Wpisy

  • środa, 01 października 2014
    • Fuerta 2. Takie tamy i spożywka

      jeśli ktoś wczoraj w biedronce nie mógł kupić papryki i bakłażanów bo nie było, to znaczy że ja wszystkie wykupiłam. Przepraszam, ale robiłam ajvar i czepuk paprykowy do słoików. I pierogi z bakłażanem dla Pana Męża. 

      Aaaa no i krew udało mi się oddać, hura hura! Kto chce 6 mlecznych czekolad?

      To jedziemy z Fuertą :)

      Jak wspominałam, suchą niczym przysłowiowy pieprz.

      ale za to widoczki ładne się trafiają

      Tutaj Ajuy, wioska bogata w czarny piasek plażowy

      I jaskinie

      Coś dla speleologów!

      Absolutnie fajne zdjęcie plaży w naszym rodzimym Corralejo [i Ola :)]

      Iii hm, co by tu jeszcze.. mały bananek? :)

       Produkty dla wegów są tam dostępne w każdym normalnym sklepie

      przynajmniej w takim niezbędnym minimum, jak mleko sojowe, ryżowe czy migdałowe, bezmleczne deserki, tofu, sojowe gotowce na patelnię czy grecki hummus dostępny w sklepach sieci Mercadona. Mleko sojowo-orzechowolaskowe ;) wspaniale komponowało się z kawusią i boskimi imbirowymi ciasteczkami, twardymi jak kamień, które dało się zjeść dopiero po zanurzeniu w kawie. Mmm! Na samo wspomnienie zachciało mi się ciasteczka..

      Co prawda w większości restauracji opcją wegańską wciąż są kartofle, pieczarki i keczup. [chociaż w hotelowym żarciu mogłam sobie przebierać w duszonych warzywkach. Nawet na śniadanie miałam co jeść, chociaż było to english breakfast, po zaopatrzeniu się w wyżej wspomniane mleko pałaszowałam sobie płatki.]

      Ale nie zawsze!

      Bo oto i Baobab, wegańska malutka knajpencja!

      w której, uwaga, zjedliśmy wszyscy we czwórkę :) kotlety ze szpinaku, seita, tempeh, smażone tofu.. ja miałam tempeh, ale przyznam szczerze że przysłowiowej dupy nie urwał- za mało doprawiony. Najlepszą robotę robiło tofu i kotlety szpinakowe. No i wzbogaciłabym porcje o jakieś węgle, ziemniaki, ryż czy inną kaszę.. ale nie szukajmy dziury w całym ;)

      oprócz tego raz szarpnęłam się na szpinak po indyjsku w restauracji indyjskiej Namaste. Jeżu, ale to było pyszne..!

      Także nawet wegusy mają na wyspie co zjeść :) W dodatku nasz apartemą wyposażony był w aneks kuchenny z full service typu patelnie i garnki, więc można było sobie upichcić

      na przykład makaron z bakłażanem i cukinią w sosie pomidorowym. A później zjeść to w towarzystwie "Drwala" w zielonym, fuerciańskim ogrodzie ;)

      uff, strasznie dużo tych zdjęć narobiłam! Przepraszam. A od tego pisania o żarciu zrobiłam się głodna, więc zwijam mandżur i jadę do domu :) przyszło dziś nowe wyrko dla Loli, ciekawe jak ja je na rower zapakuję..

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Fuerta 2. Takie tamy i spożywka”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 01 października 2014 16:24
  • niedziela, 28 września 2014
    • Fuerta 1. Fauna powierzchowna

      Strasznie męczące jest to ogarnianie zdjęć po urlopie, przepraszam bardzo. Zwłaszcza jeśli dysponuje się pendrajwem-kurczakiem charytatywnym, który jest prześliczny no i charytatywny, ale jednak ma to do siebie że lubi czasem wpierniczyć jakieś dziesięć zdjęć czy trzy filmy, co jednak utrudnia pracę na dłuższą metę.

      W każdym razie jestem już bliżej niż dalej, czeka mnie jeszcze wymiana barterowa z koleżanką Aleksandrą i wycinanie klatek z filmów, jednak pierwszą część sprawozdania mogę już..no..sprawozdać ;) także heja:

      Fuerteventura, czyli jedna z Wysp Kanaryjskich. Druga którą odwiedziliśmy [w zeszłym roku zaliczyliśmy Teneryfę], więc siłą rzeczy mogliśmy sobie co nieco porównać. Na przykład ogólną prezencję- Teneryfa na północy była zielona, na południu sucha i zjarana. Fuerta wygląda tak na całej powierzchni.

      suchość, kamulce, głazy, roślinki zdegenerowane do jakichś powykrzywianych badyli i kolczastych kruszonek. Wielbiciele botaniki nie mają tam za bardzo czego szukać, chyba że róży z jerycha znanej z reklam szamponów. Nieco lokalnych palm i kaktusów widać w miastach, gdzie są podlewane i pielęgnowane przez lokalesów.

      Zawiedzie się również ten, kto liczy na rajskie ptaki. Tudzież kanarki.

      Fuerta serwuje nam bowiem gołębie-cukrówki

      ichnie kruczki

      małych pierzastych gangsterów początkowo branych za wróble, ale teraz to już sama nie wiem..

      Za to trafiła mi się pewnego ranka pięęękna niespodzianka!

      Co za czasy, żeby człowiek musiał lecieć taki kawał drogi od domu żeby dudusia spotkać, chlip.. Dwa były. Niebojące się prawie wcale, za to stroszące pióra i czubki bez opamiętania. Piękne cacuszka! :)

      Wśród lądowych stworzeń też raczej nie ma co liczyć na egzotykę

      Przypomniało mi się, jak nieodżałowanej pamięci Steve Irwin w jakimś swoim programie zwiedzał egzotyczny zakątek świata i znalazł tam jeża. Jarał się jak dziecko, oglądał go ze wszystkich stron i mówił że pierwszy raz w życiu widzi takie cudo! Cudze chwalicie, prawda :)

      kotka pięknotka która nie chciała parówki z puszki. Też coś. Kto by chciał?

      Fuerta rzekomo słynie z kóz [nawet sobie naklejkę z kozą kupiłam!], jednak widzieliśmy ich mało i daleko. Nic dziwnego, skoro na tej wyspie nic nie rośnie to co one mają niby jeść, kamienie? Zdjęcia kóz ni mom. Podobnie jak zdjęcia jaszczurek, bo też widzieliśmy tylko jednego gekona który natychmiast się skitrał, i dużo takich małych niby-zwinek, szybszych niż migawka. 

      Reszta relacji na dniach :) teraz idę szaleć w kuchni.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Fuerta 1. Fauna powierzchowna”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      niedziela, 28 września 2014 16:58
  • wtorek, 23 września 2014
    • szok termiczny

      mnie dopadł dziś, gdy jechałam do pracy mej umiłowanej rowerem a wiatr smagał mój organizm, który jeszcze kilka dni temu smarowałam kremem z aloesu na poparzenia słoneczne. A dziś takie coś. Ale skóra z czoła jeszcze mi schodzi, ewenement.

      Tak więc, wróciliśmy. Męczący był ten urlop okrutnie, jak każdy porządny urlop, a w dodatku felernie nasz powrót przypadł na niedzielny późny-wieczór [miała być 18.50, ale z powodu obsuwy wyszła 21 plus odbieranie bagaży, do domu wróciliśmy na ostatni set]. W poniedziałek więc przybyłam do pracy półtorej godziny później, dziś już tylko 10min- jest progress! Muszę przedrzeć się przez poczynione zdjęcia oraz filmy [15gb], i wtedy zdam relację z wycieczki. A tymczasem wczoraj wieczorem trochę mi odbiło [jet lag] i ukręciłam wiadro sojonezu. Żeby mieć z czym go spożytkować, wykonałam sałatkę warzywną [tak, znaną wszystkim ze świąt- jeno bez jaj [sin huevo]]. Mąż zjadł na kolację i pochwalił, że smaczna. Dziś będą naleśniki z farszem szpinakowym i sosem czosnkowym z sojonezu właśnie. I mizeria w sojonezie. A jutro hm, może maseczka z sojonezu? Się zobaczy ;) Generalnie cieszę się, że sojonez można zrobić z mleka sojowego z Netto po 5pln/karton, a nie z burżujskiego alpro unsweetened za 9pln/karton. Bo grosz do grosza a będzie kokosza, n'est-ce pas? [ależ ze mnie poliglotka, huhu :D]

      Tymczasem, dziś pierwszy dzień jesieni. Piździ jak na przysłowiowym Uralu [albo na dworcu w kieleckim, zależy od wersji]. Ach, śniło mi się że Filharmonia zapłaciła za meble i mogłam sobie przelać premię, niestety, jeszcze tydzień.. Jakoś musimy dać radę, chociaż wyjazd [i podatek i ubezpieczenie iii wszystko] nadszarpnął nieco budżet domowy. Ale nic to, jest sezon na grzyby więc w najgorszym wypadku będziemy cisnąć na plonach ziemi. Bo karnet na siłkę trzeba odnowić, wszakże.

      Czytam tą książkę pożyczoną przed wyjazdem, "Drwal" Michała Witkowskiego. Po pierwszych kilku kartach złapałam się za głowę z jękiem: no nieee, co to ma w ogóle być? Jakaś surrealistyczna powieść, tak dziwna że nie wiem jak ją nawet opisać, utknę tu i nie przebrnę, a wypożyczyłam jeszcze jedną książkę tego artysty..! Ale że uparta jestem, czytałam dalej. Tak mnie wciągnęło, że wczoraj z bólem serca odkładałam wieczorem [a i tak dziś zaspałam], nie mogę się doczekać aż wrócę do domu i będę czytać, czytać, przeczytam i sięgnę po kolejną, no palce lizać, polecam wszem i wobec bo cudna lektura to jest! Humor, intryga, wątki kryminalne, lekomania, psychopatia, lujostwo i wszystko co sobie można zamarzyć. Ach!

      Za godzinę fajrant!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „szok termiczny”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 23 września 2014 14:56
  • piątek, 12 września 2014
    • szykuję się do wyjazdu :D

      na poważnie. Zrobiłam już listę rzeczy do zrobienia/kupienia/zabrania, znalazłam biblioteki w których są do wypożyczenia interesujące mnie książki, znalazłam piękną stronę internetową pokazującą jakie to ciekawe pająki można znaleźć na Fuercie [w tym Lactrodectus, czyli poczciwą czarną wdówkę ;)], namierzyłam knajpy gdzie można zjeść wegańsko [istnieją!], i wiem jak jest po hiszpańsku "bez jajek, bez mleka, bez mięsa". Sin huevos, sin leche, sin carne ;) oklaski. Planuję po pracy podjechać do RCKiK oddać krew, jeśli uda mi się wyrobić czasowo- jeśli nie, mogę jeszcze podjechać jutro. Obiecałam mamie, która będzie się opiekować Lolutą, że przed wyjazdem zaprowadzę ją do weterynarza [psa, nie mamę] na szczepienie, odrobaczenie i przegląd. Muszę jeszcze zrobić kilka prań, na szczęście wczoraj udało mi się wstawić ogórki kiszone. 

      Geczuki mi się okluły! Normalnie podchodzę sobie wieczorem do regału żeby zgasić światło, i zauważyłam jakiś ruch na ramce ze zdjęciami. Ponieważ kilka dni temu nie domknęłam terrarium i od tego czasu przyłapałam już trzy dorosłe gekony płaczące przemieszczające się radośnie po domu, myślałam że to kolejny zbieg. Odsunęłam ramkę, a tam taki ciupi ciupi strzępek, 3cm w kapeluszu. Drugiego znalazłam w terrarium, oczywiście skitranego w prowadnicy od drzwiczek. Mam więc dwa nowe smarki i nie bardzo mam czym je karmić.. przyszedł mi do głowy jednak genialny pomysł. W pojemniczku z gekami [po surówce] zrobiłam w deklu kilka dziurek, a do środka wsadziłam kawałek mocno dojrzałego banana. Postawiłam pudełko w kuchni, koło kosza z owocami. Pułapka na muszki owocówki najnowszej generacji, ekologiczna i czikająca, muszę to opatentować :D

      Byliśmy wczoraj na siłce, chyba ostatni raz przed wyjazdem. Miałam robić plecy, ale po pierwszym obwodzie dałam się namówić na spróbowanie treningu cross dla dziewczyn który odbywał się w małej, zielonej sali. Zrobiłam dwa obwody [normalnie są trzy], oczywiście przykozaczyłam i brałam największe ciężary jakie były, i pod koniec myślałam że już nie wyrobię. Fajnie, podoba mi się i chyba przyłączę się do sekty :D

       

      zapomniałam wspomnieć, że na Kociewiaka jechaliśmy autostradą!


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „szykuję się do wyjazdu :D”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      piątek, 12 września 2014 13:48
  • czwartek, 11 września 2014
    • IV Kociewski Rajd Enduro okiem orzecha :]

      ależ wczoraj miałam urwanie głowy, robiłam ofertę na przetarg w towarzystwie przestępującego z nogi na nogę i znacząco zerkającego na zegarek kuriera [który miał ową ofertę odebrać] i dwóch drukarek na zmianę odmawiających współpracy. Ofertę udało się wysłać, a dzisiaj widzę notkę na stronie Zamawiającego że zmienili sobie termin składania z 11.09 na 18.09. Eeech. Przynajmniej mam z głowy ;)

      Noo i we wtorek udaliśmy się, zgodnie z planem, do Itaki! Tak jak się obawiałam, okazało się, że większość [jakieś 90%] wycieczek które wiszą na stronach biur podróży jest: a) nieaktualne, b) zarezerwowane, c)zostało jedno/dwa miejsca. A my jesteśmy we czwórkę. Ostatecznie mieliśmy do wyboru dwie miejscówki na Fuertaventura i jedną na Kos. Grecka wyspa wydała się lepszą opcją, bo w tej samej cenie co pozostałe wycieczki mielibyśmy hotel o lepszym standardzie i all inclusive, no i greckie wyspy jednak są imo ładniejsze niż wulkaniczne Kanary, ale wylot był wcześniej i kolidował z pracą Oli, więc ostatecznie wybraliśmy Fuertę. Ale cudownie, jaram się jak gwizdek, lecimy w niedzielę, będzie bosko, strzaskam się na mahoń, złapię jakieś ładne robale na przemyt i będę oglądać kolorowe rybki :D [szkoda tylko że w moim wodoodpornym aparacie ZNOWU nawaliło gniazdo karty pamięci >:[ jak znajdę potwierdzenie zapłaty z tego serwisu który to robił to grrr...! mam tylko nadzieję że ciągle jest na gwarancji.. :( ]

      Także tego.

      Miałam ogarnąć fotki z Kociewiaka, i tak też uczyniłam.

      Sam rajd odbywał się w sobotę. W piątek wieczorem przyjechaliśmy do ośrodka nad jeziorem Deczno w Sulnówku, rzut beretem od Świecia. Na miejscu było mało osób, na polu namiotowym- tylko my i dwóch facetów. Muro zlokalizował swoją ekipę pod daszkiem, przy grillu i piwku. Dołączyliśmy się, skonsumowaliśmy grillowane pieczary [ :*] i ja- zupę-krem z biedronki, BARDZO dobrą, szkoda tylko że widziałam ją tylko w jednej biedro.. Panowie sobie pogadali, pochichrali się, pogrozili sobie ["to jest bardzo trudny rajd, my go znamy na pamięć i z zamkniętymi oczami, i przejechanie go zajmuje nam 4,5h"-słowa organizatorów], licytowali się kto się pierwszy posypie, kto utknie w błocie, kto nie podjedzie pod górkę, kto ma najgorszy motocykl i tak dalej. Po czym część pożegnała się, i powiedziała że idą spać żeby mieć jutro siłę. Spojrzałam na zegarek..była 22. Profeska. Kilku szaleńców zostało, my ewakuowaliśmy się jakieś pół godzinki później. Namiot z decathlona, typu trzepnij-i-sam-się-rozkłada to REWELACYJNE rozwiązanie, trzeba tylko odpiąć kilka sznurków, rozciągnąć namiot i wbić siedem śledzi, i można się wprowadzać. Zupełnie inna technologia niż pamiętam z wyjazdów z rodzicami :D Bomba! Spało się świetnie, następnego dnia wczesnym świtem [o 7] pobudka, bo o 9 start rajdu. Pan Mąż wstał przed budzikiem, tak go nosiło. Zjadł kawę, pół bułki i pół jakiejś paczkowanej sałatki i na nic się zdały moje rozpaczliwe jojczenia że padnie z głodu na trasie i pożrą go kojoty.. On tak ma, że rano żołądek jest out of order i basta. Dałam mu na drogę żele energetyczne dla sportowców, żeby miał cokolwiek, bo jak się nie daj buk zgubi w tym lesie [trasa rajdu to 130km!] to będzie musiał gryźć glebę, i to dosłownie. O 9 spotkanie wszystkich na placu [300 maszyn- po połowie quady i motocykle], informacje organizacyjne [we wsiach zwolnić, patrzeć na znaki, nie pchać się, bla bla bla ;)], błogosławieństwo i ruszyli!

       

      no i.. tyle. Co teraz? Pogoda była piękna a mnie czekało kilka godzin oczekiwania na powrót peletonu. Ogarnęłam więc sobie kawkę, pomalowałam paznokcie [tak tak, w namiocie-wiem ;)], poczytałam książkę ["Krucyfiks", o psychopatycznym mordercy-trzyma w napięciu!], wzięłam rower i pojechałam na zwiad. Docelowo kierowałam się do Świecia na rekonesans. Trzeba było zrobić zakupy, a niestety nie wzięłam blokady rowerowej więc i tak wróciłam z powrotem do ośrodka [do Świecia długa, szeroka i prosta droga rowerowa, 11km w obie strony, nuda]. Zakupiłam niezbędne rzeczy, takie jak piwo i cukinie, wróciłam, zamarynowałam cukinię i zjadłam sobie pumpernikiel z warzywnym pasztetem i sałatką [w plastikowej misce po zupie z biedronki ;)], wzięłam rower i poszłam się karnąć do lasu. Nie jeździłam za długo, bo po pierwsze było bardzo sucho, a ja nie lubię jeździć po plażowym piachu, a po drugie zza zakrętu zaraz wypadł na mnie jakiś wariat na motocyklu ;) okazało się, że las wokół ośrodka to też trasa rajdu, więc stwierdziłam że bezpieczniej będzie się ewakuować. 

      baza: garderobo-garażo-warsztato-kuchnio..samochód ;)

      Wróciłam więc do ośrodka i poleniłam się trochę czytając książkę, a później wzięłam aparat i poszłam na ostatni odcinek rajdu, który stanowił tor hard enduro z przeszkodami, i oczekiwałam tam na mojego ślubnego uwieczniając sztuczki magiczki. I tak udało mi się przyłapać:

      skoki

      podskoki

      ..?

      szarże

      konsultacje

      zatory

      rzut motocyklem

      i inne fikołki.

      Jak już się chwaliłam, T. przybył na metę na 35 pozycji, z czasem ca 4,5h. Niektórzy jeździli po tym lesie 7h.. powinni dostać ordery. Albo mapy, na przyszły raz ;)

      W każdym razie T. wrócił w jednym kawałku, szczęśliwy, brudny jak przysłowiowe nieboskie stworzenie i padnięty ze zmęczenia. Przywrócenie go do stanu używalności trwało jakieś 2 godziny, więc mieliśmy przed sobą jeszcze kawałek dnia. Słońce grzało, a wody jeziorka Deczno pod którymi pływały małe okonie i płotki tak zachęcające lśniły, że zdecydowaliśmy się zażyć ostatniej w sezonie kąpieli w jeziorze. Wpadliśmy do wody, straciliśmy czucie w elementach składowych i wypadliśmy. To była błyskawiczna kąpiel ;)

      Wieczór spędziliśmy w towarzystwie tych rajdowców i organizatorów, którzy zostali na noc [niewielu ich było], ale około północy większość już odpadła [oczywiście ze zmęczenia po zawodach ;)] więc i my poszliśmy w kimono. Następnego dnia mało kto został w ośrodku, więc wybraliśmy się we dwójkę na spacer do lasu. Mogłabym przysiąc, że widziałam całe stada zielonych dzięciołów i dwie sójki, ale mój sztruclowaty aparat miał ogromne problemy z ogarnięciem ostrości, więc mam tylko

      dzięcioła dużego :)

      a nawet dwa!

      Atmosfera na imprezie, jak już pisałam, była bardzo miła i przyjazna, dużo bardziej mi się podobało niż na tym nieszczęsnym zlocie atomowym gdzie byliśmy chyba w lipcu. W zasadzie, to spodobało mi się samo jeżdżenie na enduro.. nie żebym miała okazję próbować. Ale obawiam się że nie stać mnie na takie hobby..i jeszcze długo nie będzie. Zadowolę się rowerem ;) A teraz śmignę na pocztę wysłać deklaracje do zusu, prawda.

      ciao!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „IV Kociewski Rajd Enduro okiem orzecha :]”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      czwartek, 11 września 2014 15:20
  • wtorek, 09 września 2014
    • bilans na plus

      tak tak, radośnik był piękny! Pogoda dopisała nam ogromne, spanie pod spontanicznie kupionym namiotem przebiegło bez zakłóceń [swoją drogą, jakie to ZABAWNE że kiedy przez wakacje próbowałam namówić Pana Męża na jakiś namioting to się zapierał nogami i rękoma- że nie lubi, zimno, gorąco, twardo, robale, ciasno, cośtam. A tu proszę, wystarczyło zorganizować zlot endurowców żeby sam z siebie pognał do Decathlona po namiot.. ;)]. Towarzystwo sympatyczne, ośrodek elegancki, atmosfera świetna- no i obeszło się bez żadnego złamania! To znaczy w naszej drużynie, bo inni mieli mniej szczęścia- poszła jedna ręka i noga, obojczyk, nadgarstek a nawet.. kręgi szyjne, niestety. Złamasom życzymy zdrowia.

      Mój wariat zajął zaszczytne 35. miejsce [na 150 motocykli], co jest świetnym wynikiem, zwłaszcza że to był jego pierwszy tego typu rajd [ale coś czuję, że nie ostatni ;)]

      Muro-enduro :D jutro wstawię więcej fotek, tylko je ogarnę..

      Jak wspominałam, plan był taki żeby w niedzielę wstać rano i jechać do Bełchatowa, ale życie zweryfikowało ;) stwierdziliśmy że po prostu nam się nie chce spędzić 7h w samochodzie. W przyszłym roku może się uda :)

      Szkooda mi było strasznie wyjeżdżać, bo ciepło się zrobiło, słońce grzało, a na dodatek w lesie w którym cała impreza została zorganizowana odkryłam wielkie stada dzięciołów i sójek.. No ale niestety, mus to mus. 

      Jednak wszystko wskazuje na to, że to nie koniec atrakcji, bo po wczorajszym spotkaniu z Olą i Michałem zdecydowaliśmy się na jak najszybszy wykup wycieczki, bo ceny nie spadają a ofert ubywa. Zatem dziś jedziemy do biura podróży i wybadamy co mają nam do zaoferowania ^^

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „bilans na plus”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 09 września 2014 15:40
  • piątek, 05 września 2014
    • a było to tak...

      ..jakiś czas temu mąż mój zgłosił swój udział w rajdzie enduro znanym jako Kociewiak. 

      [fotka z zeszłego roku]

      Fajnie fajnie, ma hobby to niech je rozwija, bo jakbym miała męża którego jedyną pasją jest telewizja i internety, to chybabym nie wyrobiła nerwowo. Próbowałam się na ten rajd wprosić żeby popatrzeć, skorzystać z wypoczynku na świeżym powietrzu [to było jeszcze w czasach kiedy wierzyłam, że na początku września ciągle jest lato], ale T. skutecznie mnie demotywował mówiąc że będę się nudzić, bo ten rajd ma 130km i nawet nie będziemy się widzieć, że bez sensu i w ogóle. Poddałam się więc i planowałam samotne spędzenie soboty [miałam nadzieję na wypad rowerowy z Grupą Rowerową Trójmiasto], malowanie paznokci, czytanie książki i takie tam rzeczy na które ostatnio nie mam czasu.

      Ażtunagle..! Dzisiaj okazało się, że jednak mój wspaniałomyślny małżon zabierze mnie [i mój rower]. Wyjazd dziś o 18. A po Kociewiaku celujemy na Megawatt w Bełchatowie!

      także niestety, znowu nie zrobię sobotnich porządków.. trudno! Najpierw obowiązek, potem przyjemność- jak to mówili legioniści w komiksie "Asterix & Obelix", prawda. A towarzyszenie ślubnemu jest moim jak najbardziej obowiązkiem ;)

      Jeszcze tylko trzeba opiekę dla psicy znaleźć.

      Chciałam pochwalić się zdjęciem wypasionej lazanii jaką ostatnio zrobiłam, ale cholipka nie wzięłam kabla do telefonu, więc musicie obejść się smakiem ;) 

      A teraz muszę chwilowo wrócić na ziemię. Mam do zrobienia jeszcze kilka aranżacji, i czuję że już mam kwadratowy tyłek od tego siedzenia przed kompem.. ale już tylko 1,5h, i będę siedzieć w samochodzie ;)

      tymczasem, w nawiązaniu do aktualnej sytuacji w domu


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „a było to tak...”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      piątek, 05 września 2014 14:36
  • czwartek, 04 września 2014
    • Wpis bez tytułu

      Nie ma sensu pisać o tym, że czas zaiwania i że lato się kończy, bo wszyscy to piszą i nic się w związku z tym nie zmienia :P średnio co drugi dzień spędzam ostatnio w Kościerzynie, na przygotowaniach mebli w Inkubatorze do odbioru, który ma nastąpić jutro. Ostatni gwizdek, bo od poniedziałku pani burmistrz idzie na dwutygodniowy urlop. Mam nadzieję że w związku z tym w piątek będzie w dobrym humorze, ja bym była :)

      W radośnik zaliczyliśmy wesele Oli i Michała. Fajnie było, jednak na jakiś czas mam dość wesel.. strasznie to męcząca impreza. No, ale przynajmniej miałam co jeść- barszcz, surówki, owoce. Nie powiem żebym się objadła, ale nie o to chodzi zwłaszcza jak się ma na sobie sukienkę co to nie wybacza.

      Teraz musimy opracować plan działania, bo polujemy na wycieczkę w last minute, ale chyba jest duże wzięcie bo oferty nie powalają na kolana atrakcyjnością. Jak sobie pomyślę że przed sezonem można było ustrzelić all inclusive w Grecji za 900pln to aż mi oko lata.. życie.

      No, a co tam poza tym? Ogarniamy, jakiś czas temu zaliczyliśmy mały zlot motocyklowy na festynie w Mierzeszynie. Impreza organizowana przez Fundację Pana Władka, na miejscu motocykliści zapewnili lokalnym dzieciakom rozrywkę w postaci krótkich przejażdżek, oczywiście wszystko pod nadzorem straży, na zamkniętej ulicy itp. Niesamowite, ile radochy może dać taki krótki wypad, panowie nie mogli się wprost opędzić od małoletnich fanów motoryzacji, śmigali wszyscy, chłopcy, dziewczynki, 10- i 17- letni, ciężko było się wyrwać i pożegnać!

      oprócz tego niewiele, praca, coś upichcić na obiad, wróciliśmy na siłkę więc też i treningi, dodatkowo T. wyraził chęć znowu spróbowania diety bezmięsnej więc trochę staję na głowie chcąc mu zrobić jakieś pyszności, ale nie bardzo wiem czym go podjąć.. tu makaron z dynią i grzybami [z mężowskiego zbioru] [grzyby, nie makaron ;)]

      racuszki z bananem i nektarynką, idealna opcja na leniwe radośnikowe śniadanko!

      kupiłam w biedronce takie cudaki

      przypomniała mi się Teneryfa, gdzie opuncje rosły dosłownie wszędzie, nie wiedziałam że te ich pypcie są jadalne :) przywiozłam sobie nawet jedno odgałęzienie które mi teraz.. hmm.. albo rośnie albo zdechło i trzyma pion, pewnie jest w szoku po zmianie warunków ;)

      co do owoców opuncji to jestem mało entuzjastyczna- ciężko cholerę obrać, w środku składa się niemal z samych pestek i smak ma taki.. nijaki.

      A, no i wczorajszy obiad w odsłonie "day two"- dzisiaj na drugie śniadanie wcinany w robocie, burger warzywno-fasolowy w domowego wypieku bułce z sojonezem, kepuczem i warzywami, mm! Moje comfort food zdecydowanie, to nic że podczas jedzenia ucieka na wszystkie strony i smaruje sosami brodę i palce.. to takie pierwotnie przyjemne, unorać się jedzeniem :D 

      Leniwa Lola korzysta z ciepłego, jesiennego słoneczka...

      z uśmiechem.

      ahh jak ja jej zazdroszczę..!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      czwartek, 04 września 2014 12:49
  • środa, 27 sierpnia 2014
    • STRASZNE!

      Mój mąż wybrał się dziś na spacer do lasu. I przysłał mi zdjęcie siatki pełnej GRZYBÓW. To jak metaforyczne sypnięcie garści ziemi na trumnę z napisem LATO.. Wciąż myślę o tych sandałkach, krótkich spodenkach i bluzeczkach które ledwo wyciągnęłam z czeluści kanapy.. [dzisiaj wypranej] i nie założyłam ich ANI RAZU. Co za oszukaństwo! Przy życiu trzyma mnie wizja wakacji last-minute po sezonie, na które planujemy się wybrać, tylko ceny coś nie chcą spaść :/ zobaczymy jak się ułoży..

      A tymczasem, cały wczorajszy dzień spędziłam w Kościerzynie-meblujemy tam ostatni z inkubatorów, i okazało się że brakuje dwóch stelaży do stołów konferencyjnych. Normalka, zawsze coś.

      Moja rozmowa o podwyżce nie przyniosła oczekiwanego skutku. Ojciec dyrektor stwierdził, że woli system niskie wynagrodzenie+premie, czyli dupa blada. Ale czeka nas jeszcze o rozmowa o zmianach w firmie, bo koleżanka matka od 1 września zaczyna nową pracę- na stanowisku nauczycielki angielskiego w podstawówce w Cedrach Wielkich.. więc zostanę jedynym pracownikiem. Ahm.

      Kiedy jest zimno, mam gastrofazę. Idę sobie ugotować makaron [z pietruszkowym pesto i suszonymi pomidorami, mm!]

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „STRASZNE!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 27 sierpnia 2014 14:09
  • piątek, 22 sierpnia 2014
    • Co kryją Kaszuby- ostatni dzień relacji

      Ozdrowiałam się na tyle, że pomimo zwolnienia jestem znowu w pracy. Oczywiście samochodem. Fajnie że dzisiaj piątek ;) Miałam opisać jeszcze ostatni dzień naszej kaszubskiej tułaczki, więc heja:

      

      Niedziela była ostatnim dniem naszej włóczęgi po okolicy- razem z Olą i Michałem pojechaliśmy do Łapalic, gdzie stoi słynny zamek. Jeśli ktoś tam nigdy nie był, naprawdę warto się wybrać! Nie polecam sandałków ani małych dzieci czy piesków- zamek jest oficjalnie placem budowy i wstęp na jego teren jest zabroniony [taak, taaak... ;)]. Budowę rozpoczął w latach 80. gdański rzeźbiarz, Piotr Kazimierczyk [Michał mówił, że ś.p.]. Podobno miał to być wstępnie dom z pracownią, wyszedł zamek o powierzchni 5 000 m2, z dwunastoma basztami, bramą wjazdową, basenem, fontanną i niezliczoną ilością pomieszczeń. Niestety, w tak zwanym międzyczasie skończyła się kasa, a sam inwestor popadł w konflikt z nadzorem budowlanym [pozwolenie na budowę domu nie do końca pasuje do wybudowanego zamku]. Nastąpiły lata procesów sądowych, w 2012r Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego w Kartuzach zatwierdził dokończenie zamku, ale zgody nie wyraził.. Wojewódzki Inspektor Nadzoru Budowlanego. A dziwaczna budowla stoi, niszczeje i stanowi nie lada atrakcję..

      

      Jak widać, zamek jest niezabezpieczony [tabliczki ostrzegawcze się nie liczą], więc trzeba być czujnym jak czujka

      bo można spaść. Albo wpaść w 

       albo w niedoszły basen :)

      tudzież sturlać się ze schodów [a jest się z czego turlać!]

      Widać, że ktoś wsadził w ten zamek naprawdę furę pieniędzy, choćby po szalunkach na suficie [dłuugo to trwało zanim pojęłam o co z tymi szalunkami chodzi.. no bo jak wlać beton na sufit? Hę? Ja już wiem ;)]

       

       widok na zamek od strony ogrodu

      i graffiti. Też lubię kaszę ;)

      Także polecam zamek obejrzeć [póki stoi i można tam wejść], robi naprawdę piorunujące wrażenie!

      Wracając z zamku zajechaliśmy do słynnej [podobno] pizzerii w Karczmie w Kczewie. Pizza na grubszym cieście niż lubię, okazała się baardzo smaczna [przy okazji wprawiłam w osłupienie kolejnego pizzermana: bez sera?!]. Zresztą kolejka w samej karczmie świadczyła dobrze o tym, co można w środku zastać. Nie wgłębiałam się w resztę menu, ale obawiam się że vegi oprócz pizzy bez sera i mięsa mogą zjeść.. hmm.. pewnie frytki i to wszystko ;)

      Jadąc dalej minęliśmy tabliczkę kierującą na muzeum Voklswagena w Pępowie. To kolejna atrakcja którą mijamy często i obiecujemy sobie że kiedyś, gdzieś, a jeśli jutro nas rozjedzie tramwaj to co? Stwierdziliśmy więc że carpe diem i pojechaliśmy oglądać samochody dla ludu ;)

      Bardzo fajna galeria. Eksponatów dużo, wielka kolekcja zabawek, samochody zadbane z zewnątrz i wewnątrz też

       

      ciekawostki, smaczki, szmery bajery

      do tego cudaka wsiada się..przez maskę!

      Bardzo podoba mi się to, że w samochodach umieszczono różne epokowe akcesoria- np. kolekcję gibających głowami piesków na koronkowych serwetkach

      Albo szałowe damskie dodatki

      Odhaczone :) Jak ktoś akurat przejeżdża obok, warto wpaść do Pępowa i zobaczyć galerię.

      Podsumowując, urlop mieliśmy udany- nie żałowaliśmy sobie atrakcji, wykorzystywaliśmy wolny czas, nie oszczędzaliśmy jakoś zbytnio- a na 3 osoby wydaliśmy tyle, ile kosztowałyby nas.. 4 noce w domku w Borsku. Da się? :o)

      Jutro sąsiedzi planują zrobić grilla na dzielni- oby pogoda dopisała! A jak nie dopisze.. to kaloszki na nogi i po opieńki!

      A, miałam się pochwalić moim rysuneczkiem. Dość niewyraźny wyszedł [?], ale oto on! 

      Jaszczurka w kwiatkach, dokładniej- felsuma madagaskarska w kwiatach plumerii. Proszę nie pytać co symbolizuje- to jaszczurka w kwiatuszkach, do diaska :)

      Za tydzień minie pół roku odkąd ją dziabnęłam. A to oznacza, że będę mogła oddać krew!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Co kryją Kaszuby- ostatni dzień relacji”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      piątek, 22 sierpnia 2014 12:25

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa