Wpisy

  • środa, 27 sierpnia 2014
    • STRASZNE!

      Mój mąż wybrał się dziś na spacer do lasu. I przysłał mi zdjęcie siatki pełnej GRZYBÓW. To jak metaforyczne sypnięcie garści ziemi na trumnę z napisem LATO.. Wciąż myślę o tych sandałkach, krótkich spodenkach i bluzeczkach które ledwo wyciągnęłam z czeluści kanapy.. [dzisiaj wypranej] i nie założyłam ich ANI RAZU. Co za oszukaństwo! Przy życiu trzyma mnie wizja wakacji last-minute po sezonie, na które planujemy się wybrać, tylko ceny coś nie chcą spaść :/ zobaczymy jak się ułoży..

      A tymczasem, cały wczorajszy dzień spędziłam w Kościerzynie-meblujemy tam ostatni z inkubatorów, i okazało się że brakuje dwóch stelaży do stołów konferencyjnych. Normalka, zawsze coś.

      Moja rozmowa o podwyżce nie przyniosła oczekiwanego skutku. Ojciec dyrektor stwierdził, że woli system niskie wynagrodzenie+premie, czyli dupa blada. Ale czeka nas jeszcze o rozmowa o zmianach w firmie, bo koleżanka matka od 1 września zaczyna nową pracę- na stanowisku nauczycielki angielskiego w podstawówce w Cedrach Wielkich.. więc zostanę jedynym pracownikiem. Ahm.

      Kiedy jest zimno, mam gastrofazę. Idę sobie ugotować makaron [z pietruszkowym pesto i suszonymi pomidorami, mm!]

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „STRASZNE!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 27 sierpnia 2014 14:09
  • piątek, 22 sierpnia 2014
    • Co kryją Kaszuby- ostatni dzień relacji

      Ozdrowiałam się na tyle, że pomimo zwolnienia jestem znowu w pracy. Oczywiście samochodem. Fajnie że dzisiaj piątek ;) Miałam opisać jeszcze ostatni dzień naszej kaszubskiej tułaczki, więc heja:

      

      Niedziela była ostatnim dniem naszej włóczęgi po okolicy- razem z Olą i Michałem pojechaliśmy do Łapalic, gdzie stoi słynny zamek. Jeśli ktoś tam nigdy nie był, naprawdę warto się wybrać! Nie polecam sandałków ani małych dzieci czy piesków- zamek jest oficjalnie placem budowy i wstęp na jego teren jest zabroniony [taak, taaak... ;)]. Budowę rozpoczął w latach 80. gdański rzeźbiarz, Piotr Kazimierczyk [Michał mówił, że ś.p.]. Podobno miał to być wstępnie dom z pracownią, wyszedł zamek o powierzchni 5 000 m2, z dwunastoma basztami, bramą wjazdową, basenem, fontanną i niezliczoną ilością pomieszczeń. Niestety, w tak zwanym międzyczasie skończyła się kasa, a sam inwestor popadł w konflikt z nadzorem budowlanym [pozwolenie na budowę domu nie do końca pasuje do wybudowanego zamku]. Nastąpiły lata procesów sądowych, w 2012r Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego w Kartuzach zatwierdził dokończenie zamku, ale zgody nie wyraził.. Wojewódzki Inspektor Nadzoru Budowlanego. A dziwaczna budowla stoi, niszczeje i stanowi nie lada atrakcję..

      

      Jak widać, zamek jest niezabezpieczony [tabliczki ostrzegawcze się nie liczą], więc trzeba być czujnym jak czujka

      bo można spaść. Albo wpaść w 

       albo w niedoszły basen :)

      tudzież sturlać się ze schodów [a jest się z czego turlać!]

      Widać, że ktoś wsadził w ten zamek naprawdę furę pieniędzy, choćby po szalunkach na suficie [dłuugo to trwało zanim pojęłam o co z tymi szalunkami chodzi.. no bo jak wlać beton na sufit? Hę? Ja już wiem ;)]

       

       widok na zamek od strony ogrodu

      i graffiti. Też lubię kaszę ;)

      Także polecam zamek obejrzeć [póki stoi i można tam wejść], robi naprawdę piorunujące wrażenie!

      Wracając z zamku zajechaliśmy do słynnej [podobno] pizzerii w Karczmie w Kczewie. Pizza na grubszym cieście niż lubię, okazała się baardzo smaczna [przy okazji wprawiłam w osłupienie kolejnego pizzermana: bez sera?!]. Zresztą kolejka w samej karczmie świadczyła dobrze o tym, co można w środku zastać. Nie wgłębiałam się w resztę menu, ale obawiam się że vegi oprócz pizzy bez sera i mięsa mogą zjeść.. hmm.. pewnie frytki i to wszystko ;)

      Jadąc dalej minęliśmy tabliczkę kierującą na muzeum Voklswagena w Pępowie. To kolejna atrakcja którą mijamy często i obiecujemy sobie że kiedyś, gdzieś, a jeśli jutro nas rozjedzie tramwaj to co? Stwierdziliśmy więc że carpe diem i pojechaliśmy oglądać samochody dla ludu ;)

      Bardzo fajna galeria. Eksponatów dużo, wielka kolekcja zabawek, samochody zadbane z zewnątrz i wewnątrz też

       

      ciekawostki, smaczki, szmery bajery

      do tego cudaka wsiada się..przez maskę!

      Bardzo podoba mi się to, że w samochodach umieszczono różne epokowe akcesoria- np. kolekcję gibających głowami piesków na koronkowych serwetkach

      Albo szałowe damskie dodatki

      Odhaczone :) Jak ktoś akurat przejeżdża obok, warto wpaść do Pępowa i zobaczyć galerię.

      Podsumowując, urlop mieliśmy udany- nie żałowaliśmy sobie atrakcji, wykorzystywaliśmy wolny czas, nie oszczędzaliśmy jakoś zbytnio- a na 3 osoby wydaliśmy tyle, ile kosztowałyby nas.. 4 noce w domku w Borsku. Da się? :o)

      Jutro sąsiedzi planują zrobić grilla na dzielni- oby pogoda dopisała! A jak nie dopisze.. to kaloszki na nogi i po opieńki!

      A, miałam się pochwalić moim rysuneczkiem. Dość niewyraźny wyszedł [?], ale oto on! 

      Jaszczurka w kwiatkach, dokładniej- felsuma madagaskarska w kwiatach plumerii. Proszę nie pytać co symbolizuje- to jaszczurka w kwiatuszkach, do diaska :)

      Za tydzień minie pół roku odkąd ją dziabnęłam. A to oznacza, że będę mogła oddać krew!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Co kryją Kaszuby- ostatni dzień relacji”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      piątek, 22 sierpnia 2014 12:25
  • środa, 20 sierpnia 2014
    • aciu! [masa zdjęć, uprzedzam]

      tak tak. Urlop się skończył, deszcz leje a mi z nosa siąpi. Były 34 stopnie, jest 17, nie podoba mi się to że znowu trzeba nosić dżinsy, zabudowane buty i bluzę..smuteczek. Zniknął bób, tanieje fasola, pojawiła się już dyńka. Zaraz będzie słychać w sklepach świąteczne przeboje.....życie.

      Wróciłam z urlopu w poniedziałek, przepracowałam cały dzień i zapadłam na zapalenie orzecha oskrzeli. Obwiniam klimatyzację samochodową. Wczorajszy dzień spędziłam w kolejce do lekarza [2h, mama mi kazała..] i wegetując w łóżku [no dobra, zrobiłam pranie i umyłam podłogę w kuchni- wyrzuty sumienia..], ale dzisiaj czuję się już lepiej więc dostarczono mi laptopa i rozkazano pracować. Pracuję zatem, no i aktualizuję blogaska jak widać ;)

      W telegraficznym skrócie, witam po krótkiej przerwie :) Ostatnie dwa dni pracujące spędziłam w Szczecinie, w Filharmonii- pucując, sprzątając, nosząc, przemieszczając, dozorując, ustawiając i gubiąc się w samym budynku średnio trzy razy na godzinę. W czwartek skończyliśmy robotę już koło 17, bo nie przyjechały wszystkie meble. Następnego dnia robiliśmy od 7 do 21. Nieźle, nie? Myślałam że po tym wszystkim padnę na twarz. Szczecina obejrzeliśmy tylko trochę [Wały Chrobrego], zjedliśmy po burgerze w "I krowa cała" [czyli Green Way tak naprawdę], i spędziliśmy 10h w samochodzie. Makabra.

      ciekawe czy każdy posiłek ma swoją jadalnię? [nie widziałam przekąskalni..]

      żadne warunki nie są zbyt trudne dla zupy z cukinii! [w pudełku po lodach]

      lokalny patriotyzm

       

      mleko sojowe gratis! :)

      pro-vege graffiti 

       

      Później nastąpił urlop, który to postanowiliśmy spędzić na objazdowych wycieczkach po okolicy. Zaliczyliśmy kupę atrakcji, takich jak Skansen w Szymbarku- po odstaniu 40min w kolejce obejrzeliśmy Domek na Głowie- naprawdę polecam! Wydawało mi się że nie będzie to nic co urywa przysłowiową dupę, ale naprawdę jest fajny, i myślę że jak już ktoś się tam wybiera to warto zwiedzić

       

      w środku gratis- wystawa obrazów

      Zaraz za domkiem trafiliśmy na park linowy. Nigdy nie łaziłam po czymś takim chociaż widziałam już gdzieniegdzie [haha! nie wiedziałam że to się pisze razem :D], tym razem stwierdziliśmy że czas zaszaleć. Młody poszedł na trasę średnią, ja i Tomi na najtrudniejszą. Nie powiem, miałam chwilę zwątpienia [zwłaszcza na początku], ale to żaden wstyd, bo nawet mój co-to-nie-ja-mąż miał nietęgą minę na niektórych przeszkodach! Przede wszystkim, cholera, z ziemi wydawało się że to jest dużo niżej! :D

      mogę też polecić [chociaż już chyba za zimno..] wakeboarding w Chwaszczynie nad jeziorem Osowskim! Rewelacyjna zabawa, nawet jak ktoś nie miał wcześniej za bardzo do czynienia z dechą u nóg [ergo-małż]. Ja też po pięciu latach przerwy miałam kłopoty

      ale już dosłownie po paru chwilach załapaliśmy ocb i fruwaliśmy jak profesjonaliści! [prawie ;)]

      naprawdę polecam, na początku może się wydawać trudne ale jak już się załapie to frajda taka że juhuuu....! Szkoda że wcześniej nie spróbowaliśmy, ale na następny rok chyba wykupię karnet. Wiem, że taki wyciąg był też w Żukowie, ale został zamknięty i już raczej nie będzie reaktywacji.

      Mam diaboliczny plan nauczenia w tym roku mojego małża śmigania na desce śniegowej B-) podobno na Łysej Górze przewija się niejaki Andrzej, genialny instruktor. Przyczaimy go, Tomasz się nauczy a ja sobie przypomnę i zima znowu stanie się wspaniała!

      A poza tym co? Plażing na kocingu z orzeszkami obowiązkowo

      oczywiście w Sobieszewie, do którego mamy bliżej [albo: szybciej] niż do Brzeźna czy innej tego typu obleganej plaży.

      Wybraliśmy się też do Krynicy Morskiej, po drodze zwiedzając Muzeum Stutthof na miejscu nazistowskiego obozu śmierci

       wstęp do muzeum jest bezpłatny, trzeba mieć kilka godzin czasu żeby wszystko obejrzeć i przeczytać tablice informacyjne, bo tak po łebkach to bez sensu.. i wygodne buty to dobra rzecz. Nas złapała ulewa, ale akurat szybko przeszła. Powyżej- teren na którym były baraki z więźniami

      Komora gazowa obok krematorium, za nią przystanek kolejki wąskotorowej..

      Pomnik Ofiar Stutthof

      Było dużo ludzi, na parkingu nie dało się znaleźć miejsca do zaparkowania, ale sam teren obozu jest ogromny [chociaż nie wszędzie jest dostęp] więc nie odczuwa się tego natłoku. Trochę ścisk był w barakach w których były ekspozycje, zdjęcia, rzeźby. Ogromne wrażenie zrobił na mnie stos butów za przeszkloną gablotą... naprawdę stos. Ciężko uświadomić sobie ogrom tego dramatu; w obozie zginęło około 65 000 osób..

      Po zwiedzeniu muzeum ruszyliśmy dalej i dotarliśmy do Krynicy, gdzie panowie zjedli cośtam, a ja dwa kartofle pokrojone na kawałki i trzy kupki surówek [normalnie dzięki, opchałam się po uszy..], napoiliśmy się kawą i poszliśmy oglądać. Przez tłumy wczasowiczów dopchaliśmy się do morza, niestety nie mam zdjęć bo jadłam słonecznika O.o, ale były bardzo duże fale i generalnie zimno, więc nawet nie planowaliśmy kąpieli.. Następnie przeszliśmy na drugą stronę mocy zobaczyć i spróbować Zalew Wiślany [słony!]

      młody wypatrzył śliczną malusieńką gadzinę

      zajechaliśmy do Piasków, czyli na koniec świata, zrobiliśmy w tył zwrot i do domku.

      Zaliczyliśmy też Jarmark Dominikański, kupiłam 3 pocztówki ze zdjęciami starego Gdańska żeby nie wrócić do domu w pustymi rękami, bo na stoiskach nic nie przykuło mojej uwagi- to znaczy były takie fajne naczynka drewniane, ale trochę mi jednak było szkoda pieniąchów.. Nie było w ogóle stoisk na d Motławą, tych ze starociami! Kiedyś tam było pełno takich, stare meble, telefony, jakieś fragmenty broni.. a teraz nic! Czyżby się wyprzedali albo przenieśli gdzieś indziej?

      W piątek wieczorem wzięliśmy naszych nowych znajomych- Olę i Michała, na których ślub idziemy pod koniec miesiąca, na klubowanie do Parlamentu. Trochę potupaliśmy nóżkami [tzn. ja i Ola], przenieśliśmy się do Bunkra [czy każda impreza musi się kończyć w Bunkrze?], a wracając do domu panowie posilili się kebabem. Mnie też złapał głodek, więc weszłam do kebabiarni i zamówiłam rollo z samymi surówkami [bo sos mieli z jogurtu]. Zapłaciłam całe 7 zeta, i delektując się w drodze zawijasem odkryłam w środku..małe, pyszne falafelki! Ależ byłam zachwycona! Bardzo miła niespodzianka ;)

      W sobotę trzeba było się ogarnąć, bo oto małolat skończył już 13 lat! Przygotowaliśmy poczęstun [w tym wegańskie koreczki i grillowane warzywka :)], sprosiliśmy gości i zaskoczyliśmy młodego tortem idealnie pasującym w jego makabryczne ;) zainteresowania [militaria, a konkretnie..

      ..czołgi.]

      Tort załatwiony przez mojego małżowinka [a wykonany przez bardzo utalentowaną znajomą z Brzeźna] zrobił furorę i został zjedzony w ok. 1/2. Podczas imprezy szalałam częstując gości kontrowersyjnym ostatnio sojowym latte ;) w dodatku z kawy zbożowej, szok!

      Napisałabym jeszcze o niedzieli, ale ten wpis zrobił się oookrooopnieee dłuugi, a chciałam wstawić sporo zdjęć, więc.. napiszę jutro :) adieu!

      PS. dobra pogoda na latawca!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „aciu! [masa zdjęć, uprzedzam]”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 20 sierpnia 2014 15:13
  • wtorek, 05 sierpnia 2014
    • plany, które się rypły

      były piękne. Ten tydzień miałam przepracować w domu, bo szef miał być w Szczecinie, od poniedziałku do piątku, pilnując realizacji i stając na rzęsach.

      W poniedziałek zjawiłam się po lapka i stos paprów niezbędny do pracy freelancera, zrobiłam szybko jakąśtam ofertę na krzesła i inny ogar, i po 10 się zawinęłam. Po drodze małe zakupy, w domu ogarnęłam nieco bajzel który świadczył o naszym pracowitym radośniku. Bo ja w obliczu bajzlu nie umiem pracować, od razu mi oczy pląsają, palce świeżbią i skupić się nie mogę. Także ogarnęłam ten najgorszy łabagan, wrzuciłam pranie w pralkę i hejże do roboty. Sumiennie zrobiłam dwie oferty, jakieśtam jeszcze pierdoły, po czym zadzwonił szef i oświadczył, że wraca. Także nie dość, że znowu siedzę w biurze, to prawdopodobnie w czwartek też będę musiała jechać do Szczecina żeby pokazać czego się nauczyłam czyszcząc szafy w inkubatorach, eeeech. Dobrze że akurat leje, przynajmniej nie wściekam się że zamiast w ogródku muszę pracować za biurkiem.

      Pociesza mnie to, że w następny tydzień mam urlop :] tu w zasadzie kolejny plan się rypnął, bo chcieliśmy wyjechać na jakieś Kaszuby na kilka dni, ale oczywiście znalezienie wolnego domku na tydzień przed planowanym urlopem graniczy z cudem.. To znaczy nam się taki cud niby trafił, ale za 240pln/doba [sic!] to ja dzięki, postoję. Zdecydowaliśmy że spać będziemy w domu, a za zaoszczędzoną kasę po prostu będziemy sobie jeździć na różne wycieczki i zaliczać atrakcje. Oby pogoda w miarę dopisała, a jak nie dopisze to też coś się znajdzie ;)

      Ostatnio jeździmy codziennie na plażę, do Sobieszewa albo do Świbna. Cudownie, bo nawet jak parking jest pełen to na plaży luzik, a jedzie się tam od nas 20min [obwodnica południowa, yeah!], luksus!

      ale mi wyszło zdjątko, nie? Szał! :D

      nasi są na plaży!

      takie cuda można znaleźć

      wracając z plaży wpadliśmy na Starówkę karnąć się Gdańsk's Eye, jak to niektórzy nazywają ;) podobało mi się, trzy okrążenia się robi za 25pln, może to i dużo, ale.. kurczę, no! Chyba jednak warto!

      konstrukcja

      ciasto drożdżowe [wegańskie :)] które zrobiłam korzystając z ostatnich podrygów truskawek dostarczonych przez teściową. Przed upieczeniem było dość spoko..

      ..ale po upieczeniu wylazło z formy i okazało się, że owoców jest drastycznie za mało!

      na szczęście jest dżemer, a drożdżówa wyszła udana ;) na drugi raz muszę skombinować większą foremkę, alboo mniejsze ciasto po prostu, o!

      koleżka którego spotkaliśmy na polu wracając do domu :) śliczniutki był, i nawet się nie bał nas! Miła odmiana po tych wszystkich biednych zabitych przez samochody zwierzakach...

      moja mania zamieniania naklejek na napojach osiąga szczyt.

      korzystamy z sezonowości. Bób już nie jest taki dobry, ale można się przerzucić na qqrydzę i fasolkę szpargałową, mniam! Lola też by chciała.. znacie jakiegoś psa który żebrze o qqrydzę?

      mogłoby już przestać lać, bo jednak chcę wrócić dziś do domu.. ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „plany, które się rypły”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 05 sierpnia 2014 16:03
  • piątek, 01 sierpnia 2014
    • sposób na marchewkową potencję i o wypłatach

      jak komuś oklapła marchewka od tego upału, proponuję wsadzić ją do szklanki z wodą. Po jakimś czasie [u mnie 2-3h] znowu będzie chrupiąca! Patent sprawdza się też przy zdechłych rzodkiewkach.

      I naprawdę, mowa tu o warzywach :)

      A, przypomniał mi się suchar.

      Marchewka jest dobra na potencję.

      Tylko trudno ją przywiązać.

      Wracając do normalnych rzeczy,too..

      piątunio! Radośnik za pasem! Cieszę się bardzo, bo został mi już tylko jeden tydzień roboczy do urlopu! Co prawda będzie to dość ciężki tydzień, bo ponieważ mamy skończyć realizację w Szczecinie i odbiór zrobić, a ja mam przygotować ofertę na kolejny przetarg, ale jakoś ramy dadę. W ogóle w środę po grillu ze znajomymi dowiedziałam się, że nasza koleżanka, kierowniczka w sklepie obuwniczym, zarabia równo dwa razy tyle, co ja.. DWA RAZY. Moją wypłatę dostają u niej pracownice, sprzedawczynie butów. Jej mąż, pracownik spedycyjny w firmie od budyniów, zarabia o 75% więcej niż ja.. trochę mnie to zdołowało, ale sądzę że moja niska płaca wynika z tego, że szef po prostu nie ogarnia tego jakie są teraz realia. Dlatego po urlopie zamierzam złożyć wniosek o podwyżkę.. trzymajcie kciuki!

      Za oknem cały dzień wiszą chmury, a mimo to jest 28 stopni. Co za grzałka! W takich warunkach wszystko rozkłada się w przyspieszonym tempie. Nie schowana na noc do lodówki zupa zamienia się w skisłą breję, a sałatka którą wzięłam rano do pracy po spędzeniu 4h na kuchennym stole zmieniła smak w sposób zauważalny.. natomiast mięso, które koleżanka przyniosła na grilla i które spędziło od momentu jej przyjścia do momentu schowania do lodówki 12,5 godziny w kuchni nadal wygląda i pachnie tak samo. Przypadek? :>

      W każdym razie, kocham lato. W radośnik ma być bosko i upalnie, co prawda pan mąż będzie musiał trochę potyrać w tyrce a ja zapewne go wspomogę, ale mamy plan zaliczyć jakieś plażowanko. Szczególnie uwielbiam w lecie to, że nie muszę się malować [to znaczy, oczywiście, ja nigdy nie muszę się malować, ale czasem jednak wolę..dla dobra ogółu ;)], kocham mieć mokre włosy po kąpieli w jeziorze/morzu, bo kiedy później wysuszy mi je słońce robią się takie fajnie kręcone, poplątane, niesforne.. wiem, że słona woda i słońce niszczą włosy, wiem. Ale w takich chwilach mam to raczej w nosie ;) uwielbiam wycieczki, na przykład do lasu, o, ciekawe czy już są maliny? Trzeba sprawdzić! W warzywniakach jest taka obfitość że nie wiem co wybrać, więc kupuję za dużo, i później lodówka mi się nie domyka. Na szczęście w hali garażowej jest dość chłodno i można tam co nieco wynieść, na przykład kapustę. Objadamy się kukurydzą, bobem, fasolką szparagową. Lola oszalała i objada się razem z nami. Nigdy nie widziałam amstaffa który o ziarenko bobu żebrze bardziej niż o kiełbasę, a ukradziony kawałek kukurydzy zżera razem z kolbą!

      Jest w sumie jeden plus ujemny- taki gorąc, że znowu zawiesiliśmy karnet na siłkę [nie ma klimy..], wskutek czego ja, nawet pilnując się żeby nie wcinać jakiegoś syfu, zaczynam przypominać pampucha. Po raz kolejny więc odpalam program treningów domowych, ciekawe czy uda mi się go utrzymać, w niedzielę mają być 33 stopnie..

      tak czy wspak:

      Miłego radośnika!

      PS. nawet nie wiedziałam że ten teledysk jest taki przewrotny ;) lepiej słuchać kawałka nie patrząc na niego.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „sposób na marchewkową potencję i o wypłatach”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      piątek, 01 sierpnia 2014 15:36
  • środa, 30 lipca 2014
    • fajnie, cieplutko ;)

      myślę sobie siedząc w robocie kiedy wokół mnie klei się dosłownie wszystko, powietrze stoi a temperatura prostuje zwoje mózgowe. Bo pozytywne myślenie to klucz do sukcesu!

      Oby tylko radośnik też był taki piękny.

      A co robić w tak boską, tropikalną pogodę?

      Na pewno pić dużo wody.

      I jeść wegańskie lody! :D

       

      W minioną sobotę byliśmy z małżem zaproszeni na wieczory panieńsko/kawalerskie do naszych nowych znajomych, którzy w przypływie spontaniczności zaprosili nas na swoje wesele na koniec sierpnia. Jak to ja, przygotowałam trochę poczęstun w formie tartaletek z kremem z kaszy mannej i owocami [pyszne!] oraz cukiniuszek, dawno nie robionych i trochę przykurzonych, ależ się za nimi stęskniłam!

      Impreza była bardzo udana, chociaż sporo kobitek wymiękło dość szybko ;) na koniec zostałyśmy we trójkę: przyszła panna młoda, świadkowa i ja. Bardzo sympatyczne dziewczyny są i liczę na kontynuowanie znajomości, bo nasi dotychczasowi znajomi to w większości motocykliści [spoko, tylko nie mam o czym z nimi rozmawiać :P] albo ludzie w wieku moich rodziców [em..].

      W niedzielę w ramach leczenia kaca walki z upałem, zaszaleliśmy i wybraliśmy się po raz pierwszy w tym roku nad morze [z zamiarem kąpieli]. Żeby uniknąć konfrontacji z tłumami, wybór plaży padł na Sobieszewo. Kiedy już dotarliśmy na miejsce, przyszły czarne chmury i lunął deszcz, ale co to dla nas! Przepchnęliśmy się przez masy ludzi ciągnące w kierunku przeciwnym, tzn. plaża->parking, i oto dotarliśmy!

      wyludniona plaża, idealnie!

       

      tuż za wydmami- piękny las

      Deszcz zaraz przeszedł, ale tłumy nie wróciły. Mimo chmur było bardzo ciepło, skąpaliśmy się w przyjemnie rześkiej wodzie i zalegliśmy trochę na piaseczku, było naprawdę miło i żadnego prażenia, no bo słońce schowane w końcu. Super!

      Mimo upałów trzeba coś czasami jeść, a dobrym sposobem na wykorzystanie resztek Violife do pizzy jest quesadillas 

      tak mi się przynajmniej wydawało, niestety opiekacz chyba też się zmęczył od panujących upałów i ledwo coś przypiekł, więc całość rozlatywała się dość spontanicznie

      niemniej jednak wyszło smaczne, nawet pan Tomasz zjadł ze dwie [sic!]

      No i nadszedł czas na zbiory! To oto kabaczysko urosło w moim ogródku i pewnie urosłoby sobie jeszcze, ale zerwałam je* bo bałam się że się zepsuje [albo zje Lolę]. Ważyło 1,4kg, rosną następne!

      Po nafaszerowaniu była szałowa, mam jeszcze dziś ćwiartkę w pracy ;)

      A dzisiaj grill ze znajomymi. Warzywka już się marynują :o) 

       

      *obcięłam nożem. Nie było łatwo!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „fajnie, cieplutko ;)”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 30 lipca 2014 14:32
  • czwartek, 24 lipca 2014
    • Tak wiele rzeczy, wow.

      Nie było mnie długo bo ponieważ pierwsze 3 dni tego roboczego tygodnia spędziłam w Lęborku.

      Bynajmniej nie wylegując się nad kaszubskim jeziorkiem lecz nosząc krzesła, czyszcząc szafy, odkurzając, poprawiając i dopilnowując. A było to tak.

      W zeszłym tygodniu chciałam dostać wolny piątek, bo spontanicznie małż oświadczył że chciałby pojechać na wieeelki zlot motocyklowy do Nowego Jasińca nad Zalewem Koronowskim. Nie byliśmy jeszcze na tak dużej imprezie a okazyjnie trafił się domek, no i towarzystwo w postaci sąsiadów z osiedla, także co tam.. Musiałam tylko załatwić z urzędem miasta w Lęborku ustawkę na poniedziałek- docelowo w czwartek miały tam zostać zamontowane wszystkie meble, więc w piątek trzeba by posprzątać i zrobić odbiór. Udało mi się jednak ustalić że przyjadę w poniedziałek, więc piątek miałam wolny. Spakowaliśmy manatki, torby podrzuciliśmy znajomemu który jechał samochodem a sami śmignęliśmy na motku. Po dotarciu na miejsce zakwaterowaliśmy się w tekturowym domku, który czasy świetności miał daaawno za sobą i był naprawdę, nawet jak na zapuszczony domek w kaszubskim ośrodku, MEGA zaniedbany. No ale co tam, nie przyjechaliśmy żeby w domku siedzieć, nie?

      Pogoda była piękna, gorąco i słonecznie, chcieliśmy więc skorzystać z jeziorka w celu kąpieli, jednak okazało się że jeziorko jest dość żyzne i obficie żyje własnym życiem..

      Ja generalnie nie należę do osób które brzydzą się wodorostów [oczywiście, ma to związek z moim weganizmem, w końcu mogę te krzaki chwytać pełnymi garściami i od razu zjadać jak mi sugerowano, haha, przezabawne :P], ale jednak kiedy się pływa w TAKIM buszu, który oplątuje się dookoła kostek, wczepia we włosy i kizia po brzuchu, to.......niee...

      Także kąpingu za wiele nie było. Ale nic to, organizatorzy zlotu zapewnili atrakcje- takie jak stoiska handlowe ze skórzanymi kamizelkami, sygnetami w czaszki, łańcuchami w czaszki, breloczkami w czaszki i bandanami w płomienie. I czaszki ;) Oczywiście do tego piwo, dużo punktów gastro [kebab, hot dogi, czipsy, wiadomo], PIWO, pokazy kaskaderskie i DUŻO PIWA.

      Najfajniejsze były oczywiście pokazy. 

      i TAKIE rzeczy!

      robiące wrażenie.

      Oczywiście zaraz znalazł się godny naśladowca, którego musiała zabrać karetka..

      Po pierwszej nieprzespanej nocy obudziliśmy się lekko wymięci. Wyobraźcie sobie noc w domku z papieru, otoczonym przez namioty. Przy każdym namiocie kilka motków, które są całą noc gazowane do odcięcia [brzmi to mniej więcej tak]

      w komplecie z.. ujadającym yorkiem, którego jakiś debil ostatni zabrał na zlot.

      Także nie pospaliśmy sobie. Następnego dnia na pocieszkę chcieliśmy pożyczyć kajaki i popływać po zalewie, niestety okazało się że ośrodek na czas zlotu zawiesił wypożyczalnię sprzętu wodnego. Ponieważ było gorąco okropnie, wskoczyliśmy na motki w stroju mocno amatorskim

      i pojechaliśmy powoli do oddalonego o jakieś 8km ośrodka w Pieczyskach. Tam uświadczyliśmy kajaczków i zrelaksowaliśmy się w ciszy i spokoju na jeziorku, w towarzystwie kaczej rodziny

      i perkozów dwuczubych

      Pokręciliśmy się po okolicy i wróciliśmy do ośrodka, pooglądaliśmy jeszcze to co było do oglądania

       

       

      jakiś tatuś-motocyklista przywiózł sobie mini-me

      i w sumie podjęliśmy decyzję o wcześniejszej ewakuacji. Udało się spylić domek, i noc z soboty na niedzielę spędziliśmy w błogiej ciszy, cudnie było ;)

      A co na takim spędzie [2500 osób!] je wegus? Coś się zawsze znajdzie

      były jeszcze placki ziemniaczane i więcej surówek :)

      to leczo jest takie se, strasznie kwaśne

      Generalnie czerwona fasolka z puszki robi robotę ;)

      A w poniedziałek udałam się do Lęborka po to, żeby spędzić tam cały dzion i zobaczyć że nie ma wszystkich mebli.

      We wtorek to samo.

      W środę udało się zrobić odbiór. Uff.

      Ciekawostka- kupiłam sobie w Pepco w Lęborku gatki, bo w Gdańsku ciężko znaleźć mój kolor a tam akurat był ;) przyłożyłam je do kupionych wcześniej, i co? Mniejsze! A rozmiar ten sam. Także radzę uważać, bo w Lęborku mają mniejszą rozmiarówkę ;)

      I tym oto sposobem mam już prawie następny radośnik!

      I w ogóle to jest 24 lipca! Jak tak dalej pójdzie, zaraz będę miała 60 lat.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Tak wiele rzeczy, wow.”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 lipca 2014 16:01
  • poniedziałek, 14 lipca 2014
    • znikająca pakora!

      się porobiło, człowiek w pracy nie może nawet spokojnie jakiejś ciekawej notki dodać, bo musi PRACOWAĆ. Niedorzeczność! A żeby tego było mało, w piątek przyszło mi pracować fizycznie. W związku z odbiorem w jednym z meblowanych aktualnie kaszubskich inkubatorów [przedsiębiorczości], musiałam się udać z koleżanką Alutką posprzątać i sprawdzić czy grzebki [czyt. montażyści] zrobili wszystko dobrze. Tak. Ja, kierownik działu sprzedaży, projektant, ogarniacz przetargów a w wolnej chwili fachowy serwis sprzątający ;) orzech-orkiestra! W każdym razie myślałam że wpadniemy z odkurzaczykiem na 2-3h, pach pach, posprzątane i pachnące. A pupa! Siedziałyśmy tam do 15 z hakiem [od 7.30]. W międzyczasie jeszcze Alutka zrobiła małą rozpierduchę bo wylał się jej rozpuszczalnik, i wykładzina zmieniła kolor z szarego na brązowy.. ale udało się to uratować ;) Ostatecznie wszystko poszło dobrze, protokół mamy, FV wysłałam dziś, AHA.

      Od śmierci głodowej między odkurzaczem a mokrymi ściereczkami z biedronki [polecam] ratowały mnie wafle ryżowe zwane styropianem, śmierdząca lecz pyszna sałatka z bobem i czosnkiem [yeah], oraz TO:

      batoniczek dostępny w żabkach i freszach, który oprócz tego że jest KOSZERNY jest też WEGAŃSKI, ale akurat mi się w tym miejscu papierek urwał ;) smaczna to rzecz, jak ciasteczko z konfiturą, polecam, zachwalam i wcinać będę na bank!

      Radośnik wiadomo jaki był. To znaczy nie wiem jaki był u Państwa, ale u mnie w sobotę na przemian lało, padało, kropiło i mżyło. Lola jest szczęśliwa, bo brak upału=brak zawału, ale ja to jednak wolałabym się poopalać. Plus dodatni jest taki, że przynajmniej nam ogród podlało. W niedziele też trochę było słabo, ale już lepiej. Małż się ogarnął i wróciliśmy na siłkę, więc można było trening zrobić, ale tak to co..? Ino chlać. Albo robić sznurkowe bransoletki. Albo pichcić coś, co się wiecznie odkładało na niezidentyfikowane "później". I tak powstała pakora z kalafiora by jadłonomia 

      Nawet nie było takiego dużego bajzlu

       

      Sos zrobiłam ze słonecznika, bo szkoda mi było burżujskich nerkowców ;) ale i tak wybornie smakowało z sosem BBQ!

      A dlaczemu znikająca?

       

      dlatemu :)

       

      smacznego!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „znikająca pakora!”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 14 lipca 2014 16:16
  • wtorek, 08 lipca 2014
  • poniedziałek, 07 lipca 2014
    • konflikt interesów

      co ja robię cały dzień że mi tak leci? Zgroza!

      Gorąco jest, fajniutko. W sobotę o 17 odbył się na plaży w Brzeźnie maraton Zumby- OCZYWIŚCIE chciałam pójść, i OCZYWIŚCIE nic z tego nie wyszło bo na 19 byliśmy zaproszeni na wspomnianego grilla. A sobotę spędziliśmy 5h w samochodzie [aaa!] w drodze do/z Darłowa, na festiwal przemocy czyli zlot miłośników militariów [młody lubi]. Pojechaliśmy, dotarliśmy, kupiliśmy skisłe gotowane kukurydze [fuj :/], obejrzeliśmy jakieś czołgi i stoiska z iście jarmarcznymi akcesoriami- od wykopanych w ogródku kawałków blachy stanowiących zapewne jakiś strategiczny element bombowca, przez repliki granatów i chińskie plastikowe topiki w moro po gumowe włochate pająki na pompce. Na koniec obejrzeliśmy sobie piękną plażę nad otwartym morzem gładkim jak stół, i mogliśmy sobie najwyżej powąchać wodę, bo nie mieliśmy ręczników ani ciuchów na zmianę. Fakt, wychodząc miałam plan coś wziąć, ale T. powiedział że nie będzie czasu i się go głupia posłuchałam. Kiedy się nauczę że męża się nie słucha? ;)

      za mundurem..korek sznurem

      tu kupiłam dobry kwasik chlebowy!

      duże autko służy do przewożenia mniejszych autek, wiadomo.

       

      parada atrakcji. Wspomniane pająki, plastikowe karabiny i kapelusz Majkela Dżeksona, witamy na militarnym pikniku!

      plaża. Grrr.

      Weszłam do wody na tyle na ile mi pozwalały spodenki i goniłam rybki :)

       

      Wieczorem udaliśmy się na grilla. Wspominałam wcześniej że chciałam zrobić dobre vegan żarcie i ulepiłam wiadro burgerów z ciecierzycy, zamarynowałam miskę cukinii, cebuli i pieczarek i zrobiłam też trufelki na słodko. Efekt oczywiście był taki, że najpierw na ruszcie wylądowało mięso, a kiedy moje warzywka były gotowe wszyscy byli tak opchani że nie mieli ochoty nawet skosztować.. Pfeh, ostatni raz tak się narobiłam. Plus jest taki, że mam dużo zamrożonych burgerów na kryzysowe czasy ;) no i towarzystwo było miłe..nawet zostaliśmy zaproszeni na ślub gospodarzy. To nic, że widzieliśmy ich drugi raz w życiu. Whisky connecting people ;)

      W niedzielę natomiast zerwałam się bladym świtem [po 8], i w przypływie szaleństwa wzięłam psa na sznurek i poszłyśmy na pole zbierać poziomki. Kiedy wróciłyśmy [po 30min], Lola rozjechała się na podłodze i sapała tak okrutnie, że już ją chciałam brać w samochód i jechać do weta.. kompletnie się nie mogła ogarnąć bidula :( Ale zmoczyłam jej wodą poduszki łap i futro, podałam dopyszcznie wodę i odpaliłam wentylator. Schłodziła się i wyszła do ogrodu dalej się prażyć. Dziwne zwierzę. W każdym razie spacery w upał trzeba minimalizować.

      Akcja ratunkowa

      Następnie poszłam sobie do Krowy, bo w zeszłym tygodniu się nie widziałyśmy i chciałam pogadać. Akurat się napatoczyłam na właściciela który szedł przeprowadzić ją kawałek dalej, coby miała cień i nową trawę, pogadaliśmy chwilę o czystości okolicznych jeziorek [podobno w Otominie lepiej nie pływać] i zostawił nas same. Krowa ucieszyła się ogromnie z jabłka i kalarepki które jej przyniosłam w darach, a 1,5l wody z miski wciągnęła dwoma łykami i rzuciła mi spojrzenie pełne politowania.. Nic dziwnego, jakoś mi wyleciało z głowy że to zwierzak ważący ca 300kg i taka ilość wody to dla niej raczej niewiele. Później postałyśmy sobie na polu, podrapałyśmy się po szyjach i boczkach [ja byłam stroną drapiącą, wszak krowa nie ma paznokci ;)], w ramach podziękowania zostałam polizana szorstkim jak papier ścierny jęzorem [albo sprawdzała czy da się mnie zjeść, hm.]

      Krowi ukłon. Kulturka musi być.

      Około 13 mój skac..em.. zmęczony ;) mąż dojrzał do tego, żeby wybrać się nad jeziorko. Padło na Łapino. Na miejscu oczywiście bazylion ludzi, ale udało nam się dopchać do wody- skąpaliśmy się chwilę i w sumie mogliśmy już jechać, bo przyszły ciemne chmury i zaraz zaczęło padać. Ale kąpiel nareszcie zaliczona, yaaay! :))

      O 17 w Sopocie też miała być zumba. Przyjechaliśmy-deszcz. Jak nie psi urok.. Dzisiaj na 20 w Calypso, mam darmową wejściówkę którą dostałam na akcji z pompkami. Ciekawe co tym razem ;)

      morze w Sopocie, mniam mniam!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „konflikt interesów”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 07 lipca 2014 15:54

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa