Wpisy

  • środa, 12 listopada 2014
    • plany na niedzielę i wegańska chińszczyzna

      w tyrce robi się nerwowo, bo terminy realizacji w Szydłowcu gonią, a model krzeseł jeszcze nie wybrany. Eh.

      Tymczasem pogoda robi się trochę jak z horroru. Wczoraj wieczorem poszliśmy z psem na spacer, a przypominam że nie ma u nas latarni więc jest ciemno jak diabli, dodatkowo mgła była TAKA, że widoczność na kilka metrów. Po wyjściu na pole ledwie udało nam się znaleźć drogę na osiedle. Ot, uroki jesieni :) 

      Zaprezentować chciałam obiadek którym kupiłam ostatnio Tomiego:

      czyli tofu po chińsku. Zalałam wrzątkiem trochę suszonych grzybków mun. Wrzuciłam na patelnię posiekane warzywka w formie marchewki, pora i czerwonej papryki, podsmażyłam, zalałam troszkę wodą i przykryłam. Kiedy się dusiły, odcedziłam i pociachałam namoczone grzybki oraz tofu, wrzuciłam do warzyw. Podsmażyłam, smażu smażu, i zalałam sosikiem zrobionym z: 

      1 łyżeczka przyprawy chińskiej "5 smaków" 

      3 łyżki sosu sojowego 

      1 łyżka mąki ziemniaczanej 

      2 ząbki czosnku 

      1 szklanka zimnej wody

      wybełtać i wlać na patelenkę. Tam mieszać do zagotowania i jeszcze troszkę, na niezbyt dużym ogniu bo sos się robi gęsty i może się zacząć przypalać. Serwować z ryżem albo makaronem ryżowym/sojowym [jak u mnie], posypane np. sezamem albo posiekanym szczypiorkiem :)

      个饱!

      To co tam, jakie plany na niedzielę?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „plany na niedzielę i wegańska chińszczyzna”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 12 listopada 2014 14:44
  • poniedziałek, 10 listopada 2014
    • pompon terror

      to jak będzie z tą kulką?

      sami widzicie, że nie mogłam pozostać obojętna na takie zastraszanie. Gang pomponów regularnie każdego poranka, począwszy od końcówki października, napadał moje okno kuchenne i demolował ogrodowe meble. Chcąc nie chcąc, uległam i zawiesiłam kulkę.

      z której po czterech dniach została jeno powiewająca smętnie żółta skarpetka.

      oj tak, sprawne układy pokarmowe mają nasze sikorencje. Aż się serduszko raduje! Jedyne co się nie raduje to mój szanowny ślubny, który nakazał mi uwieszenie następnej kulki gdziekolwiek, byle nie nad ławką, bo, jak widać na zdjęciu, pompony sprawnie nie tylko spożywają, ale również wydalają.

      Och, chciałabym żeby tej zimy kurki znowu zamieszkały u nas w ogrodzie! Kilka dni temu wracałam z pracy rowerem przez pole, w totalnych ciemnościach ledwie rozpraszanych słabym światełkiem mojej rozładowanej lampki. Bardzo skupiałam się na mocnym pedałowaniu bo czekał mnie pagórek, a w ogóle to było mi zimno i byłam głodna, więc tego. Cisnę i cisnę, aż tu nagle WTEM! Prawie w ostatniej chwili spod kół odleciała mi grupa siedmiu kuropatw. One tak mają, że siedzą cicho i udają, że ich nie ma, a kiedy już jest pewne że ta strategia im kuprów nie ocali, robią straszny raban i łoskot, i odlatują na swoich kurpulentnych* skrzydełkach. A było ich siedem, bo tyle sylwetek naliczyłam w locie, starając się opanować zawał serca :)

      W związku z zapowiadającą się realizacją, w zeszły czwartek spędziłam 10h w samochodzie, na wyprawie do Szydłowca i z powrotem. Meble do zamku będziemy im robić. Zapowiada się szał, bo mamy bardzo krótki termin realizacji a wszystkie zakłady produkcyjne pod koniec roku są napięte jak przysłowiowe postronki, ale wierzę głęboko że damy radę. Oczywiście byłoby nudno gdyby nie atrakcje, więc 21 listopada szef wyjeżdża do Indii i wraca 7 grudnia. Takiemu to dobrze. Wracając do terminu, w sumie dobrze: szybka realizacja=szybka premia B) a premia jest mi bardzo potrzebna, bo muszę kupić gogle jak już wspominałam.

      Dzisiaj jeszcze tyram, ale jutro oczywiście wolne. Plany uzależnione od pogody, na pewno będę chciała wypróbować majonez z kartofla bo mnie intryguje, a akurat mam wór pyraczków :)

      Miłego wolnego, niech żyje wolność i swoboda!

       

      *nie, nie jestem głupia. To celowe ;)

       

      Acha, PS! Chciałam podzielić się nutką, która właściwie spodobała mi się odkąd obejrzałam teledysk. Prawdziwa historia, prawdziwi ludzie. Mainstream i pewnie znacie z radia, ale i tak polecam 


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „pompon terror”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 10 listopada 2014 15:13
  • wtorek, 04 listopada 2014
    • cholerny listopad

      był taki kawałek, ale coś nie mogę go namierzyć. Pewnie mi wpadnie w ucho jakoś w grudniu, jak znam życie.

      W każdym razie, listopad. Cholerka! Niesamowite jak ten czas zasuwa. Okropne! Cały ten rok jakoś tak zaiwania i nie mogę się z tym pogodzić. Kiedy znowu będzie maj..? [wiem, że za sześć miesięcy ;)]

      Radośnik upłynął pod znakiem balowania. Przeklnijcie mnie, ale tak owszem. I to bynajmniej nie z okazji Dnia Dyńki [z której, nota bene, zrobiłam ciasto i zupę, a chłopaki jednak wyrzeźbili lampionik bo to fajna zabawa jest]

      Okazją były oczywiście urki pana męża, o których to on miał nie wiedzieć!

      Taka jestem kochana żonka ;) z tygodniowym wyprzedzeniem knułam niecny plan pełen zawiłości. Ukradkiem spisywałam z mężowskiego telefonu numery do jego znajomych, pod pretekstem cukinii czy innego proszku do pieczenia wyprawiałam się na zakupy i zaopatrywałam się w zapasy piwa soczków, czipsów i innych atrakcji które później skrzętnie chowałam w piwnicy. Nabyłam drogą kupna prezent składkowy. W sobotę zamówiłam opiekunkę do dziecka [dzięki, mamo ;)], po czym pod pretekstem klubingu zabrałam ofiarę z domu. Przy pomocy znajomej pary Oli i Michała nic nie podejrzewająca owieczka została wywieziona do centrum Gdańska, tam humanitarnie oślepiona [apaszką; nie obyło się bez walki] i zabrana z powrotem do domu, gdzie pod naszą nieobecność zjawili się goście, baloniki i prezenty. Skitrani w kuchni, przy zgaszonym świetle, zaskoczyli oniemiałego Tomiego gromkim okrzykiem NIESPODZIANKA!! jak z hamerykańskich filmów normalnie :) Ale wyszło! Dumna z siebie jestem niesamowicie że to ogarnęłam :) Chociaż nie było łatwo, bo przez cały tydzień pan mąż akurat był w domu wtedy kiedy ja, nawet w sobotę nie dał się eksmitować na latanie z kumplami. Summa summarum jednak udało mi się przygotować również zaplecze kulinarne: kuleczki z buraków, kuleczki z bakłażana, cukiniuszki, ciasteczka owsiane, sałatkę warzywną z sojonezem i wspomniane wcześniej ciasto dyniowe- brownie

      [bardzo mi smutno, że aparat umarł.]

      fajne, nie? :D

      Także w sobotę był bal, a w niedzielę żal. To znaczy nawet nie było tak źle, wyspaliśmy się i nawet pojechaliśmy polatać na tor na poligonie, ale było mi TAK FATALNIE, że chyba po godzinie się zapakowaliśmy z powrotem na samochód. No naprawdę, padaka. W sobotę też byliśmy na motkach- pojechaliśmy do Straszyna na mały tor, taki na którym dzieci się uczą ;) wspaniale było, pykałam kółko za kółkiem i nawet tak dużo gleb nie zaliczyłam! Ale zdecydowanie muszę sobie sprawić gogle, bo jak dostałam w oko grudą błota to przykleiła mi się do soczewki i za nic nie chciała mnie opuścić. I tak jak w sobotę było bosko, tak w niedzielę było do bani- po pierwsze to tor na poligonie jest bardzo kopny więc jak się jedzie powoli łatwo o glebę, a teren poza torem to już nie taka dzicz jak kiedyś, tylko miejsce spacerów masy ludzi i teren budowy Kolei Metropolitalnej. Ciągle mi motek gasł, topił się w błocie czy kładł na boki- no zgroza, już byłam cholernie zmęczona i klęłam jak szewc, aż się Tomi zlitował i zarządził odwrót. Oczywiście wczoraj w robocie już mnie nosiło na latanie ;)

      Powód do radochy- biedra którą mam na trasie praca->dom ogarnęła się na tyle żeby od czasu do czasu w lodówkach pojawiały się pyhhszne, kremowe vegan zupki! Polecam :)

      i teraz nutka na koniec dnia [nie taki znowu koniec, dziś SIŁKA!]

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „cholerny listopad”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 04 listopada 2014 15:33
  • czwartek, 30 października 2014
    • Przychodzi wegus do Chińczyka..

      Wczoraj mój ślubny obchodził urodziny. Można życzyć :)

      Z tej okazji wybraliśmy się do Chińczyka, czyli restauracji Lee's Chinese. Pewnie już o niej gdzieś tu pisałam. Chadzamy tam przy większych okazjach jak urodziny czy rocznica, bo niestety dość drogo jest, ale jedzenie.. MM!! Naprawdę warto się czasem szarpnąć. Pyszne! Mają dwa lokale- na Korzennej [Stare Miasto] i na Kartuskiej. Pierwszy lokal jest imo lepszy pod względem wystroju i klimatu, drugi jest za to większy, ma podobno lepiej wyposażoną kuchnię i łatwiej o miejsca parkingowe. Ale plusem jest to, że wegus też tam sobie podje :) Mają świetne tofu w sosie słodko-kwaśnym [niech ktoś mi powie jak oni to robią, że z wierzchu jest tak chrupiące a w środku wręcz się rozpływa? BAJKA!], tym razem skusiłam się na sajgonki z warzywami i obłędnego bakłażana w sosie hoisin. Oczywiście wszystkie resztki wzięłam na wynos i dobiłam w pracy :> a co! Nie można wyrzucać jedzenia. Zwłaszcza tak pysznego :3 już ogarnęłam sobie przepisy na sos hoisin i będę eksperymentować. Muszę jeszcze ogarnąć bakłażana. I chyba wok..

      W każdym razie.

      W pracy zapowiada się na zmiany :) wygraliśmy na licytacji wynajem lokalu od miasta, więc pewnie się przeprowadzimy za jakiś czas. Szef zlecił mi zaprojektowanie wystroju, wykonaniem zajmie się Tomi, więc wszystko w rodzinie. A tymczasem wysyłamy oferty na przetargi bo jakiś taki zastój się zrobił, a przecież potrzebuję premii żeby spłacić motka ;)

      Tymczasem kilka fot ze szkolenia EnduroES w Wieżycy na którym byliśmy kilka tygodni temu.

      Teoria

      i praktyka

      Na terenie ośrodka gdzie byliśmy zakwaterowani mieszkały mordercze bestie zamknięte w klatce. Przepychały się byle tylko je kiziać i miziać..

      okoliczności przyrody

      czyli trasa dla żółtodziobów i ekspertów ;)

      to zdjęcie o ułamek sekundy poprzedza wielką glebę!

      konie mechaniczne vs konie analogowe

      i takie tam. A dzisiaj siłka! Muszę robić martwy ciąg. Przydaje się do podnoszenia motka z ziemi..

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Przychodzi wegus do Chińczyka..”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 października 2014 15:46
  • poniedziałek, 27 października 2014
    • O straszliwych zakwasach i najlepszych burgerach!

      się dzieje u nas! W czwartek, przed spotkaniem wspólnoty mieszkaniowej, pojechaliśmy do sklepu kupić buzer. W piątek przyszła paczka z butami. I mój kochany ślubny poświęcił 6h na czynność której nienawidzi serdecznie, mianowicie podróż samochodem, żeby przytransportować ..

      !

      Tak!

      :D

      Udało mu się znaleźć śliczniutki, zadbany i kochany motek. I dwa razy tańszy od tego na który wcześniej się czailiśmy :> W sobotę odbyłam pierwszą lekcję na polu. Oczywiście cała byłam przerażona, bo jedyny pojazd silnikowy z którym miałam dotychczas do czynienia to samochód, a jedyny dwukołowiec to rower. Ale dałam radę! Jestem z siebie dumna, a Tomi jest bardzo dobrym i cierpliwym nauczycielem ;) I nawet tylko jedną porządną glebę zaliczyłam [i kilka takich mało widowiskowych klapnięć na bok- na swoje usprawiedliwienie dodam, że kiedy siedzę na motku do ziemi sięgam tylko czubkami palców-chyba że się przechylę na bok] Za to w niedzielę i dzisiaj... oooooh! Mam TAKIE zakwasy że ledwo zipię, i to w bardzo dziwnych miejscach..! Żeby podnieść nogę i włożyć ją w nogawkę spodni muszę pomóc sobie obiema rękoma. Oprócz nóg dostały również barki i przedramiona, ale też na przykład boki brzucha, szyja i.. policzki. To chyba od uśmiechu? :) 

      W każdym razie było wspaniale, chociaż bawiliśmy się tylko dwie godziny. Straszny mam niedosyt, liczę na powtórkę w nadchodzący radośnik, pogoda ma sprzyjać!

      Oprócz tego w sobotę udaliśmy się w gościnę do kolejnych sąsiadów- dwa piętra wyżej. Spędziliśmy miły wieczór na zapoznaniu i pogaduchach na każdy prawie temat- szybko znaleźliśmy wspólne fale i prawie 5h przegadaliśmy bardzo intensywnie. Na wyjściu dostaliśmy dwie dynie. Razem z tymi które kupiłam, mam już pięć w kuchni. Muszę coś z nich szybko ogarnąć, w przeciwnym razie będę musiała spać na dyniach.

      A w niedzielę [ostatnio strasznie dużo zajęć mamy w radośniki] pojechałam w trasę po rodzinie, bo dziadek z jednej strony obchodził imieniny, a babcia z drugiej-urodziny. W ramach prezentu przygotowałam burgery buraczane, które są co prawda trochę czaso- i pracochłonne, ale uwierzcie mi, że są WARTE tego sterczenia w kuchni ;) BOSKIE! Nieskromnie pochwalę się, że zrobiły furorę. Kiedy już się za nie zabieram, robię podwójną albo nawet potrójną porcję, a upieczone burgerki [albo kuleczki, zależy jaki mam humor ;)] zamrażam. I mam na zapas :) polecam takie rozwiązanie, bardzo ułatwia.

      Przepis oczywiście z puszeczki

      SKŁADNIKI:   10 - 15 SZT
      2 szkl. startych na grubszym "oczku" surowych buraków (nie trzeba odlewać soku) [ok. 250g buraczków- jak ktoś tak jak ja ma alergię na tarkę, polecam przepuścić je przez blender taki z kubeczkiem i nożami, food chopper czy jak to się tam fachowo nazywa..]

      1 i 1/2 szkl. ugotowanej kaszy jaglanej 

      1 szkl. uprażonego słonecznika 

      1/2 szkl. uprażonego sezamu 

      1/2 szkl. posiekanej cebuli 

      1/2 szkl. bułki tartej (można dodać więcej, gdyby się ciasto nie chciało kleić)

      1/4 szkl. oleju 

      4 łyżki mąki (może być pełnoziarnista) 

      3 łyżki posiekanej natki pietruszki 

      4 posiekane ząbki czosnku 

      1/4 łyżeczki pieprzu cayenne 

      sól do smaku

      PRZYGOTOWANIE:  

      Wszystko razem mieszamy, formujemy kotlety i pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 200 st. C na posmarowanym olejem papierze do pieczenia. 
      Pieczemy 35 minut, w połowie czasu przekręcając burgery na drugą stronę. Jeśli masa nie chce się kleić [lepiej się klei kiedy buraczki są tarte na tarce niż mordowane w blenderze], dodaję do niej jeszcze trochę wody i bułki tartej- i już jest elegancko. Upieczone burgery i tak mogą się trochę rozwalać- dobrze jest dać im wystygnąć zanim się podejmie manewry przenoszące. Można zaserwować klasycznie, na obiad z pyrkami albo frytkami i surówką- ale ja uwielbiam w domowych bułkach, z rukolą, czerwoną cebulą, papryką i ogórkiem kiszonym, okraszone sojonezem i keczupem.. Mrr..

      zdjęcie z puszka.pl

      Domowe bułki do burgerów

      Przepis z bloga http://mniammniamvege.blogspot.com/

      "Składniki:

      ¼ szklanki ciepłej wody

      45g drożdży

      ¼ szklanki cukru

      ¼ szklanki oleju roślinnego

      2 szklanki mleka sojowego

      2 łyżeczki soli

      5 – 6 szklanek mąki

      Przygotowanie:
      Drożdże rozpuścić w ciepłej wodzie i pozostaw na 10 min. Następnie, do drożdży dodaj cukier, olej oraz mleko. Dodaj sól i stopniowo dosypuj mąki, aż do momentu, gdy ciasto będzie gotowe do wyrabiania, ale niezbyt zbite. Wyrabiaj przez ok. 8 – 10 minut, aż masa stanie się elastyczna. Pozostaw do wyrośnięcia na ok. 15 min.Wyłóż ciasto i podziel je na ok. 12 kulek (jeśli chcesz uzyskać mniejsze bułki, wyrób ok. 20 kulek) i układaj je na blasze w odstępie ok. 3 cm. Przykryj bułki suchą ścierką i ustaw w nagrzanym miejscu (możesz delikatnie rozgrzać piekarnik, wyłączyć go i umieścić tam bułki). Pozostaw bułki do wyrośnięcia jeszcze na ok. 20 – 30 min lub do momentu, w którym odległość między bułkami zmniejszy się do ok. 0,5 cm.Rozgrzej piekarnik do ok. 200 st C i piecz ok. 15 – 20 min, aż zbrązowieją."

      Ja robię je z mieszanki mąki tortowej i pełnoziarnistej- wtedy wyrastają trochę niższe [ale to dobrze, bo łatwiej takiego burgera ogarnąć szczęką ;)]

      smakujmy!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „O straszliwych zakwasach i najlepszych burgerach!”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 października 2014 12:10
  • wtorek, 21 października 2014
    • Kolorowa zupa na bure dni

      Dzień dobry psze państwa, dzisiaj mam przepis na żarełko :) ale pierw! Tomasz zrzucił zdjęcia z telefonu. I mogę pokazać kogo spotkałam w lesie podczas Kociewiaka

      taki oto śliczny żuczek, malutki zaskroniec. Śmierdzioszek! Niedługo pewnie będzie się szykował do snu..

      No, a teraz obiecana zupa. Nie ma nic tak dobrego po powrocie z pracy niż miseczka parującej, pożywnej i sycącej zupki, a jeszcze jak będzie kolorowa to już w ogóle szał!

      złote drobinki to nie brokat, tylko olej- robiąc bulion warzywny zawsze najpierw podsmażam trochę pokrojone warzywa w garnku a dopiero później zalewam wodą- taki wywar jest dużo smaczniejszy!

      A radosna zupka to odmiana barszczu ukraińskiego.

      Prezentuję przepis by mama, i właściwie to polecam zrobić od razu z podwójnej porcji ;)

      Składniki:

      -Włoszczyzna z kawałkiem kapusty

      -3 ziemniorki

      -2-3 nieduże buraczki

      -puszka białej fasolki [albo ugotowana fasolka- ok. 240g]

      -1-2 ząbki czochu

      -1 szklanka kiszonego soku z buraków*/koncentratu barszczowego

      *do słoika włożyć 2 pokrojone na ćwiartki buraczki, ząbek czosnku, trochę gorczycy, koperek, można kawałek chrzanu. Zalać ciepłą, osoloną wodą, przykryć ręcznikiem papierowym przypiętym gumką recepturką i zostawić na kuchennym blacie [na talerzyku, bo może kipieć] na kilka dni. Et voila :) małosolne buraki!

      -łyżka mąki pszennej

      -olej

      -3 łyżeczki koncentratu pomidorowego

      -ziele angielskie, liście laurowe, sól, pieprz, cukier [symbolicznie] 

      -posypka- pietruszka, koperek, szczypiorek

       

      Buraczki posiekać w kostkę [albo utrzeć- ja wszystko siekam bo jak mam trzeć to dostaję szału], poddusić trochę w garnku na oleju, na niedużej mocy [płyta indukcyjna ;)]. Pokostkować włoszczyznę bez kapusty, dorzucić do buroli. Pyrki też pokostkować i wrzucić do gara. Podsmażyć warzywka mieszając, kiedy zmiękną potraktować je mąką i koncentratem, dobrze wymieszać. Zalać H2O, tak hm.. gdzieś ze 2 litry, powiedzmy. Wrzucić ziele angielskie i liście laurowe oraz poszatkowaną kapustę. Gotować jakieś 20min, dodać przepraskowany czosnek, kiszony sok z buraków/zaprawę i odcedzoną i przepłukaną fasolkę. Zamieszać, skosztować, doprawić. Powinna być dość gęsta, jak łyżka stoi to można dolać wody ;) W miseczce posypać obficie zielskiem i spożywać ze smakiem. Genialnie smakuje z dodatkiem mleczka kokosowego!

      dobra zupka nie jest zła!

      Smacznego :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Kolorowa zupa na bure dni”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 października 2014 15:57
  • poniedziałek, 20 października 2014
    • aCIU! przegląd wegańskich misek

      nie nie, nie jestem - zgodnie z obowiązującym aktualnie trendem - chora. To tylko Tomi na moją prośbę o przyniesienie mi kawałka chrzanu [akurat rosną sobie dziko na polu obok] przyniósł mi chyba.. no nie wiem, cały chrzan z okolicy. Martwię się o chrzanową populację. Trochę go zużyłam do ogórków kiszonych [chyba ostatnich w tym roku, bo kamon, ogóry gruntowe za 7pln/kilo? Eh :( ], a resztę pan małżon utarł, doprawił i wymieszał z sojonezem tworząc wspaniały, diablo ostry sos. [Był w międzyczasie epizod z ćpaniem chrzanu, bo okazało się że wciąganie zapachu świeżo po utarciu wielgachnego korzenia jest bardzo śmieszne ;)] I tenże sos właśnie wcinam w towarzystwie upieczonych buraczków [od babci z działki, eko!]. Działa bardzo oczyszczająco na zatoki, jak ktoś się zmaga z jakimś wirusem czy katarem to polecam trochę pochrzanić.

      Radośnik był piękny! Taki wiosenny! A dzisiaj znowu kaplica. Ale w sumie słusznie, kiedy mam wolne ma być ładnie, w dni robocze nie musi :> W sobotni i niedzielny poranek nawet się odpaliłam że potruchtam sobie do biedrony po bułki na śniadanko, i dziś mam zakwasy w takich śmiesznych mięśniach o istnieniu których nawet nie miałam pojęcia :) Oprócz tego prawie udało mi się posprzątać garderobę, jeszcze muszę ogarnąć przegląd ciuchów, sandałki do szafy itp.. znowu. Mam wrażenie że dopiero co wyciągałam szorty z kanapy.

      Mój małż, aktualnie trochę powykręcany po szkoleniu enduro na którym to zaliczył niefartowny upadek, znalazł motka po prostu idealnego dla mnie, no ah i oh, takie cudo, w dodatku ładny jest ;) waham się trochę, bo mam opory przed zaciąganiem zobowiązań wobec banku [kredyt hipoteczny to aż nadto], a bez tego niestety się nie obejdzie. Ale mój opór słabnie..

      Pompony przypominają o sobie. Tak tak, pamiętam, ale to jeszcze dużo za wcześnie, cwaniary!

      i kopciuszek jakiś taki ponastraszany się zaanonsował

      zrobiłam się ostatnio takim trochę foodpornem, cykam zdjęcia jedzeniu ;) ponieważ mój aparat kompaktowy zdechł, posiłkuję się telefonem więc jakość jest.. jakaś.

      Powrzucam to i owo, tak od czapy trochę, tylko żeby pokazać że weganizm to nie sama trawa, sałata i pomidor.

       praca, pan burger z ciecierzycy

       praca. Bardzo fajne pudełko na jedzonko z Netto, a w nim: fasolka szpargałowa :) duszone grzybki z cebulą i pietruszką i ugotowane pyrki, czyli resztki z obiadu.

       Leczo z sojowymi parówami jako dodatek. Normalnie robię leczo standardowo, czyli po prostu bez "wkładki"- to było robione z myślą o moim małżu, który lubi takie wegańskie oszukańce jak parówy. Dobre było!

      Zapiekanka innego typu :) czyli cukinia faszerowana ugotowaną kaszą jaglaną, pieczarkami, cebulą, papryką, hm.. chyba to tyle. No i z keczupem ;)

      duszone różności z dyńką, doprawione a la curry

      a teraz coś z zupełnie innej beczki! Wyższa szkoła logistyki rowerowej, czyli przewożenie psiego legowiska z punktu A do punktu B

      nie dać się jesieni!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „aCIU! przegląd wegańskich misek”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 października 2014 15:50
  • środa, 15 października 2014
    • grande finale :D

      zbesztana przez Bożenę dokańczam niniejszym notkę ;)

      na czym to ja... acha. Pływu pływu pływ. Obok unosi się mój ślubny wyposażony w monitoring, i molestuje jakieś biedne rybki. Rozglądam się na boki, licząc po cichu na moje kochane mątwy, może ośmiorniczkę, a może, ach, żółwia, ale na pewno nie spodziewałam się TEGO!

      ŁUBUDU, trzy metry ode mnie spokojnie i majestatycznie płynie sobie, kurde blaszka, PŁASZCZKA!! Spokojnie miała z metr rozpiętości, cieniutki ogon dłuższy niż ciało, wielka, piękna, boska, niesamowita! Zaczęłam machać kończynami żeby zwrócić uwagę mojego kamerzysty-męża, i po chwili razem wisieliśmy nad wspaniałą rybą.

      kamera niestety trochę zakrzywia, byliśmy od płaszczki oddaleni o 2-3m, i miałam w głowie straszny kocioł..

      no bo płaszczki są niebezpieczne, tak? To znaczy nie jedzą ludzi, ale w tym ogonie jest KOLEC, który tak w ogóle zabił pewnego australijskiego prezentera, tak, ale on miał pecha bo został trafiony w serce, więc może hmm nie są aż tak niebezpieczne, trzeba tylko nie mieć pecha, a jak to zrobić żeby nie mieć pecha? Podpłynąć do niej i się przywitać czy może lepiej spierniczać z pluskiem?

      Ostatecznie nie zbliżaliśmy się. Nic dobrego by z tego nie wynikło, no bo nawet gdyby płaszczka nas nie zamordowała, to pewnie by się spłoszyła. Wisieliśmy więc nad nią dalej i oglądaliśmy jak ona spokojnie, nic sobie z nas nie robiąc, gmera w dnie pewnie wyjadając jakieś skorupiaki.

      Po kilku chwilach zaczęła się powoli oddalać, kierując się w stronę głębokiej wody. Płynęliśmy za nią powoli, trzymając dystans, ale coraz słabiej było ją widać, bo wiadomo- coraz głębiej, a i w wodzie pływały jakieś fuzle..

      ..kiedy nagle płaszczka zrobiła gwałtowny zwrot w naszą stronę. Zawróciła i zaczęła na nas płynąć! To był taki moment kiedy czułam że mogę jak postać z kreskówki wyskoczyć nad wodę i biec po jej powierzchni w stronę lądu, w rzeczywistości  zrobiliśmy bardzo głośny i chaotyczny zwrot i zaczęliśmy uciekać chlapiąc na wszystkie strony

      oczywiście płaszczka nic sobie z tego nie zrobiła, bo gdyby chciała nas dziabnąć zrobiłaby to bez najmniejszego kłopotu. Na szczęście okazało się, że wyczaiła jakiś kąsek po drodze, więc zrobiła zwrotkę żeby go wszamać, po czym zawinęła się z powrotem na głębinę.

      i tyle jej widzieli..

      To było niesamowite przeżycie, cała się trzęsłam jak wyszliśmy z wody. Byłam podekscytowana, i jednocześnie przestraszona- w końcu płaszczka na koniec zafundowała nam mały przypływ adrenaliny! Po powrocie do hotelu odpaliliśmy fifirifi żeby wygooglać jakieś informacje o lokalnych płaszczkach- cóż, za wiele się nie dowiedzieliśmy poza tym, że "atak płaszczki jest błyskawiczny i nie ma przed nim odwrotu". Ogólnie to nie są agresywne zwierzęta i atakują tylko kiedy poczują się zagrożone, zostaną zaskoczone albo np. nadepnięte, co też się zdarza kiedy taka płaszczka udaje, że jest dnem. Pocieszające, ale z drugiej strony skąd wiedzieć że płaszczka zaczyna czuć się zagrożona? Przecież nie warknie ani nie pogrozi palcem.

      Po powrocie do kraju przeszukałam internety i typuję, że cudo które spotkaliśmy to mogła być Myliobatis aquila, czyli orleń pospolity. A może nie. Ale coś z orleniowatych na moje oko.

      Cudownie!

      Z ostatnich zdjęć mam jeszcze takie atrakcje, jak rybki plażowe które, okazało się, bardzo lubią suchą bułę..

      na jej widok kotłowały się szalenie, skubiąc bułkę, palce, nogi, siebie nawzajem.. po prostu bułkowy szał!

      nic dziwnego, podobno pszenica uzależnia.

       ta sama sztuczka pod wodą

      A to, niespodzianka! Nasz współlokator :D przyłapałam go w łazience i dostał natychmiastową eksmisję.

      nie znaczy to że w hotelu w którym mieszkaliśmy był jakiś syf, wręcz przeciwnie, było tam bardzo ładnie, ale takie dorodne karaczany to po prostu część tamtejszej fauny i widać je na ulicach.

      A to papaja, którą kupiłam okazyjnie i spożyłam na lotnisku w oczekiwaniu na opóźniony 2h samolot. Śmieszna sprawa, jej pestki smakują jak rzeżucha!

      co do opóźnienia samolotu to i tak nie było źle, warszawiakom odlot obsunął się o 6h. No i dostaliśmy bon żywnościowy na 5 euro ;)

      Acha, jeszcze taka śmieszna uliczka

      ciekawe co to znaczy. Ale fajnie by było mieszkać przy ulicy Jezusa Maszyny Satnana :)

      Tym oto sposobem kończę właśnie relację z Fuerty, tadam! Czy polecam? Cóż. Jak ktoś lubi pustynny klimat to spoko. Trzeba mieć sporo dukatów, bo Fuerta jest droższa np. od Teneryfy. No i można sobie umaić czas atrakcjami takimi jak rejsy na pobliskie wysepki- Gomera, Lobos itp- na które my niestety nie mieliśmy. Ale żeby się opalać, leniuchować, pływać? Czemu nie! :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „grande finale :D”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 15 października 2014 15:51
  • wtorek, 14 października 2014
    • Flashback, czyli Fuerta od najpiękniejszej strony, bul bul bul!

      Coś strasznego się dzieję, utknęłam w przeszłości kiedy tyle nowych rzeczy się dzieje! Dlatego oto i [prawie] ostatnia notka o Fuercie, zostawiłam sobie na koniec jej najpiękniejszą- czyli podwodną- część! 

      A później będę musiała ogarnąć szechset zdjęć które nastrzelałam na szkoleniu Enduro Expert School w ten radośnik. Napiszę tylko tyle, że cóż- nie ma co gadać, trzeba przestać wydawać kasę na pierdolety i kupić motka.. ;)

      A tymczasem, Fuerta.

      Zanim pójdziemy na dno, pokażę jeszcze jedną taką prześmieszną chatkę którą trafiliśmy chyba ostatniego dnia podczas brnięcia przez 'nasze' miasto, podczas gdy reszta normalnych ludzi miała siestę.

      Prezentuję: Villa Tabaiba

      Naprawdę, nie pytajcie co autor miał na myśli.

      Noo, i teraz można wreszcie popływać!

      Bo ocean oferuje zdecydowanie najlepsze [darmowe ;)] atrakcje. Wybierając się w okolice Kanarów, trzeba się koniecznie zaopatrzyć w okularki basenowe [ja] albo maskę [Tomasz], bo zasolenie zbiorników wodnych jest takie, że gałki oczne wypływają. Dobrze jest mieć również paputki, takie do łażenia po skałkach, które są śliskie, ostre i czają się w nich koralowce [jeden z takich gagatków drugiego dnia uparzył mnie w zadek! Klapnęłam sobie na kamieniu żeby poprawić płetwę, a tu chlast..! Przez następne dwa dni miałam trzeci pośladek i bardzo piekło, nie polecam]. Można też mieć płetwy i rurkę do snorkania

      Może jak ktoś był w Egipcie to to na nim wrażenia nie zrobi, ale.. ja nie byłam ;)

      Fuerta oczywiście oferuje rybki, kolorowe i niekolorowe

       

       śmiesznokształtne

      stadne

      wylinki krabów [trzeba było widzieć miny niemieckich emerytów kiedy to niosłam!]

       

      rzeczone skałki

      bardzo go słabo widać, ale chodził po nich taki fikuśny ptak- podobny do bekasa, z długim dziobem, pewnie do wyjadania małych skorupiaków

      a w kałużach na skałkach siedziały małe, uwięzione rybki, kraby które w mgnieniu oka potrafiły się teleportować

      po włożeniu ręki i potrzymaniu jej chwilę w bezruchu zjawiała się armia przezroczystych czyścicieli, którzy zupełnie za darmo robili peeling eksfoliacyjny

      i rosły te okropne, okropne parzydełkowce!

      któregoś dnia podczas pływania Ola wyczaiła coś dziwnego

      co wyglądało jak wąż! [w towarzystwie ryby] śledziliśmy tu pełzające po dnie cudo, które buszowało w skalnych zakamarkach a złapane za ogon umykało kawałek dalej w ogóle się nie przejmując. Ten nie-wąż to ryba z rodziny żmijakowatych, czyli istotka zupełnie niegroźna- w przeciwieństwie do większości morskich węży. Tych odradzam łapać za ogon. 

      Innego z kolei dnia Tomi wyczaił intrygującego gluta

      wyglądającego jak jakiś postrzępiony..strzęp, miał ok 30cm długości i z tyłu był przystrojony w fikuśnie powiewające falbanki

      dla bezpieczeństwa nie dotykaliśmy cholery. Po powrocie do domu przeszukiwałam internety, znalazłam mrożącą krew w żyłach relację z bloga z której wynikało, że inny nurek został przez takiego właśnie gluta zaatakowany i normalnie cudem uniknął śmierci, uff. Po czym okazało się że mordercze bydlę to ślimak zwany zającem morskim, tudzież aplyzją.

      Kolejnym cudeńkiem na które natrafiliśmy [Tomi znalazł] i cieszyłam się tym ogromnie, ACH, jakże się wciąż cieszę! Były moje ukochane zwierzątka morskie, najwspanialsze i genialne, MĄTWY! Parka!

      mogliśmy patrzeć jak wspaniale zmieniały kolory, kiedy płynęły przybierały wzór jakby zeberki, pewnie po to żeby udawać promienie słoneczne przenikające przez fale, natomiast kiedy się zatrzymywały zupełnie wtapiały się we wzór dna

      żeby po chwili zupełnie zniknąć!

      gdzie są mątwy? :)

      A, tu są!

      prawda, że szał?

      Ale i tak, że się nieskromnie pochwalę, najpiękniejszą atrakcję znalazłam JA! :D

      A było to tak:

      pływam sobie, pływu pływu pływ. Przy takich skałkach oczywiście, zwierzątka są zawsze przy skałkach.

      Wtem! Co widzą moje oczęta?

      aaa.... no dobra. Będzie jutro ;) obiecuję!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Flashback, czyli Fuerta od najpiękniejszej strony, bul bul bul!”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 października 2014 16:23
  • poniedziałek, 06 października 2014
    • między motkami i Fuerta już prawie ostatnia ;)

      siedzę sobie i wspominam jak tydzień temu było ładnie. W nocy z wczoraj na dzisiaj termometr pokazał 0,00 stopni, ale jak o 7.45 wjechałam rowerem na pagórkę na trasie do mojej pracy, to jechałam po chrupiącej, zmrożonej trawie. Brr.

      Pan Mąż natomiast w radośnik balował w towarzystwie motocykli i kolegów. Pojechali sobie na Kaszuby trochę się pokręcić, pośpiewać karaoke [serio] i poplotkować w męskim gronie. Ja ten wolny czas wykorzystałam na rowerową wycieczkę, wizytę z Lolą u weta, sprzątanie i gotowanie leczo, które zaserwuję dziś na obiad [wszak wiadomo, że leczo, tak jak bigos, najlepiej smakuje po trzykrotnym podgrzaniu ;)]. Później wybraliśmy się do nowo otwartego we Wrzeszczu lokalu Vegan Burger. Cóż.. jednak pozostanę przy Awokado [albo Surf Burgerze, bo okazało się że mają też vegan-opcję, bardzo smakowitą i sycącą!]. Następnie udaliśmy się do kina, na "Krocząc wśród cieni". Cóż mogę rzecz.. na niedzielny wieczór film do obejrzenia, aczkolwiek niekoniecznie w kinie [w ogóle wizyty w kinie ograniczyłabym do niezbędnego minimum- np. filmów katastroficznych czy jakichś wypasionych efektów specjalnych]. Ostrzymy sobie jeszcze zęby na "Zaginioną dziewczynę".

      Jak widać za oknem, coraz szybciej robi się ciemno. Kiedy wstaję słońce jeszcze czai się za drzewami, kiedy wracam już kula się za horyzont.. a u nas na osiedlu nie świecą latarnie, bo zarządca nie może się dogadać z deweloperem odnośnie tego, kto ma płacić rachunki. Paradne. A mieszkamy w środku pola, więc nikt i nic w otoczeniu nas nie doświetla. Idealne warunki do oglądania horrorów o zombie..

      Przyszły radośnik klaruje się następująco: Muro jedzie na szkolenie z techniki jazdy enduro, w który udział wygrał jakiś czas temu w fejsbuniowym konkursie. I ja jadę też, jako wsparcie i zaplecze fizjoterapeutyczne [bo przecież nie mechanik :P]. Liczę na złotą polską jesień! [bo jak nie, to mam dużo książek. A'propos książek, wiecie że King ZNOWU wydał książkę? On chyba robi porządki na strychu, serioszka, przecież to nie jest normalne..]

      To co, może uda mi się dokończyć relację z Fuerty? ;)

      Na lotnisku w Gdańsku wybrałam się do kiosku po przewodnik, bo jakoś tak wyszło, że nie kupiliśmy wcześniej żadnego i nie wiedzieliśmy za bardzo co zwiedzać na miejscu. Skończyło się na tym, że wydałam 30pln żeby dowiedzieć się, że na Fuercie to tak za bardzo nic nie ma, jest stara stolica składająca się z trzech ulic i placu [i kościoła, a jakże] i jakieś tam pomniejsze atrakcje na wyspie. Wybraliśmy więc kilka pozycji i zaliczyliśmy Betancurię

      oto i kościół. Betancuria to pierwsza stolica wyspy, którą ustanowił Jean de Béthencourt- francuski odkrywca-zdobywca, charakteryzujący się typową dla Francuzów skromnością ;) 

      Widoczek na całą miejscowość. Jak widać, rośliny są tylko tam, gdzie ktoś o nie dba- okablowane wężami ogrodowymi i regularnie podlewane. Za miastem już puchy

      Uliczka. Podobają nam się bardzo budynki na Kanarach i Rodos [podejrzewam że na pozostałych greckich wyspach też tak wyglądają], które są takie surowe, tzn. nie wygładzone od linijki, tylko z nierówną fakturą, niedociągnięciami, krzywe, wyglądają jakby ściany były gładzone mokrą dłonią a nie szpachelką jak u nas. T. mówi że w Polsce to nie do pomyślenia, przychodzi klient z halogenem, suwmiarką i poziomicą i furczy że fuga się rozchodzi o całe 0,5mm..

      Kolejna miejscowość na liście, La Oliva

      moje ukochane hibiskusy

      i plumerie! <3

      Dom Pułkowników, muzeum

      i okoliczne zabudowania, nieco mniej zadbane

      ale klimat jest, prawda?

      w jednej z tych ruin natknęliśmy się na małych kudłatych lokalesów- pręgowce berberyjskie. Żebrały o żarcie ale nic im nie daliśmy bo po pierwsze nie mieliśmy, a po drugie nie można ich dokarmiać- są zdaje się gatunkiem inwazyjnym i przenoszą jakieś choroby..

      Brygada RR!

      atrakcją miała być również Cueva del Llano, tunel wulkaniczny zamieszkały przez endemiczny gatunek pająka jaskiniowego..

      niestety, okazało się że tunel kaput

      i entrance is forbidden :(

      a tak prezentowały się górskie drogi, po których przyszło mi jeździć [zostałam wylosowana na kierowcę].. wąskie, pochyłe, poskręcane, a po bokach przepaść. Autentycznie było mi niedobrze, jak na kolejce górskiej.. a trafić tam na zawalidrogę to masakra.

      W następnej notce napiszę o pierogach z bakłażanem oraz -nareszcie!- o podwodnych atrakcjach :) i to już będzie koniec Fuerty, obiecuję!

      PS. dziś przyszła do moich rodziców pocztówka ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „między motkami i Fuerta już prawie ostatnia ;)”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 06 października 2014 16:06

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa