Wpisy

  • piątek, 30 stycznia 2015
    • Po robocie, przy sobocie

      Chociaż tak naprawdę, jeszcze jestem w pracy. Ale zaraz się zwijam. Zjadłam właśnie pyszne, wczorajsze spaghetti bolognese z kaszą gryczaną i zieloną soczewicą [MMMM! pyszotka :D], poprawiłam fakturę, wysłałam wniosek i pakuję manatki. W przyszłym tygodniu szef zabiera mnie do Warszawy na odbiór- kolejna walka z urzędasami. Zaplanowałam sobie w związku z tym mały, dwudniowy urlopik- chciałam ściągnąć do stolicy Tomiego i młodego, który właśnie zaczyna ferie [szczęściarz!], na zwiedzenie Centrum Nauki Kopernik i Muzeum Powstania Warszawskiego- ale nie wiem jeszcze, czy plan się uda, bo nie wiadomo dokładnie kiedy będzie odbiór, czy Tomi będzie mógł się wyrwać z roboty etc, etc.. Także na razie chciałam tylko wstawić wierszyk, bardzo weekendowy:

      Piątek - srątek, stały wątek.

      A podobno to początek

      odpoczynku od roboty.

      Kto wymyślił te głupoty?!

      Fakt - nie muszę wstać po nocy.

      Do przedszkola i do pracy

      też jak co dzień gnać nie muszę.

      OOO! Uwaga bo się wzruszę!

      No mecyje nie z tej ziemi!

      Kto ma możność niech się leni!

      Ja na weekend listę zadań

      Od tygodnia już układam!

      I Mikołaj nic nie wskóra

      gdy na głowie zadań fura.

      Jak mi starczy dób w weekendzie

      może nawet relaks będzie:

      poprasuję, zrobię pranie

      a jak czasu mi zostanie

      wezmę książkę i poczytam.

      Nad nią zasnę jak zabita.

      Nie ma co się ekscytować!

      W ciepłym gdzieś głęboko schować,

      jakoś przetrwać, marząc skrycie

      jakie by to było życie

      gdyby człowiek miał na głowie

      tylko włosy i słomkowe

      kapelusze i na plaży

      cały weekend tyłek smażył

      w towarzystwie barwnych dryni

      myśląc o dupie Maryni.

       

      Wspaniały, nie? :) Pochodzi stąd o. I myślę, że doskonale opisuje to, co jest głównym problemem radośnika- za szybko mija..

      A dzisiaj trening!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Po robocie, przy sobocie”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      piątek, 30 stycznia 2015 16:15
  • wtorek, 27 stycznia 2015
    • O wegańskich oszukańcach [rozwiązanie zagadki]

      Na początku informuję, że na zdjęciu z poprzedniej notki na pomidorach rozpłaszczała się..

      HA!

      wegańska mozzarella.

      Zrobiona z ryżu [nie przeze mnie, a szkoda- chciałabym! Bo jest piesko droga]

      

      [zdjęcie ze strony http://blog.pixel-illusion.de/wp-content/uploads/2012/04/mozzarisella.jpg ]

      I właśnie chciałam coś w tym temacie skrobnąć.

      Bo tak- wiele osób to strasznie, nie wiem czemu, oburza. Wszystkożerców, wegetarian, wegan. Jak to, wegańska mozzarella? Wegański ser? Kotlet? Przecież to są jakieś podróby! Po co je tak nazywać, skoro chcemy [chcecie] odciąć się od "owoców" ludzkiego znęcania się nad zwierzętami?!

      A ja, kurka wodna, mam to w nosie. Nie nazwę kotleta z fasoli ulepcem, bo komuś się wydaje, że nazwa "kotlet" jest zarezerwowana dla mięsa. A kotlety jajeczne z barów mlecznych? Nazwa ma oddawać to, w jaki sposób się daną potrawę je, uprzedzać, czego się można spodziewać. Nie każdy weganin brzydzi się produktami odzwierzęcymi, i wcale nie uważam, że to mu jakoś umniejsza. Wręcz przeciwnie, łatwiej odmówić sobie czegoś, czego i tak się nie lubi, prawda? Ja na przykład mięsa bym nie zjadła, jajka i mleka też, ale brakuje mi czasami wędzonych ryb- łososia czy makreli. Ale nie cierpię z tego powodu niewypowiedzianych katuszy, nie umartwiam się, bo mam inne priorytety. Tak zdecydowałam i basta.

      Nikt też nie mówił, że każdy weganin ma się zdrowo odżywiać. Wbrew pozorom, to nie jest sposób jedzenia który zapewni utrzymanie doskonałej sylwetki i idealnych wyników badań. Jeśli ktoś tak myśli, to chyba nie przeglądał wegańskich stron z przepisami ;) potrawy smażone i marynowane, ciasta, torty i ciasteczka, "junk food", kremy, zasmażki, miliardy kalorii, żywność przetworzona bardziej lub mniej. I chociaż ja generalnie trzymam się tej nieprzetworzonej, to znaczy lubię sama zrobić potrawę od A do Z [czyli barszcz na własnym bulionie i zakwasie, burgery do których sama robię "wkładkę", sos i bułki], to czasami, głównie z ciekawości, sięgam po takie kontrowersyjne gotowce. Chociaż są oszukane, przetworzone, niezdrowe, cholernie drogie i najczęściej po prostu niesmaczne ;)

      Bo na przykład ciekawa jestem, jak smakuje wegański bekon.

      Odpowiedź: jest paskudny, nie kupuj tego. Smakuje jak mokra tektura ;)

      i tak też wygląda. Oszczędziłam Ci właśnie kupę kasy.

      Lepiej wypadł wegański ser, który miał udawać pleśniowy

      Nie smakował kompletnie jak pleśniowy, ale miał fajną konsystencję- soliłam go i wrzucałam do sałatki, po posypaniu z ziołami prowansalskimi robił za fetę ;)

      idealnie z grzankami z koperkiem i margaryną.

      Wegańską, oczywiście ;)

      Nie mam uwag, pyszny, maślany smak, dobra do pieczenia. Dziękuję. Szkoda, że za 7pln..

      Podobnie intrygujące były dla mnie wegańskie filety rybne [co za absurd ;)]

      Lepiej niż tekturowy bekon, ale naprawdę, szału nie ma. Nie warto za taką kupę forsy.

      Jednym z najlepszych odkryć jest jednak wegański ser żółty Violife, wersja smakowa Cheddar

      Kupuję go w kostce [jest też w plastrach] i kroję na cienkie plasterki obieraczką do warzyw, wtedy starcza na dłużej ;))

      Robi robotę na kanapkach, na zapiekankach dodany pod koniec pieczenia też wychodzi nieźle

      [tak, pod spodem wegański bekon ;))]

      Odkryciem życia jest póki co sojonez, czyli majonez bez jajek. Pisałam o nim w notce o wegilii. Jest genialny, pasuje do wszystkiego i dodaje życiu kolorytu, ale ma dwa istotne minusy: potrzeba do niego mleka Alpro Unsweetened, które kosztuje 9pln/kartonik, i jest TAK TŁUSTY, że wystarczy, że na niego patrzę, i czuję, że muszę iść na siłownię.

      Ale po doprawieniu i zrobieniu sosu czosnkowego do naleśników z farszem szpinakowo-pieczarkowo-suszonopomidorowym....

      mmmm....

      Smalczyk roślinny Smakowita Pajda to już chyba wszyscy znają. Kupuję go kiedy potrzebuję wegański smalec [tak, tak!], ale nie chce mi się go robić [to znaczy, nie mam czasu oczywiście ;)]

      A i tak większość z tych rzeczy kupuję do mężowskich kanapek ;)

      widać tu jeszcze wegańską kiełbasę, była dość spoko, ale wyszła drożej niż powszechnie dostępna w marektach, niepokojąco mielonkowata mielonka sojowa

      która to jest bombowa pod musztardą i kiszonym ogóreczkiem, ah.

      Takie to są dziwy które niektórzy jedzą [i ktoś to produkuje][chociaż to jest pikuś, jadłam TAKIE COŚ, że szok w kaloszach- tylko muszę znaleźć zdjęcie]. Wszystkie te rzeczy traktuję zdecydowanie jako "gadżety", żaden z nich nie jest mi tak naprawdę konieczny. W większości to są produkty, których po spróbowaniu więcej nie kupię. Ale rozumiem, że komuś to może smakować, i spoko- ja jednak wolę domowe wyroby, takie jak sojonez, pasty i smalec ;) podejrzewam, że to na podstawie cen tych fanaberii ludzie myślą, że weganizm to droga dieta, chociaż jest zupełnie odwrotnie. Kto myśli, że dodanie do zupy mięsa obniża jej cenę?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „O wegańskich oszukańcach [rozwiązanie zagadki]”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 stycznia 2015 23:00
  • wtorek, 20 stycznia 2015
    • Prószu prósz..

      ano, przysypało dzisiaj troszeńkę! Oczywiście, zeszły tydzień był piękny, więc w weekend umyłam rower z zamiarem nasmarowania go i kontynuowania, jak to się mówi, czalendżu. Otóż dupa! I spadł śnieg. Plus jest taki, że w sobotę zdążyłam przynajmniej udać się z mężem i motkiem na pole zrobić kilka kółek, coby odrdzewieć. Dobrze mi to zrobiło, chociaż na początku próbowałam zmieniać biegi dźwignią tylnego hamulca [...], a na torze glebnęłam dwa razy TAK, że całe uda mam w siniakach, i to takich wielkości prawie dłoni każdy jeden. Wyglądam więc troszkę jak ofiara przemocy domowej, ale przynajmniej biegi zmieniam [czasami].

      Drugi plus jest taki, że mogę zaprezentować całemu światu moje absolutnie KOZACKIE odzienie zimowe, które sprawił mi szanowny Pan Mąż z okazji urodzin [dziękuję, dziękuję ;)], kiedy to było jeszcze ciepło [chociaż była połowa stycznia].

      Jeśli więc zobaczycie na mieście stworzenie z włochatym irokezem na głowie i małymi króliczkami nadzianymi na ręce, to będę JA.

      Tylko, że futerko oczywiście nie jest z królików. Jest z plastikowych królików <3

       

      Rękawiczki są boskie. Tylko trochę trudno nimi znaleźć klucze w torebce.. No i kiedy prowadzi się samochód, przy skręcaniu kierownicą włączają się kierunkowskazy i wycieraczki ;)

      A więc wydało się, że miałam w tak zwanym międzyczasie urodziny. Ano, miałam. I było świetnie :) w dzień urodzin Tomi rozpieścił mnie kolacją w Avocado- ja zjadłam sobie faszerowane pieczarki [oddajmy sprawiedliwość- spodziewałam się pieczarek w formacie portobello, dostałam dwa takie zwykłych gabarytów kapelusze. Ale na górze pysznego ryżu polanego pysznym sosem warzywnym z pysznymi surówkami, więc objadłam się jak sołtys w dożynki mimo, że pieczarki były dwie.] a on burgera jaglanego, którym chyba się nawet najadł, bo nie dopychał w domu kiełbasą ;)

      A w sobotę zabrał mnie do klubu [szok!], gdzie miałam NIESPODZIANKĘ w postaci paczki znajomych, których się KOMPLETNIE nie spodziewałam! Zabawa była przednia, atmosfera wspaniała, tylko jedzenia brakowało ;) 

      Skoro o jedzeniu mowa... :>

      kto zgadnie co jest na pomidorkach, obok kotlecików z soczewicy i ziemniaczków faszerowanych porem? :>

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Prószu prósz..”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 20 stycznia 2015 19:56
  • poniedziałek, 12 stycznia 2015
    • zgodnie z nagłówkiem

      Wstałam sobie dziś troszkę po szóstej rano. Ogarnęłam, przyodziałam, i pomaszerowałam dziarsko w kierunku sklepu. Cel- bułki dla Pana Męża. Ledwie wyszłam za furtkę osiedla, kiedy dopadła mnie rzeczywistość. Nagle cały świat się zachwiał, ja utraciłam dosłownie grunt pod nogami, serce zaczęło walić jak oszalałe! Co się dzieje?!

      Ano nic, ślizgawka.

      A ja założyłam moje najbardziej śliskie buty, piętnastoletnie [15!!] trapery, jeszcze po mamusi.

      Drogę do- i ze- sklepu pokonałam dostojnym krokiem pingwina

      bo oczywiście nie chciało mi się wracać do domu zmienić buty. Droga zajęła mi dwadzieścia minut. Ale przynajmniej wszystkie kości mam całe ;)

      W pracy trochę zamieszanie, szef się przepycha z ZUSem w sprawie odbiorów, a ja się przepycham z Szydłowcem o fakturę, na której suma jest o jeden [1!] grosz [GROSZ!] brutto wyższa niż na umowie. Co ja poradzę na to, że program do faktur najwyraźniej ma inną technikę zaokrąglania niż excel, w którym robimy oferty? Eeech, papierologia.

      Zjadłam dziś ostatniego ze sporządzonych ostatnio gołąbków- zaszalałam i zrobiłam cały gar, jedliśmy je trzy dni a jednego na próbę wsadziłam w słoik i zapasteryzowałam. Zobaczymy co z niego będzie za kilka miesięcy.. Jak już się porywam i robię tak czasochłonne danie, mogę od razu zrobić na zapas i zakonserwować :) słoik o tyle lepszy, że nie mam za bardzo miejsca w zamrażalniku..

      wyglądają niepozornie, ale są oczywiście wegańskie :) farsz zrobiłam na bazie przepisu na pasztet z Jadłonomii, dodałam trochę warzyw, i wyszły pyszne. Tylko kapustę jednak następnym razem wezmę zwykłą- smakuje nam bardziej niż włoska.

      Farsz do gołąbków:

      200g zielonej soczewicy

      100g kaszy jaglanej

      2 cebule

      2 goździki, 2 ziela angielskie, 2 liście laurowe, 2 kulki jałowca

      2 marchewki

      kilka pieczarek

      sos sojowy

      majeranek, cząber/zioła prowansalskie

      sól, pieprz

       

      i teraz lecimy: soczewicę trzeba ugotować, jaglankę też [gotuję tak, że suche ziarenka zalewam dwa razy większą porcją wody, doprowadzam do wrzenia, zmniejszam moc tak żeby tylko pyrkało i gotuję pod przykryciem aż woda się wchłonie. Nie mieszam!]. Cebulę posiekać,  na patelni rozgrzać troszkę oleju. Wrzucić na olej goździki, ziela, liście i jałowiec, posmażyć chwilkę, wrzucić cebulkę i dusić na niedużym ogniu [żeby się nie zjarała, tylko zeszkliła]. Kiedy będzie gotowa, wyrzucić przyprawy z patelni a cebulkę dodać do ugotowanej kaszy i soczewicy. Całość zblendować, doprawić 3 łyżkami sosu sojowego, łyżeczką majeranku, połową łyżeczki cząbru/ziół prowansalskich, łyżeczką pieprzu i dwiema łyżeczkami soli [takie proporcje są u mnie- mniej więcej]. 

      Pieczarki pokroić w kostkę i poddusić na patelni, marchewkę zetrzeć. Dodać jedne i drugie do masy soczewicowej, wymieszać. Et voila! To, co mi zostało po faszerowaniu gołąbków użyłam w formie pasty na kanapki :) Wsadzać w kapustkę, zawijać, dusić 20-30min [zależy od kapusty]. Smakówka!

      I teraz w temacie- robiłam przegląd menażerii, ta panienka trochę się wkurzała, że jej gmeram w terrarium. Zdecydowanie nie mi casa es su casa!

      no ale śliczna jest, a ślicznym się więcej wybacza ;)

      ej, dzisiaj jedziemy na siłownię na trening organizowany przed EnduroES! Świetnie, może uda się wykorzystać te nasze nieszczęsne karnety do Calypso [fatalna siłka]

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „zgodnie z nagłówkiem”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 12 stycznia 2015 16:05
  • piątek, 09 stycznia 2015
    • pomieszanie z poplątaniem

      niby miałam nie narzekać, ale ta pogoda mogłaby się ogarnąć. Na zmianę chowam i wyciągam: grube zimowe ciuchy z kanapy, rower z piwnicy, ocieplone pluszem kozaczki. Oszaleć można. Raz idzie się na spacer z psem i trzeba być czujnym żeby się nie poślizgnąć na lodzie, kilka godzin później trzeba być czujnym żeby się nie poślizgnąć w błocie. Ech, ech. Jeżeli mam być szczera, to wolę zamiast tego misz-maszu mróz, śnieg i słońce. O!

      Galop z kijaszkiem z pysku

      Przynajmniej pompony jednostajnie pompują. Korzystają z dobrodziejstwa, jakim są domowej rzeźby kulki z ziaren pozlepiane olejem kokosowym. Nieskromnie napomknę, że kupne kulki wywieszone przez konkurencję [sąsiadkę ;)] są ignorowane totalnie, dopóki MÓJ paśnik wisi.

      Wiedzą, co dobre ;)

      żeby kusić pompony, trzeba się zaopatrzyć w różnorakie ziarenka- można kupić gotową mieszankę [nawet w marketach budowlanych widziałam] tudzież pomieszać różne ziarenka: rozdrobnione orzechy i pestki [słonecznik, sezam, siemię], kasze i inne paproszki. Oczywiście solone orzeszki się nie nadają! Sól potrafi być dla fruwających ziomków zabójcza.

      Wrzucamy paproszki do miski, i dodajemy olej kokosowy- łyżką, bo w temperaturze pokojowej ma postać stałą. Kupimy go np. w carrefourze na dziale kuchni orientalnej, w takim plastikowym słoiku- za 500ml kosztuje ok. 14pln; jeśli jest droższy, to znaczy, że jest nierafinowany albo eko- nie musi taki być dla ptaków, ale jak ktoś już się potyka o forsę i nie wie co z nią zrobić, to nie zabraniam kupować ;) Olej mieszamy z ziarenkami, mają być ze sobą zlepione, tyle wystarczy. Nakładamy na łapkę worek foliowy i nabieramy odpowiednią ilość masy, lepimy kulkę i w tymże worku wkładamy na trochę do lodówki. Kiedy kulka stwardnieje, wsadzamy ją w skarpetkę [np. po pomarańczach, czosnku czy cebuli], zawiązujemy sznureczek i voila!

      dostrzegłam w ogóle postęp, bo tak jak wcześniej pompony strasznie walczyły o kulkę i ganiały się aż pióra fruwały, tak teraz już chyba się znają, i nie robią awantur. Jedzą sobie kulkę w pokoju, jednocześnie, nawet wespół z samotną modraszką!

      magia jedzenia cruelty-free <3

      W ogóle, to ta modraszka jest śliczna. Wygląda prawie jak raniuszek, sama puszystość!

      Od przyszłego tygodnia wracam w normalne tryby pracy. W tym tygodniu aż do wczoraj pracowałam z domu, czyli byłam najgorszym pracownikiem miesiąca.. Ale za to posprzątałam na regale i w szafkach kuchennych, między innymi w budzącej grozę kopalni przypraw. Czyli nie jest źle.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „pomieszanie z poplątaniem”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      piątek, 09 stycznia 2015 14:16
  • niedziela, 04 stycznia 2015
    • khe, khe!

      znowu się przykurzyłam, przepraszam. To chyba jakiś kryzys zimowy [zresztą, zima też ma chyba kryzys- z wczorajszego spaceru z Lolą przyniosłam do domu gałązkę wierzby..z pączkami. Nie takimi z lukrem, tylko takimi normalnymi, z wiosną w środku]

      A w międzyczasie, święta święta i po, jak co roku, wiadomka. Wigilię tym razem spędziliśmy sami, w doborowym towarzystwie ;) I, co zdziwiło mnie najbardziej, w opcji vegan! Prawdziwa wegilia. Mąż mój zrobił zakupy na bigos i nie uwzględnił żadnych elementów zwierzęcych, co jak na niego jest mocno niesamowite- zazwyczaj bigos w jego wykonaniu miał więcej boczku i kiełbasy niż kapusty. Także kiedy tym razem oznajmił mi, że zamierza zrobić bigos bez mięsa, musiałam się otrząsnąć z szoku. Wyszedł pyszny! Co prawda nie dostałam pozwolenia na wrzucenie marynowanego tofu, ale nie wszystko na raz ;)

      A tak wyglądał nasz wegilijny stół:

      Jest oczywiście bigos [z grzybkami i wędzonymi śliwkami, mhmm], sałatka jarzynowa z pysznym SOJONEZEM

      [robię go zawsze wg przepisu Surri z bloga Połykaj z Surri- niestety, trzeba się wykosztować 9pln na napój Alpro Unsweetened, ale od święta można zaszaleć ;) od kiedy mam nowy blender, sojonez wychodzi idealny, gęsty, sztywny aż łyżka stoi. Ważna jest duża moc blendera, ale podobno też temperatura składników- muszą być schłodzone. Kiedy mój mąż dowiedział się, że w majonezie jest tylko 2,6% jajek stwierdził, że on by to olał- pewnie można, ale trzeba być konsekwentnym ;)]

      Seleryba w galarecie z agaru

      i w jarzynkach po grecku

      Sama seleryba to genialna sprawa. Przepis na nią pochodzi z bloga Jadłonomia i robi furorę wśród wegusów- seler po przyrządzeniu ma to do siebie, że znika jego selerowy smak [który ja osobiście uwielbiam, ale wiem, że dla wielu ludzi jest nie do zniesienia],a zostaje ciekawa faktura. Rybny posmak daje sos sojowy i glony nori- takie zielone płaty używane do zawijania sushi. Jak się je kupuje w markecie to są dość drogie, ale ponieważ ja mam ich ostatnio duże zużycie [tęsknię za rybami, co tu ściemniać], kupiłam na allegro paczkę 50 arkuszy [i przy okazji 1l najlepszego sosu sojowego- Kikkoman], i w ten sposób dużo zaoszczędziłam.

      Acha, selerybę zamiast smażyć upiekłam w piekarniku- i dodatkowo obsypałam je przed pieczeniem przyprawą do ryb Kamisa]

      Obowiązkowe pierogi z kapustą i grzybami- farsz autorstwa pana męża, jak zawsze przepyszny, musiałam się mocno pilnować żeby nie wyżreć całego przy sklejaniu pierogów :D Barszczyk, oczywiście postny, na bulionie z warzyw, buraczkach, z domowym zakwasem- taki prawdziwy od deski do deski. No i na deser coś słodkiego- prościutkie czekoladowe ciasto z Puszki, na życzenie Tomka- murzynek vel cygan. Przepis jest na tyle dobry, że ląduje na stałe w moim zeszycie przepisowym. Do ciasta dodałam posiekane pół tabliczki gorzkiej czekolady, i polałam je polewą czekoladową wg przepisu z komentarza: "Całość oblałam polewą z rozpuszczonej 1/2 tabliczki gorzkiej czekolady, 2 łyżek kakao, 2 łyżek cukru, 2 łyżek wody i 2 łyżek oleju". Wyszło słodkie, mocno czekoladowe, rozpusta po całości.

      Zaliczyliśmy też małe spotkania rodzinne połączone z prezentacją zdjęć które mój ojciec przywiózł z Indii, otrzymaliśmy prezenty [w moim przypadku- m. in. pluszowa świnka i pluszowy brokuł od Tomiego :* oraz "Pan Mercedes" Kinga od babci-już przeczytany ;)] i po świętach.

      Później miałam też trochę laby, bo ojciec dyrektor pojechał na odbiory- do Szydłowca i Warszawy, a ja zostałam z poleceniem zrobienia aranżacji biura i ogarnięcia kilku przetargów. Kiedy pracuję z domu moja wydajność leci okropnie, ciężko mi się zebrać do pracy i obijam się że aż wstyd. Na przykład zamiast wyceniać ladę recepcyjną z falistym frontem i nadstawką ze szkła lacobel, odmrażam sobie roślinne burgery..

      dramat, dramat. Pewnie dlatego nie dostałam premii świątecznej. Ale za to mam nowy blender ;)

      Później impreza sylwestrowa u nas- z sąsiadami z bloku, sąsiadami z bloku obok i sąsiadami z poprzedniej dzielnicy-czyli po sąsiedzku. Lola, która ma to szczęście że petardy jej nie ruszają, balowała razem z nami- nie podobały jej się tylko tutki do trąbienia

      Oddawaj ten hałasujący badziew

      gupie człowieki.

      [proszę zwrócić uwagę na karnawałową obrożę]

      Pierwszy dzień nowego roku przywitał nas diametralną zmianą pogody- mianowicie zniknął śnieg [jak jeszcze oglądaliśmy o północy fajerwerki z ogrodu, przysięgam, że było biało!]. A co będzie dalej, to już zależy od nas :)

      Wszystkiego zielonego w nowym!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „khe, khe!”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      niedziela, 04 stycznia 2015 14:20
  • środa, 17 grudnia 2014
    • Wiosna, ach, to ty? [burgery z bakłażana]

      Pogoda szaleje. Przeprosiłam się z rowerkiem, na którym pomykam dzielnie do i z pracy, i gdyby nie to, że o szesnastej robi się już ciemno jak w nosie, można by pomyśleć, że jest kwiecień..

      A kilka tygodni temu wszystko było jak polukrowane!

      Loli nic nie zniechęci do zakłócania spokoju polnych myszy.

      tylko nasz ogrodowy krzaczek nie mógł się zdecydować- zima, wiosna?

      trzeba korzystać ze słonka ile wlezie i ładować akumulatory witaminką D :)

      Korzystając z ochłodzenia klimatu, zaczęłam nadmiar jedzenia wywalać z lodówki do ogrodu. Stało się tak m. in. z trzema zakupionymi okazyjnie bakłażanami [jak zobaczyłam je w sklepie, kupiłam bez namysłu- w końcu niedługo może już ich nie być! YOLO! :]]. Leżały sobie na huśtawce ze dwa tygodnie, przechodząc kolejne procesy zamrażania, rozmrażania, zamrażania, rozmrażania.. Trochę się o nie martwiłam, ale z drugiej strony już bałam się zabrać je z ogrodu i przeżyć rozczarowanie tym, że tak się z nich cieszyłam i dałam im zmarnieć- nie wiem, może myślałam, że same w końcu znikną czy coś ;) ale pewnego dnia się odważyłam. Zabrałam trzy zmrożone na kość oberżyny z huśtawki, rozmroziłam na parze i zrobiłam z nich coś, co jest dla mnie idealną formą bakłażana- kotleciki.

      A robi się je tak:

      Na patelce trzeba podsmażyć posiekaną cebulę, dodać posiekane na drobne kawałki bakłażany [ze dwa, powiedzmy, takie nie za duże- ok 600g w sumie]. Ja warzywa rozdrabniam taką siekającą przystawką do blendera, ale można jak zwierzę, nożem ;) bakłażany po podduszeniu na patelce i tak się trochę bardziej rozwalą.

      W każdym razie, bakłażany i cebulkę trzeba dusić aż te drugie zmiękną; dodać do całości pokrojone suszone pomidory [opcja, ale jakże smaczna!], i doprawić- bakłażan musi mieć sporo soli, i duużoo suszonej bazylii- bez tego ani rusz! Jak spróbujesz masy i stwierdzisz, że jest dziwna, to znaczy, że trzeba jeszcze przyprawić. Musi być bosko ;) pieprznąć też oczywiście trzeba.

      Kiedy bakłażan nam się udusi, tzn. rozmięknie i rozleci, a nadmiar wody odparuje i masa zacznie przywierać, zawartość patelki przerzucamy do miski, gdzie traktujemy blenderem. Teraz trzeba zagęścić- ja robię to błyskawicznymi płatkami owsianymi, można mąką, można bułką tartą. Po zagęszczeniu znowu skosztować i doprawić. Następnie lepimy z masy [mokrymi dłońmi] prawilne placki i wrzucamy na blaszkę do pieczenia [i papier do pieczenia, można trochę posmarować olejem- u mnie kozacka silikonowa mata z Biedronki ;)]

      i pieczemy. Tak z 30-40min, w 180-200 stopniach [co piekarnik to obyczaj]. W mniej więcej połowie trzeba kotleciki przerzucić na drugą stronę. Mogą się trochę rozpadać. Masa kotlecikowa sprawdzi się również dobrze w formie farszu do pierogów albo naleśników, ja ją wyjadam nawet łyżką jak nikt nie widzi ;)

      Prawda, że wygląda bardzo niezdrowo? A to 100% warzywa :D szkoda, że kotlety nie są fioletowe..


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Wiosna, ach, to ty? [burgery z bakłażana]”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 17 grudnia 2014 16:10
  • poniedziałek, 15 grudnia 2014
    • łupu cupu

      trochę mi dziś dudni w głowie, ale było warto! Zaliczyliśmy wczoraj z panem Mężem koncercik Grubsona w Gdyni. Miał być również Jamal, ale cóż, pochorowali się czy coś. W każdym razie dobrze, że parchy nie zawiodły! Klubik niewielki, bardziej pusty niż pełny, średnia wieku publiczności to jakieś 19 lat [czułam, jak mi rosną siwe włosy], ale była MOC, krzyki, skakanie, śpiewanie, pozytywny przekaz i radosna impreza! Nawet tata który przyszedł z córką [serio] i stał w pierwszym rzędzie początkowo z bardzo nieszczęśliwą miną, po kilku kawałkach machał rękoma i nawet dostał piąteczkę od Grubsona. Ale grunt, że Tomi, początkowo nastawiony niezbyt optymistycznie [możemy już iść do domu?] się rozbujał i dzisiaj stwierdził, że bardzo mu się podobało :) 

      W sobotę zaliczyłam dla odmiany charytatywny maraton zumby w Gdańsku, po trzech godzinach już ledwo miałam siłę się ruszać, ale przynajmniej wytańcowałam się na jakiś czas. A to dobrze, bo skończył nam się karnet na siłkę i nie będziemy go przedłużać, bo wybieramy się do nowego klubu- ale dopiero od początku stycznia. Także mam przerwę od zumbowania na jakiś czas.

      Geczuki mnożą się na potęgę, mam aktualnie na stanie 12 glutów.. i nie bardzo co z nimi zrobić, bo przecież pocztą ich nie wyślę, za zimno. Także siedzą sobie w pudełku po preclach z biedronki, jedzą wylęg świerszcza i gerberek bananowy, i czikają. No bo jak się nie ma co robić, to się czika, prawda.

      W zeszły piątek wybrałam się do roboty świeżo odebranym z serwisu rowerkiem, aż tu przyszła Aleksandra. Co prawda oszczędzono mi huraganu, ale już zlodowacenie miało miejsce. Jechałam spięta jak nie powiem co, wizja gleby mnie po prostu sparaliżowała. Chyba muszę na jakiś czas rower odwiesić na kołek.. :(

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „łupu cupu”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 grudnia 2014 16:11
  • wtorek, 09 grudnia 2014
    • Mistrzostwa Świata SuperEnduro

      Dopiero się jakoś wygrzebałam, bo po dwutygodniowej nieobecności wrócił mój ojciec-dyrektor, więc ciągle jestem jeszcze w lekkim szoku. Chory. Ładnie! Jakbym ja wróciła po takim urlopie CHORA, to... a nie, zapomniałam, że beze mnie ta firma by upadła ;)

      Chciałam skrobnąć parę słów o mistrzostwach super enduro, które odbyły się w zeszłą sobotę w Ergo Arenie.

      O G I E Ń ! ! !

      Już.

      Przyjechaliśmy na miejsce na 9, bo Tomi wygrał w konkursie zaszczyt pełnienia funkcji flagowego. Dostał kamizelkę i chodził po torze z ważną miną, w towarzystwie podobnych jemu szczęśliwców, a wokół kręcili się zawodnicy, mechanicy, szychy, szyszki i szyszeczki. A ja przyczajona przy ziemi pomykałam, starając się uniknąć spojrzenia ochrony, która wypatrzywszy mnie, bez-kamizelkowca, niechybnie dokonałaby eksmisji.

      Zjawił się przewodniczący FIM, sędzia i jeden z organizatorów, i rozkazano zebrać się wszystkim flagowym na, cytuję, "briefing". Czyli króciutką konferencję, przekładając na nasz. I co? Okazało się, że jednego flagowego brakuje! I co? No wiadomo :D ktoś poganiany gniewnymi okrzykami organizatorów wcisnął mi chorągiewkę, dostałam kamizelkę i pytanie: chcesz machać flagą? No BA! :D

      Tym sposobem dostałam się do teamu. Zostałam ustawiona przy torze, wyjaśniono ocb [machać flagą kiedy zawodnik się przewróci, żeby inni w niego nie wjechali] i heja. Wprawiłam się na treningach, później trochę przerwy, i zawody..

      Było rewelacyjnie! Co prawda nie mogłam sobie spokojnie oglądać zawodów, tylko patrzeć pilnie na tor za moją przeszkodą, ale przynajmniej z mojej pozycji było widać najlepsze hopki i czasami coś mi wpadło w oko [nie tylko błoto]. Tomi miał trochę gorzej, bo jemu trafiły się baseny- nie dość, że był później cały w błocie, to widział tor z boku i miał trochę gorzej.

      moja przeszkoda

      tacy zawodnicy raczej się nie wywalali na oponkach


      najlepsi flagowi ;)

      w gotowości. nie ma to tamto!

      Jak się skończyły mistrzostwa? Co za pytanie ;)

      Pierwsze miejsce zajął nasz krajan, Tadeusz Błażusiak. Koleś jest niesamowity, w jednym z biegów na samym początku zaliczył kolizję [z Jonnym Walkerem] i był ostatni, a i tak w ciągu sześciu minut wszystkich łyknął i wygrał!

      Polecam obejrzeć sobie, jak to wyglądało.

      atmosfera nieziemska, świetna impreza, wyścigi na najwyższym poziomie. Następne zawody w styczniu, w Berlinie.. trzeba obczaić PolskiegoBusa ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Mistrzostwa Świata SuperEnduro”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 09 grudnia 2014 15:36
  • czwartek, 04 grudnia 2014
    • się dzieje się

      ooj tak. dziś czwartek, w niedzielę po dwóch tygodniach nieobecności wraca SZEF. Oczywiście, zaplanowałam sobie na okres jego nieobecności bazylion rzeczy do ogarnięcia- udało mi się jeno ugotować kapustę pekińską z pieczarami w sosie sojowym. Eeh. ale za to wybrałam ładne tapety i farby do lokalu, jest progress :) no, i jutro też jest dzień, może chociaż paznokcie pomaluję.

      Straszliwie się dziś zrobiło, rano wyszłam z domu w celu zawiezienia na budowę kołków i klucza nasadowego [cokolwiek], i ledwie przekroczyłam próg mieszkania, prawie fiknęłam orła. Takiego rannego orła. Udało mi się jakoś dopełznąć na trawnik, i tak przeżyłam. Póki szefa nie ma, bujam się jego kozackim prawie SUVem z nowymi zimowymi kapciuszkami, i uwierzcie mi, serio- nic to nie dało. Musiałam mieć niezłą minę kiedy biała fura w leasingu lotem ślizgowym z wyjącym ABS-em nieubłaganie szurała w kierunku muru.. Na szczęście obeszło się bez katastrofy. Tfu tfu, bo auto stoi na parkingu, zawsze może mi w nie ktoś przydzwonić.. tfu TFU TFU!

      Jakby ktoś nie wierzył, mam nawet dowód na to, jak na osiedlu pięciu mostów wjeżdża się do garażu [film jest bokiem, można przekręcić komputer ;)]

      prawda, że wypas? :D

      A tak to co. Siedzę sobie w moim nowym biurze, czyli salonie, przed kompem, a na kolanach burczy mi koteł.

      Ano tak, koteł.

      Mówiłam, że się dzieje?

      O, zrzucił myszkę na podłogę, belzebub jeden.

      Taki to koteł jest.

      Sąsiad go nam przyniósł. Znalazł na podwórku w te mega mrozy [-7 stopni, będę te mega mrozy wspominać ciepło kiedy będzie -20 ;)], kot ewidentnie oswojony, kuwetujący elegancko, przytulas i mruczyciel, chociaż już się rozbujał i poluje na przykład na twarze czy plecy. Bydlaczek. Tak czy siak, nie pomieszka u nas, bo T. ciągle jest alergikiem [nie, nie przeszło mu..], więc szukamy mu chaty. O właśnie, do teścia miałam zadzwonić, on coś mówił że kota by chciał..

      A jak się na nowe towarzystwo zapatruje Lola? Nijak, entuzjazm został zgaszony przez przerażonego koteła który na widok radosnej amstaffki błyskawicznie zamieniał się w syczący wycior do butelek. Psica nie ryzykując stwierdziła, że lepiej się trzymać na dystans. Obecnie koteł już trochę się przyzwyczaił do obecności kudłatego potwora, i nawet sam nieśmiało zaczepia Luśkę pacając ją łapką. Urocze.

      Obiekt monitorowany [i ten wyraz niepewności na psiej mordzie.. bezcenne]

      A co tam za oknem? Ano, szał pomponów, czyli bez zmian. Aczkolwiek udało mi się uchwycić niecodziennego gościa- w stadzie bogatek trafiła się modraszka!

      a w taką szarą pogodę najlepsze są kolorowe kanapki

      A, zapomniałam, że w zeszłym tygodniu byłam na konferencji oczywiście, tej organizowanej przez SWPS i Otwarte Klatki na Hipodromie [o, ironio losu!]

      Sama konferencja była ciekawa. Dużo krótkich i zwięzłych mini-wykładzików, o psychologii ludzkiej i zwierzęcej, o socjologii, o empatii, o zagadnieniach prawnych i wychowawczych. Na koniec panel dyskusyjny, mało osób zostało ale warto było posłuchać. I zjeść pyszną, wegańską szarlotkę ;) liczę na więcej takich inicjatyw, na samej konferencji zgłosiłam się do OK potwierdzić moją gotowość do pomocy przy organizacji czegokolwiek [bo najwyraźniej moje zgłoszenie mailowe gdzieś umknęło- i ominęła mnie, na przykład, akcja związana z Dniem Bez Futra. Szkoda, bo dostałam od Vivy ulotki]. 

      Radośnik zaś zapowiada się ciekawie, bo w sobotę cały dzień spędzimy na Ergo Arenie na treningach i samych zawodach MISTRZOSTW ŚWIATA ENDURO! Fantastycznie, nie mogę się doczekać, zwłaszcza, że warunki atmosferyczne sprawiły, że już właściwie pożegnałam się z jeżdżeniem na motku w tym sezonie, chlip..

      No, to tyle w sobotę, a w niedzielę od 13 do 15 w VeganBurgerze we Wrzeszczu na Jesionowej odbędzie się KUCHNIA SPOŁECZNA! O co biega? Już spieszę z cytatem:

      "Zaskakująca i nieobliczalna Kuchnia Społeczna Trójmiasto tym razem we ⓋⓋrzeszczu, konkretnie Górnym, konkretniej na Jesionowej 17 w vb #veganburgers
      Czemu tak? Czemu nie? Inne Kuchnie Społeczne odbywają się w lokalach gastronomicznych, więc spróbujemy i my. Oprócz zwyczajowych atrakcji kuchenno-społecznych jest też atrakcja nadzwyczajna, czyli obecność spiritus movens tej edycji - wegańskiej dietetyczki Weroniki Szarafin, która odpowie na wszystkie pytania. A przynajmniej będzie je komu zadać :)
      Przy okazji tego spotkania będziemy też zbierać ciepłe ubrania, które zostaną rozdane potrzebującym podczas najbliższej edycji Food Not Bombs - Gdańsk. Przewietrzcie szafy!
      Zasady takie jak zawsze: wegańska* potrawa albo 15zł. Uzbierane środki przeznaczamy tym na razem na Pomorską Bibliotekę Wolnościową, której otwarcie wkrótce . Szczegóły też wkrótce :)
      Prosimy o zabranie z sobą własnych sztućców i talerzy w miarę możliwości.
      Startujemy wyjątkowo o 13:00!
      Do zobaczenia!
      * z produktów pochodzenia roślinnego (bez nabiału, jaj, miodu, ryb)"

      Oby się udało wybrać, planuję upichcić ...a, nie powiem co ;) pokażę ;)

      A, w ogóle cholerka. Mam na balkonie kupione z tydzień temu trzy bakłażany. ciekawe, jak przetrwały mrozy.. Chyba muszę je ocalić. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „się dzieje się”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      czwartek, 04 grudnia 2014 16:16

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa