być również Jamal, ale cóż, pochorowali się czy coś. W każdym razie dobrze, że parchy nie zawiodły! Klubik niewielki, bardziej pusty niż pełny, średnia wieku publiczności to jakieś 19 lat [czułam, jak mi rosną siwe włosy], ale była MOC, krzyki, skakanie, śpiewanie, pozytywny przekaz i radosna impreza! Nawet tata który przyszedł z córką [serio] i stał w pierwszym rzędzie początkowo z bardzo nieszczęśliwą miną, po kilku kawałkach machał rękoma i nawet dostał piąteczkę od Grubsona. Ale grunt, że Tomi, początkowo nastawiony niezbyt optymistycznie [możemy już iść do domu?] się rozbujał i dzisiaj stwierdził, że bardzo mu się podobało :) 

      W sobotę zaliczyłam dla odmiany charytatywny maraton zumby w Gdańsku, po trzech godzinach już ledwo miałam siłę się ruszać, ale przynajmniej wytańcowałam się na jakiś czas. A to dobrze, bo skończył nam się karnet na siłkę i nie będziemy go przedłużać, bo wybieramy się do nowego klubu- ale dopiero od początku stycznia. Także mam przerwę od zumbowania na jakiś czas.

      Geczuki mnożą się na potęgę, mam aktualnie na stanie 12 glutów.. i nie bardzo co z nimi zrobić, bo przecież pocztą ich nie wyślę, za zimno. Także siedzą sobie w pudełku po preclach z biedronki, jedzą wylęg świerszcza i gerberek bananowy, i czikają. No bo jak się nie ma co robić, to się czika, prawda.

      W zeszły piątek wybrałam się do roboty świeżo odebranym z serwisu rowerkiem, aż tu przyszła Aleksandra. Co prawda oszczędzono mi huraganu, ale już zlodowacenie miało miejsce. Jechałam spięta jak nie powiem co, wizja gleby mnie po prostu sparaliżowała. Chyba muszę na jakiś czas rower odwiesić na kołek.. :(

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „łupu cupu”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 grudnia 2014 16:11
  • wtorek, 09 grudnia 2014
    • Mistrzostwa Świata SuperEnduro

      Dopiero się jakoś wygrzebałam, bo po dwutygodniowej nieobecności wrócił mój ojciec-dyrektor, więc ciągle jestem jeszcze w lekkim szoku. Chory. Ładnie! Jakbym ja wróciła po takim urlopie CHORA, to... a nie, zapomniałam, że beze mnie ta firma by upadła ;)

      Chciałam skrobnąć parę słów o mistrzostwach super enduro, które odbyły się w zeszłą sobotę w Ergo Arenie.

      O G I E Ń ! ! !

      Już.

      Przyjechaliśmy na miejsce na 9, bo Tomi wygrał w konkursie zaszczyt pełnienia funkcji flagowego. Dostał kamizelkę i chodził po torze z ważną miną, w towarzystwie podobnych jemu szczęśliwców, a wokół kręcili się zawodnicy, mechanicy, szychy, szyszki i szyszeczki. A ja przyczajona przy ziemi pomykałam, starając się uniknąć spojrzenia ochrony, która wypatrzywszy mnie, bez-kamizelkowca, niechybnie dokonałaby eksmisji.

      Zjawił się przewodniczący FIM, sędzia i jeden z organizatorów, i rozkazano zebrać się wszystkim flagowym na, cytuję, "briefing". Czyli króciutką konferencję, przekładając na nasz. I co? Okazało się, że jednego flagowego brakuje! I co? No wiadomo :D ktoś poganiany gniewnymi okrzykami organizatorów wcisnął mi chorągiewkę, dostałam kamizelkę i pytanie: chcesz machać flagą? No BA! :D

      Tym sposobem dostałam się do teamu. Zostałam ustawiona przy torze, wyjaśniono ocb [machać flagą kiedy zawodnik się przewróci, żeby inni w niego nie wjechali] i heja. Wprawiłam się na treningach, później trochę przerwy, i zawody..

      Było rewelacyjnie! Co prawda nie mogłam sobie spokojnie oglądać zawodów, tylko patrzeć pilnie na tor za moją przeszkodą, ale przynajmniej z mojej pozycji było widać najlepsze hopki i czasami coś mi wpadło w oko [nie tylko błoto]. Tomi miał trochę gorzej, bo jemu trafiły się baseny- nie dość, że był później cały w błocie, to widział tor z boku i miał trochę gorzej.

      moja przeszkoda

      tacy zawodnicy raczej się nie wywalali na oponkach


      najlepsi flagowi ;)

      w gotowości. nie ma to tamto!

      Jak się skończyły mistrzostwa? Co za pytanie ;)

      Pierwsze miejsce zajął nasz krajan, Tadeusz Błażusiak. Koleś jest niesamowity, w jednym z biegów na samym początku zaliczył kolizję [z Jonnym Walkerem] i był ostatni, a i tak w ciągu sześciu minut wszystkich łyknął i wygrał!

      Polecam obejrzeć sobie, jak to wyglądało.

      atmosfera nieziemska, świetna impreza, wyścigi na najwyższym poziomie. Następne zawody w styczniu, w Berlinie.. trzeba obczaić PolskiegoBusa ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Mistrzostwa Świata SuperEnduro”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 09 grudnia 2014 15:36
  • czwartek, 04 grudnia 2014
    • się dzieje się

      ooj tak. dziś czwartek, w niedzielę po dwóch tygodniach nieobecności wraca SZEF. Oczywiście, zaplanowałam sobie na okres jego nieobecności bazylion rzeczy do ogarnięcia- udało mi się jeno ugotować kapustę pekińską z pieczarami w sosie sojowym. Eeh. ale za to wybrałam ładne tapety i farby do lokalu, jest progress :) no, i jutro też jest dzień, może chociaż paznokcie pomaluję.

      Straszliwie się dziś zrobiło, rano wyszłam z domu w celu zawiezienia na budowę kołków i klucza nasadowego [cokolwiek], i ledwie przekroczyłam próg mieszkania, prawie fiknęłam orła. Takiego rannego orła. Udało mi się jakoś dopełznąć na trawnik, i tak przeżyłam. Póki szefa nie ma, bujam się jego kozackim prawie SUVem z nowymi zimowymi kapciuszkami, i uwierzcie mi, serio- nic to nie dało. Musiałam mieć niezłą minę kiedy biała fura w leasingu lotem ślizgowym z wyjącym ABS-em nieubłaganie szurała w kierunku muru.. Na szczęście obeszło się bez katastrofy. Tfu tfu, bo auto stoi na parkingu, zawsze może mi w nie ktoś przydzwonić.. tfu TFU TFU!

      Jakby ktoś nie wierzył, mam nawet dowód na to, jak na osiedlu pięciu mostów wjeżdża się do garażu [film jest bokiem, można przekręcić komputer ;)]

      prawda, że wypas? :D

      A tak to co. Siedzę sobie w moim nowym biurze, czyli salonie, przed kompem, a na kolanach burczy mi koteł.

      Ano tak, koteł.

      Mówiłam, że się dzieje?

      O, zrzucił myszkę na podłogę, belzebub jeden.

      Taki to koteł jest.

      Sąsiad go nam przyniósł. Znalazł na podwórku w te mega mrozy [-7 stopni, będę te mega mrozy wspominać ciepło kiedy będzie -20 ;)], kot ewidentnie oswojony, kuwetujący elegancko, przytulas i mruczyciel, chociaż już się rozbujał i poluje na przykład na twarze czy plecy. Bydlaczek. Tak czy siak, nie pomieszka u nas, bo T. ciągle jest alergikiem [nie, nie przeszło mu..], więc szukamy mu chaty. O właśnie, do teścia miałam zadzwonić, on coś mówił że kota by chciał..

      A jak się na nowe towarzystwo zapatruje Lola? Nijak, entuzjazm został zgaszony przez przerażonego koteła który na widok radosnej amstaffki błyskawicznie zamieniał się w syczący wycior do butelek. Psica nie ryzykując stwierdziła, że lepiej się trzymać na dystans. Obecnie koteł już trochę się przyzwyczaił do obecności kudłatego potwora, i nawet sam nieśmiało zaczepia Luśkę pacając ją łapką. Urocze.

      Obiekt monitorowany [i ten wyraz niepewności na psiej mordzie.. bezcenne]

      A co tam za oknem? Ano, szał pomponów, czyli bez zmian. Aczkolwiek udało mi się uchwycić niecodziennego gościa- w stadzie bogatek trafiła się modraszka!

      a w taką szarą pogodę najlepsze są kolorowe kanapki

      A, zapomniałam, że w zeszłym tygodniu byłam na konferencji oczywiście, tej organizowanej przez SWPS i Otwarte Klatki na Hipodromie [o, ironio losu!]

      Sama konferencja była ciekawa. Dużo krótkich i zwięzłych mini-wykładzików, o psychologii ludzkiej i zwierzęcej, o socjologii, o empatii, o zagadnieniach prawnych i wychowawczych. Na koniec panel dyskusyjny, mało osób zostało ale warto było posłuchać. I zjeść pyszną, wegańską szarlotkę ;) liczę na więcej takich inicjatyw, na samej konferencji zgłosiłam się do OK potwierdzić moją gotowość do pomocy przy organizacji czegokolwiek [bo najwyraźniej moje zgłoszenie mailowe gdzieś umknęło- i ominęła mnie, na przykład, akcja związana z Dniem Bez Futra. Szkoda, bo dostałam od Vivy ulotki]. 

      Radośnik zaś zapowiada się ciekawie, bo w sobotę cały dzień spędzimy na Ergo Arenie na treningach i samych zawodach MISTRZOSTW ŚWIATA ENDURO! Fantastycznie, nie mogę się doczekać, zwłaszcza, że warunki atmosferyczne sprawiły, że już właściwie pożegnałam się z jeżdżeniem na motku w tym sezonie, chlip..

      No, to tyle w sobotę, a w niedzielę od 13 do 15 w VeganBurgerze we Wrzeszczu na Jesionowej odbędzie się KUCHNIA SPOŁECZNA! O co biega? Już spieszę z cytatem:

      "Zaskakująca i nieobliczalna Kuchnia Społeczna Trójmiasto tym razem we ⓋⓋrzeszczu, konkretnie Górnym, konkretniej na Jesionowej 17 w vb #veganburgers
      Czemu tak? Czemu nie? Inne Kuchnie Społeczne odbywają się w lokalach gastronomicznych, więc spróbujemy i my. Oprócz zwyczajowych atrakcji kuchenno-społecznych jest też atrakcja nadzwyczajna, czyli obecność spiritus movens tej edycji - wegańskiej dietetyczki Weroniki Szarafin, która odpowie na wszystkie pytania. A przynajmniej będzie je komu zadać :)
      Przy okazji tego spotkania będziemy też zbierać ciepłe ubrania, które zostaną rozdane potrzebującym podczas najbliższej edycji Food Not Bombs - Gdańsk. Przewietrzcie szafy!
      Zasady takie jak zawsze: wegańska* potrawa albo 15zł. Uzbierane środki przeznaczamy tym na razem na Pomorską Bibliotekę Wolnościową, której otwarcie wkrótce . Szczegóły też wkrótce :)
      Prosimy o zabranie z sobą własnych sztućców i talerzy w miarę możliwości.
      Startujemy wyjątkowo o 13:00!
      Do zobaczenia!
      * z produktów pochodzenia roślinnego (bez nabiału, jaj, miodu, ryb)"

      Oby się udało wybrać, planuję upichcić ...a, nie powiem co ;) pokażę ;)

      A, w ogóle cholerka. Mam na balkonie kupione z tydzień temu trzy bakłażany. ciekawe, jak przetrwały mrozy.. Chyba muszę je ocalić. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „się dzieje się”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      czwartek, 04 grudnia 2014 16:16
  • środa, 26 listopada 2014
    • orzech mi się przykurzył.

      Ano. Ostatnio jakoś mi było nie po drodze z blogaskiem. W zeszłym tygodniu odbyłam z szefem wyprawę do Warszawy na podpisanie umowy z kolejnym zamawiającym- Zusem- w ramach wygranego przetargu. W piątek zaś szef powiedział baj baj, maszkaro, i poleciał sobie do Indii. Wróci 7 grudnia. A, w międzyczasie mamy jeszcze remont pomieszczenia, w którym docelowo będziemy mieć biuro. Więc mam trochę roboty, koordynuję dostawy, rozwiązuję problemy, składam zamówienia, targuję się, a w tak zwanym międzyczasie oglądam tapety w castoramie. Biuro wygląda na razie tak:

      ale będzie lepiej, pochwalę się postępem.

      Co tam tak ogólnie? Ano, jesień.

      na zdjęciu muchomorek piękny jak z bajki.

      Trzeba korzystać z każdej słonecznej chwili, żeby nie pochłonęła nas beznadzieja. I łykać witaminkę D. Ponieważ szefa nie ma, pracuję z domu, co jest o tyle dobre że jak mam ochotę to mogę wstać z kanapy i pójść z psem po bułki, co zaraz uczynię, wypiwszy pyszny soczek jabłkowo-marchewkowy własnego wycisku :) 

      Liczę na to, że polatamy dzisiaj na motku, bo odkąd Tomi obniżył mi siodło i sięgam do ziemi bardziej niż tylko czubeczkami czubeczków palców, jeździ się dużo lepiej i mogę się skupiać na istotnych rzeczach nad którymi muszę popracować, takich jak zmiana biegów czy operowanie hamulcem. Obawiam się jednak, że koniec sezonu bliżej niż dalej..

      Odnowiliśmy sobie karnet na siłkę, wczoraj zrobiliśmy trening a dzisiaj chyba udam się na zumbę, bo nosi mnie po ścianach ;)

      muszę zadzwonić do zusu i ustalić kwestię stabilizacji przegród międzybiurkowych, a obok mnie stoi pies i świdruje spojrzeniem. Najpierw obowiązek, potem przyjemność, jak to było w Asterixie i Obelixie.. to idziemy. 

      ACHA! Ważna rzecz! W piątek w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej będzie konferencja "Zwierzę nie jest rzeczą". Wybieram się i zapraszam :) Szczegóły na Otwartych Klatkach

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „orzech mi się przykurzył.”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 26 listopada 2014 10:24
  • środa, 12 listopada 2014
    • plany na niedzielę i wegańska chińszczyzna

      w tyrce robi się nerwowo, bo terminy realizacji w Szydłowcu gonią, a model krzeseł jeszcze nie wybrany. Eh.

      Tymczasem pogoda robi się trochę jak z horroru. Wczoraj wieczorem poszliśmy z psem na spacer, a przypominam że nie ma u nas latarni więc jest ciemno jak diabli, dodatkowo mgła była TAKA, że widoczność na kilka metrów. Po wyjściu na pole ledwie udało nam się znaleźć drogę na osiedle. Ot, uroki jesieni :) 

      Zaprezentować chciałam obiadek którym kupiłam ostatnio Tomiego:

      czyli tofu po chińsku. Zalałam wrzątkiem trochę suszonych grzybków mun. Wrzuciłam na patelnię posiekane warzywka w formie marchewki, pora i czerwonej papryki, podsmażyłam, zalałam troszkę wodą i przykryłam. Kiedy się dusiły, odcedziłam i pociachałam namoczone grzybki oraz tofu, wrzuciłam do warzyw. Podsmażyłam, smażu smażu, i zalałam sosikiem zrobionym z: 

      1 łyżeczka przyprawy chińskiej "5 smaków" 

      3 łyżki sosu sojowego 

      1 łyżka mąki ziemniaczanej 

      2 ząbki czosnku 

      1 szklanka zimnej wody

      wybełtać i wlać na patelenkę. Tam mieszać do zagotowania i jeszcze troszkę, na niezbyt dużym ogniu bo sos się robi gęsty i może się zacząć przypalać. Serwować z ryżem albo makaronem ryżowym/sojowym [jak u mnie], posypane np. sezamem albo posiekanym szczypiorkiem :)

      个饱!

      To co tam, jakie plany na niedzielę?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „plany na niedzielę i wegańska chińszczyzna”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 12 listopada 2014 14:44
  • poniedziałek, 10 listopada 2014
    • pompon terror

      to jak będzie z tą kulką?

      sami widzicie, że nie mogłam pozostać obojętna na takie zastraszanie. Gang pomponów regularnie każdego poranka, począwszy od końcówki października, napadał moje okno kuchenne i demolował ogrodowe meble. Chcąc nie chcąc, uległam i zawiesiłam kulkę.

      z której po czterech dniach została jeno powiewająca smętnie żółta skarpetka.

      oj tak, sprawne układy pokarmowe mają nasze sikorencje. Aż się serduszko raduje! Jedyne co się nie raduje to mój szanowny ślubny, który nakazał mi uwieszenie następnej kulki gdziekolwiek, byle nie nad ławką, bo, jak widać na zdjęciu, pompony sprawnie nie tylko spożywają, ale również wydalają.

      Och, chciałabym żeby tej zimy kurki znowu zamieszkały u nas w ogrodzie! Kilka dni temu wracałam z pracy rowerem przez pole, w totalnych ciemnościach ledwie rozpraszanych słabym światełkiem mojej rozładowanej lampki. Bardzo skupiałam się na mocnym pedałowaniu bo czekał mnie pagórek, a w ogóle to było mi zimno i byłam głodna, więc tego. Cisnę i cisnę, aż tu nagle WTEM! Prawie w ostatniej chwili spod kół odleciała mi grupa siedmiu kuropatw. One tak mają, że siedzą cicho i udają, że ich nie ma, a kiedy już jest pewne że ta strategia im kuprów nie ocali, robią straszny raban i łoskot, i odlatują na swoich kurpulentnych* skrzydełkach. A było ich siedem, bo tyle sylwetek naliczyłam w locie, starając się opanować zawał serca :)

      W związku z zapowiadającą się realizacją, w zeszły czwartek spędziłam 10h w samochodzie, na wyprawie do Szydłowca i z powrotem. Meble do zamku będziemy im robić. Zapowiada się szał, bo mamy bardzo krótki termin realizacji a wszystkie zakłady produkcyjne pod koniec roku są napięte jak przysłowiowe postronki, ale wierzę głęboko że damy radę. Oczywiście byłoby nudno gdyby nie atrakcje, więc 21 listopada szef wyjeżdża do Indii i wraca 7 grudnia. Takiemu to dobrze. Wracając do terminu, w sumie dobrze: szybka realizacja=szybka premia B) a premia jest mi bardzo potrzebna, bo muszę kupić gogle jak już wspominałam.

      Dzisiaj jeszcze tyram, ale jutro oczywiście wolne. Plany uzależnione od pogody, na pewno będę chciała wypróbować majonez z kartofla bo mnie intryguje, a akurat mam wór pyraczków :)

      Miłego wolnego, niech żyje wolność i swoboda!

       

      *nie, nie jestem głupia. To celowe ;)

       

      Acha, PS! Chciałam podzielić się nutką, która właściwie spodobała mi się odkąd obejrzałam teledysk. Prawdziwa historia, prawdziwi ludzie. Mainstream i pewnie znacie z radia, ale i tak polecam 


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „pompon terror”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 10 listopada 2014 15:13
  • wtorek, 04 listopada 2014
    • cholerny listopad

      był taki kawałek, ale coś nie mogę go namierzyć. Pewnie mi wpadnie w ucho jakoś w grudniu, jak znam życie.

      W każdym razie, listopad. Cholerka! Niesamowite jak ten czas zasuwa. Okropne! Cały ten rok jakoś tak zaiwania i nie mogę się z tym pogodzić. Kiedy znowu będzie maj..? [wiem, że za sześć miesięcy ;)]

      Radośnik upłynął pod znakiem balowania. Przeklnijcie mnie, ale tak owszem. I to bynajmniej nie z okazji Dnia Dyńki [z której, nota bene, zrobiłam ciasto i zupę, a chłopaki jednak wyrzeźbili lampionik bo to fajna zabawa jest]

      Okazją były oczywiście urki pana męża, o których to on miał nie wiedzieć!

      Taka jestem kochana żonka ;) z tygodniowym wyprzedzeniem knułam niecny plan pełen zawiłości. Ukradkiem spisywałam z mężowskiego telefonu numery do jego znajomych, pod pretekstem cukinii czy innego proszku do pieczenia wyprawiałam się na zakupy i zaopatrywałam się w zapasy piwa soczków, czipsów i innych atrakcji które później skrzętnie chowałam w piwnicy. Nabyłam drogą kupna prezent składkowy. W sobotę zamówiłam opiekunkę do dziecka [dzięki, mamo ;)], po czym pod pretekstem klubingu zabrałam ofiarę z domu. Przy pomocy znajomej pary Oli i Michała nic nie podejrzewająca owieczka została wywieziona do centrum Gdańska, tam humanitarnie oślepiona [apaszką; nie obyło się bez walki] i zabrana z powrotem do domu, gdzie pod naszą nieobecność zjawili się goście, baloniki i prezenty. Skitrani w kuchni, przy zgaszonym świetle, zaskoczyli oniemiałego Tomiego gromkim okrzykiem NIESPODZIANKA!! jak z hamerykańskich filmów normalnie :) Ale wyszło! Dumna z siebie jestem niesamowicie że to ogarnęłam :) Chociaż nie było łatwo, bo przez cały tydzień pan mąż akurat był w domu wtedy kiedy ja, nawet w sobotę nie dał się eksmitować na latanie z kumplami. Summa summarum jednak udało mi się przygotować również zaplecze kulinarne: kuleczki z buraków, kuleczki z bakłażana, cukiniuszki, ciasteczka owsiane, sałatkę warzywną z sojonezem i wspomniane wcześniej ciasto dyniowe- brownie

      [bardzo mi smutno, że aparat umarł.]

      fajne, nie? :D

      Także w sobotę był bal, a w niedzielę żal. To znaczy nawet nie było tak źle, wyspaliśmy się i nawet pojechaliśmy polatać na tor na poligonie, ale było mi TAK FATALNIE, że chyba po godzinie się zapakowaliśmy z powrotem na samochód. No naprawdę, padaka. W sobotę też byliśmy na motkach- pojechaliśmy do Straszyna na mały tor, taki na którym dzieci się uczą ;) wspaniale było, pykałam kółko za kółkiem i nawet tak dużo gleb nie zaliczyłam! Ale zdecydowanie muszę sobie sprawić gogle, bo jak dostałam w oko grudą błota to przykleiła mi się do soczewki i za nic nie chciała mnie opuścić. I tak jak w sobotę było bosko, tak w niedzielę było do bani- po pierwsze to tor na poligonie jest bardzo kopny więc jak się jedzie powoli łatwo o glebę, a teren poza torem to już nie taka dzicz jak kiedyś, tylko miejsce spacerów masy ludzi i teren budowy Kolei Metropolitalnej. Ciągle mi motek gasł, topił się w błocie czy kładł na boki- no zgroza, już byłam cholernie zmęczona i klęłam jak szewc, aż się Tomi zlitował i zarządził odwrót. Oczywiście wczoraj w robocie już mnie nosiło na latanie ;)

      Powód do radochy- biedra którą mam na trasie praca->dom ogarnęła się na tyle żeby od czasu do czasu w lodówkach pojawiały się pyhhszne, kremowe vegan zupki! Polecam :)

      i teraz nutka na koniec dnia [nie taki znowu koniec, dziś SIŁKA!]

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „cholerny listopad”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 04 listopada 2014 15:33
  • czwartek, 30 października 2014
    • Przychodzi wegus do Chińczyka..

      Wczoraj mój ślubny obchodził urodziny. Można życzyć :)

      Z tej okazji wybraliśmy się do Chińczyka, czyli restauracji Lee's Chinese. Pewnie już o niej gdzieś tu pisałam. Chadzamy tam przy większych okazjach jak urodziny czy rocznica, bo niestety dość drogo jest, ale jedzenie.. MM!! Naprawdę warto się czasem szarpnąć. Pyszne! Mają dwa lokale- na Korzennej [Stare Miasto] i na Kartuskiej. Pierwszy lokal jest imo lepszy pod względem wystroju i klimatu, drugi jest za to większy, ma podobno lepiej wyposażoną kuchnię i łatwiej o miejsca parkingowe. Ale plusem jest to, że wegus też tam sobie podje :) Mają świetne tofu w sosie słodko-kwaśnym [niech ktoś mi powie jak oni to robią, że z wierzchu jest tak chrupiące a w środku wręcz się rozpływa? BAJKA!], tym razem skusiłam się na sajgonki z warzywami i obłędnego bakłażana w sosie hoisin. Oczywiście wszystkie resztki wzięłam na wynos i dobiłam w pracy :> a co! Nie można wyrzucać jedzenia. Zwłaszcza tak pysznego :3 już ogarnęłam sobie przepisy na sos hoisin i będę eksperymentować. Muszę jeszcze ogarnąć bakłażana. I chyba wok..

      W każdym razie.

      W pracy zapowiada się na zmiany :) wygraliśmy na licytacji wynajem lokalu od miasta, więc pewnie się przeprowadzimy za jakiś czas. Szef zlecił mi zaprojektowanie wystroju, wykonaniem zajmie się Tomi, więc wszystko w rodzinie. A tymczasem wysyłamy oferty na przetargi bo jakiś taki zastój się zrobił, a przecież potrzebuję premii żeby spłacić motka ;)

      Tymczasem kilka fot ze szkolenia EnduroES w Wieżycy na którym byliśmy kilka tygodni temu.

      Teoria

      i praktyka

      Na terenie ośrodka gdzie byliśmy zakwaterowani mieszkały mordercze bestie zamknięte w klatce. Przepychały się byle tylko je kiziać i miziać..

      okoliczności przyrody

      czyli trasa dla żółtodziobów i ekspertów ;)

      to zdjęcie o ułamek sekundy poprzedza wielką glebę!

      konie mechaniczne vs konie analogowe

      i takie tam. A dzisiaj siłka! Muszę robić martwy ciąg. Przydaje się do podnoszenia motka z ziemi..

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Przychodzi wegus do Chińczyka..”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 października 2014 15:46
  • poniedziałek, 27 października 2014
    • O straszliwych zakwasach i najlepszych burgerach!

      się dzieje u nas! W czwartek, przed spotkaniem wspólnoty mieszkaniowej, pojechaliśmy do sklepu kupić buzer. W piątek przyszła paczka z butami. I mój kochany ślubny poświęcił 6h na czynność której nienawidzi serdecznie, mianowicie podróż samochodem, żeby przytransportować ..

      !

      Tak!

      :D

      Udało mu się znaleźć śliczniutki, zadbany i kochany motek. I dwa razy tańszy od tego na który wcześniej się czailiśmy :> W sobotę odbyłam pierwszą lekcję na polu. Oczywiście cała byłam przerażona, bo jedyny pojazd silnikowy z którym miałam dotychczas do czynienia to samochód, a jedyny dwukołowiec to rower. Ale dałam radę! Jestem z siebie dumna, a Tomi jest bardzo dobrym i cierpliwym nauczycielem ;) I nawet tylko jedną porządną glebę zaliczyłam [i kilka takich mało widowiskowych klapnięć na bok- na swoje usprawiedliwienie dodam, że kiedy siedzę na motku do ziemi sięgam tylko czubkami palców-chyba że się przechylę na bok] Za to w niedzielę i dzisiaj... oooooh! Mam TAKIE zakwasy że ledwo zipię, i to w bardzo dziwnych miejscach..! Żeby podnieść nogę i włożyć ją w nogawkę spodni muszę pomóc sobie obiema rękoma. Oprócz nóg dostały również barki i przedramiona, ale też na przykład boki brzucha, szyja i.. policzki. To chyba od uśmiechu? :) 

      W każdym razie było wspaniale, chociaż bawiliśmy się tylko dwie godziny. Straszny mam niedosyt, liczę na powtórkę w nadchodzący radośnik, pogoda ma sprzyjać!

      Oprócz tego w sobotę udaliśmy się w gościnę do kolejnych sąsiadów- dwa piętra wyżej. Spędziliśmy miły wieczór na zapoznaniu i pogaduchach na każdy prawie temat- szybko znaleźliśmy wspólne fale i prawie 5h przegadaliśmy bardzo intensywnie. Na wyjściu dostaliśmy dwie dynie. Razem z tymi które kupiłam, mam już pięć w kuchni. Muszę coś z nich szybko ogarnąć, w przeciwnym razie będę musiała spać na dyniach.

      A w niedzielę [ostatnio strasznie dużo zajęć mamy w radośniki] pojechałam w trasę po rodzinie, bo dziadek z jednej strony obchodził imieniny, a babcia z drugiej-urodziny. W ramach prezentu przygotowałam burgery buraczane, które są co prawda trochę czaso- i pracochłonne, ale uwierzcie mi, że są WARTE tego sterczenia w kuchni ;) BOSKIE! Nieskromnie pochwalę się, że zrobiły furorę. Kiedy już się za nie zabieram, robię podwójną albo nawet potrójną porcję, a upieczone burgerki [albo kuleczki, zależy jaki mam humor ;)] zamrażam. I mam na zapas :) polecam takie rozwiązanie, bardzo ułatwia.

      Przepis oczywiście z puszeczki

      SKŁADNIKI:   10 - 15 SZT
      2 szkl. startych na grubszym "oczku" surowych buraków (nie trzeba odlewać soku) [ok. 250g buraczków- jak ktoś tak jak ja ma alergię na tarkę, polecam przepuścić je przez blender taki z kubeczkiem i nożami, food chopper czy jak to się tam fachowo nazywa..]

      1 i 1/2 szkl. ugotowanej kaszy jaglanej 

      1 szkl. uprażonego słonecznika 

      1/2 szkl. uprażonego sezamu 

      1/2 szkl. posiekanej cebuli 

      1/2 szkl. bułki tartej (można dodać więcej, gdyby się ciasto nie chciało kleić)

      1/4 szkl. oleju 

      4 łyżki mąki (może być pełnoziarnista) 

      3 łyżki posiekanej natki pietruszki 

      4 posiekane ząbki czosnku 

      1/4 łyżeczki pieprzu cayenne 

      sól do smaku

      PRZYGOTOWANIE:  

      Wszystko razem mieszamy, formujemy kotlety i pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 200 st. C na posmarowanym olejem papierze do pieczenia. 
      Pieczemy 35 minut, w połowie czasu przekręcając burgery na drugą stronę. Jeśli masa nie chce się kleić [lepiej się klei kiedy buraczki są tarte na tarce niż mordowane w blenderze], dodaję do niej jeszcze trochę wody i bułki tartej- i już jest elegancko. Upieczone burgery i tak mogą się trochę rozwalać- dobrze jest dać im wystygnąć zanim się podejmie manewry przenoszące. Można zaserwować klasycznie, na obiad z pyrkami albo frytkami i surówką- ale ja uwielbiam w domowych bułkach, z rukolą, czerwoną cebulą, papryką i ogórkiem kiszonym, okraszone sojonezem i keczupem.. Mrr..

      zdjęcie z puszka.pl

      Domowe bułki do burgerów

      Przepis z bloga http://mniammniamvege.blogspot.com/

      "Składniki:

      ¼ szklanki ciepłej wody

      45g drożdży

      ¼ szklanki cukru

      ¼ szklanki oleju roślinnego

      2 szklanki mleka sojowego

      2 łyżeczki soli

      5 – 6 szklanek mąki

      Przygotowanie:
      Drożdże rozpuścić w ciepłej wodzie i pozostaw na 10 min. Następnie, do drożdży dodaj cukier, olej oraz mleko. Dodaj sól i stopniowo dosypuj mąki, aż do momentu, gdy ciasto będzie gotowe do wyrabiania, ale niezbyt zbite. Wyrabiaj przez ok. 8 – 10 minut, aż masa stanie się elastyczna. Pozostaw do wyrośnięcia na ok. 15 min.Wyłóż ciasto i podziel je na ok. 12 kulek (jeśli chcesz uzyskać mniejsze bułki, wyrób ok. 20 kulek) i układaj je na blasze w odstępie ok. 3 cm. Przykryj bułki suchą ścierką i ustaw w nagrzanym miejscu (możesz delikatnie rozgrzać piekarnik, wyłączyć go i umieścić tam bułki). Pozostaw bułki do wyrośnięcia jeszcze na ok. 20 – 30 min lub do momentu, w którym odległość między bułkami zmniejszy się do ok. 0,5 cm.Rozgrzej piekarnik do ok. 200 st C i piecz ok. 15 – 20 min, aż zbrązowieją."

      Ja robię je z mieszanki mąki tortowej i pełnoziarnistej- wtedy wyrastają trochę niższe [ale to dobrze, bo łatwiej takiego burgera ogarnąć szczęką ;)]

      smakujmy!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „O straszliwych zakwasach i najlepszych burgerach!”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 października 2014 12:10

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa