Wpisy

  • środa, 29 kwietnia 2015
    • Potrzebna stylistka!

      w piątek z rana jedziemy w okolice Olsztyna, żeby wziąć udział w ślubie i weselu mojego kuzyna. Jeszcze nie wiem co założę, ale spoko, to nie ja wychodzę za mąż więc nie ma co szaleć ;) muszę znaleźć pantofelki które pomieszczą owiniętą bandażem spuchniętą kostkę, i sukienkę pasującą do siniaków. Będzie fajosko ;)

      W ogrodzie robi się zielono. Znaczy się, trawa kiełkuje. Dobrze dobrze, niech kiełkuje, pragnę chodzić po niej boso.. A na razie nie można, bo błoto stopy wsysa.

      Trenujemy motki przy każdej prawie okazji. Choćby na godzinkę, na tor.. Ten mój mąż to cierpliwy jest, podziwiam go. Mi by się nie chciało ;) skręcanie w prawo z poślizgiem już mi jako tako wychodzi. Muszę jeszcze poćwiczyć skręcanie w lewo. Najlepiej by się do tego nadał tor żużlowy..

      Byłyśmy wczoraj z Lolindą u weta. Pominę milczeniem to, że droga powrotna zajęła nam 90minut.. [droga "tamże"-20min] Doktor znowu pomacał jej gałkę oczną tym dyngsem do mierzenia ciśnienia, wyszło, że kropelki nie pomogły. Zalecono ablację ciała rzęskowego. Cokolwiek by to nie było, kosztuje 350pln. Zrobię rekonesans w innych przychodniach, ale jak nie znajdę taniej, to cóż. Trzeba ten zabieg wykonać. I tak dobrze, że nie jest człowiekiem, zaoszczędza się na składkach zdrowotnych.

      Z ostatniej premii zaszalałam i sprawiłam sobie kamerkę sportową [i łożyska główki ramy, i reperaturki do pompy paliwa]. Nie jest to GoPro, bo aż tyle dukatów to nie mam, ale odpowiednik dla biedoty, i sprawuje się całkiem elegancko :) Teraz muszę zacząć fruwać pod niebiosa, żeby było co nagrywać!

      A tak poza tym, to mamy dzisiaj rocznicę ślubu. Czwartą. I zamówionego na wieczór kolegę-mechanika do wymiany tychże łożysk główki ramy w moim motku ;) cóż, każdy świętuje jak lubi!

      Żeby nie było tak zupełnie goło, to zaprezentuję znalezioną na spacerze traszkę

      przepraszam za molestowanie, ale musiałam pokazać, jaki ma brzunio!

      niełatwo dziada wypatrzeć w trawie

      a to już nasze domowe :) geczuki.

      kochasie, nie? :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Potrzebna stylistka!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 29 kwietnia 2015 15:30
  • wtorek, 21 kwietnia 2015
    • no właśnie!

      wiedziałam, że podbiał! Przypomniało mi się, jak zobaczyłam w aptece popularne tabletki na gardło.

      Zresztą ja mam słabą pamięć do żółtych kwiatków. Aktualnie kombinuję nad jakimiś owocowo-kwitnącymi roślinkami do ogrodu i do posadzenia pod oknem sypialni [rozbujałam się trochę ogrodniczo :)], i przyszły mi na myśl te krzaki, które teraz kwitną dziko na żółto. Tak naprawdę, że jeszcze drzewa liści nie mają, a one już kwitną. Są na "f", to wiem.

      Cały dzień mi chodziły po głowie. Nie wymiękłam i nie rzuciłam się na Google, chociaż na pewno by mi pomogło. Nie, sama muszę sobie przypomnieć, choćby nie wiem jak bardzo mnie wkurzały floksy na końcu języka [metafora taka ;)], bo moja babcia ma na działce floksy i jakoś się do mnie przylepiły.

      Nie floksy, cholera jasna, przecież to nie floksy.

      Jechałam gdzieś z Tomim, do sklepu chyba. Patrzę sobie przez okno samochodu na mijający świat, i nagle.. FORSYCJE! Tak, przecież to forsycje! Sukces! :D

      Ale już w drodze powrotnej do domu myślałam tylko o floksach..

      Muszę sobie kupić tabletki na pamięć, słyszałam reklamę w radio. Tylko jak one się nazywały..? ;)

       

      Wróciliśmy z weekendowego szkolenia Enduro ES! Okazało się, że cóż z tego, że umiem przejechać się po strasznym torze w Bąkowie. Cóż, że podskakuję na górkach. Marność, wszystko marność, skoro technika badziewna. Przez dwa dni intensywnego szkolenia [właściwie miałam nauczanie indywidualne, jako największa łajza z grupy, nie było nikogo o tak żadnych umiejętnościach ;)] pracowałam nad pozycją przy gazowaniu, hamowaniu, skręcaniu i jechaniu bokiem. Dzisiaj już jako tako żyję, ale wczoraj miałam takie zakwasy, że nie mogłam sobie sznurówek zawiązać. Oprócz tego troszkę skręcona kostka i siniaków jak u ofiary stłuczki, no ale jak jest człowiek kaleczny to zawsze się urządzi, choćby był zakuty w ochraniacze od góry do dołu. 

      Zadowolona jestem bardzo, pan mąż nie mniej, będę teraz musiała dużo ćwiczyć przed wyjazdem do Rumunii, myślę, że kosztem siłki, trudno. Są priorytety ;) 

      W międzyczasie jeszcze pyknęłam wizytę do Koszalina na realizację- idzie dobrze, pewnie w tym tygodniu faktura, i dobrze, bo potrzebuję premię- złamałam rączkę od ciepłego ssania w motku, no i mam do wymiany łożyska główki ramy i pompę tylnego hamulca. Dobrze, że Tomi ogarnia takie sprawy ;) planuję sobie kupić w Juli robocze portki i razem z nim koczować w garażu. Muszę się dowiedzieć co tam w bebechach mojego kucyka siedzi :)

      na zdjęciach fika pan mąż.

      i ekipa

       

       A teraz lecę robić inwentaryzację!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „no właśnie!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 kwietnia 2015 14:41
  • czwartek, 09 kwietnia 2015
    • miałam pomysł na tytuł

      ..ale mi wywietrzał z głowy. Trudno ;) dzisiaj będzie trochę zdjęć, bo dawno nie wrzucałam, a kilka mi się udało pstryknąć.

      W ogóle to raduje się moje serduszko, bo mamy znowu słońce za oknem! Więc jest szansa, że czekające nas prace rolnicze [rozsypywanie nawozu i sianie trawy] nie odbędą się przy akompaniamencie gradobicia, jak to miało miejsce ostatnio, kiedy sadziłam świerczki i myłam okna [a coś czułam, że nie należy myć]. Oprócz tego jest także szansa, że WRESZCIE uda mi się pojeździć na motku, bo już w następny weekend szkolenie, a ja tak dawno nie jeździłam, że jest duże prawdopodobieństwo, że znowu wszystko zapomnę i będę zmieniać biegi hamulcem [ku uciesze gawiedzi].

      W ogóle to boję się okrutnie, bo na tych szkoleniach jest bardzo wysoki poziom, a ja jestem, hm.. mocno początkująca. Wspominałam, że zdarza mi się próbować zmieniać biegi hamulcem? ;)

      No ale nic, damy radę. Najwyżej nie damy, nie ma co dramatyzować :P Wypocznę sobie na wsi.

      Jutro czeka nas akcja ogarniania nowej firmy- sprzątanie, poprawianie mebli itp. Ja będę pewnie szlifować i malować stare drzwi łazienkowe i zaprawki na ścianach, także parada atrakcji. A w międzyczasie skoczę sobie dla Zusu [należy mi się trochę przyjemności] załatwić pewien papierek, który chciałam załatwić już dziś, ale w okolicy Urzędu [i w okolicy dwóch ulic w każdym kierunku] ZUPEŁNIE nie było gdzie zaparkować. Tak oto chętnie Zus przyjmuje swoich kochanych interesantów ;) ale ja ich wykiwam, jutro pojadę rowerem.

      To teraz fotecki okolicznej fauny i flory.

      Stałam sobie pewnego dnia w kuchni łuskając i chrupiąc orzechy włoskie [omega-3!], a za płotem podobnemu zajęciu [tylko obiektem były bazie] oddawały się dwa koziołki o puchatych parostkach [to ich poroże :)]

       

       

      irytuje mnie czasem ten płot, chyba go wytnę.

      Oprócz tego mam takie wiosenne pomponki

      prawda, że śliczne? Uwielbiam modraszki za te ich małe dzióbki jak u raniuszków [które są najsłodszymi ptaszkami ever] i ogólną kulistość :)

      a także kwiatulki [za cholerkę nie mogę sobie przypomnieć jak się nazywają, a przecież to taka pospolita roślinka, no dziura w głowie! O.o ]

      czy jest w tym jakiś kruczek? :)

      to jeszcze gratis nasza ślepa kiszka- Lola i jej płazowata poduszka [odziedziczona po mnie- pamiętam, jak dostałam ją od rodziców na Mikołaja..! Wszystko zostaje w rodzinie ;)]

      marzy mi się noc w lesie, jak już będzie ciepło. Taka w namiocie, w dziczy. :)

      PS. Przyszły zamówione książki- cała Mary Roach ["Sztywniak", "Duch", "Bzyk" i "Gastrofaza"] oraz przewodnik po Rumunii i rumuńskie rozmówki. Mam co czytać :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „miałam pomysł na tytuł”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      czwartek, 09 kwietnia 2015 15:51
  • sobota, 04 kwietnia 2015
    • prima aprilis..psia jucha.

      Że tak zaklnę staropolsko sobie. Pierwszy kwietnia sprawił mi tyle psikusów, że dopiero się po nim pozbierałam ;) 

      Zacznijmy może od wprowadzenia: od jakiegoś czasu na Morenie, czyli tam gdzie mamy jeszcze starą firmę, zintensyfikowały się kradzieże. To tam ukradziono mi lampkę z przypiętego roweru, i wtedy mówiłam, że nic mnie już nie zdziwi. Złodzieje postanowili mi udowodnić, że się mylę, i tak oto ukradziono nam jeszcze krzesło obrotowe z paki samochodu, znaczek volkswagena (w ramach rekompensaty na jego miejsce wetknięto puszkę po napoju alkoholowym marki Żubr), tylną wycieraczkę i korek wlewu paliwa. Czarę goryczy przelała kradzież magnesów reklamowych z auta (no srsly, na co to komu?!),wtedy to szef wykupił miejsce na parkingu strzeżonym i od tego czasu tam właśnie parkujemy. 

      Tyle tytułem wstępu. Więc kiedy w środę udaliśmy się do nowej firmy zabrać stamtąd blaty do przycięcia.. Przechadzałam się po biurze, zajrzałam do zakątka kuchennego.. I ejże, ale gdzie jest płyta kuchenna? Tak. Nie wiem jakim sposobem, kiedy ani oczywiście kto, ale uprowadzono nam z kuchni płytę grzewczą. I wkrętarkę. Cuda na kiju.. Musimy wymienić wkładki w drzwiach, bo śladów włamania nie było. Na szczęście alarm już jest aktywny, więc go uzbroiłam i jeśli kradziej wróci, mam nadzieję że syrena go spłoszy. 

      Ręce mi opadły.. Naprawdę, myślałam, że te radosne czasy rozkradania wszystkiego jak popadnie już przeszły..najwyraźniej niekoniecznie. Masakra.

      A więc tak się zaczął prima aprilis. Kiedy zadzwoniłam do Tomiego mu o tym opowiedzieć, myślał, że go wkręcam i ciężko mi było go przekonać, że to na serio.

      Na domiar złego pakując blaty na samochód ojciec dyrektor coś sobie zepsuł z kręgosłupem, i do dzisiaj chodzi poskręcany w chińskie osiem, ledwo siada i ogólnie wygląda jak siódme nieszczęście.

      Ledwo wróciłam do firmy, zadzwonił telefon. Okazało się, że włączył sie alarm u nas w domu, Tomi nie może się dodzwonić do żadnych sąsiadów i nie wiadomo o co chodzi. No więc załadowałam się w auto (i tylko raz musiałam się cofnąć po kluczyki) i pojechałam na osiedle. Kiedy otworzyłam drzwi do mieszkania, między moimi nogami uciekła z niego.. Przerażona Lola. Okazało się, że ekipa remontowa u sąsiadówza ścianą miała akurat dziś dzień wielkiego kucia. Pies był tak przerażony, że biegał po całym mieszkaniu rozpaczliwie próbując się schować, i wzbudzając czujki alarmu. Ciężko mi ją było zagonić do mieszkania, a jak już się udało, wkładała głowę między drzwi a framugę, żeby jej tylko samej nie zostawić.. Chcąc nie chcąc, wpakowałam ją do auta żeby zabrać ją do pracy. Wzięłam też jej książeczkę zdrowia, to przy okazji zaliczy się wizytę kontrolną u weta (po przebytej infekcji oczu). 

      Na liczącej 5km trasie między domem a pracą, zestresowana i przerażona Lola zwymiotowała w samochodzie.

      Następnie zrobiła kupę.

       W samochodzie.

      Tylko spokój może nas uratować..

      Dowiozłam ją do roboty cały czas mantrując i myśląc, że gdyby przytrafiło się to mojemu ślubnemu, pewnie wybuchłaby mu głowa.

      Zaprowadziłam Lolę do biura, zostawiłam po dobrą opieką, zaopatrzyłam się w gumowe rękawiczki, ręczniki papierowe, odpowiednie środki czyszczące  i odświeżacz powietrza i poszłam na parking posprzątać apokalipsę. Oczywiście, lał wtedy taki deszcz, że natychmiast przemokłam.

      A samochód to mogę teraz spalić albo utopić w jeziorze..

      Ogarnęłam na tyle na ile się dało, skończyłam pracę i pojechałam z uspokojoną już (i przeczyszczoną) Lolą do weta.

      Niestety, okazało się, że prawe oko jest mocno niepokojące, i pani wet zaleciła wizytę u specjalisty- psiego okulisty w Brzeźnie. Tak więc w najgorsze korki przepchałyśmy się moim skażonym samochodem przez pół miasta, do Brzeźna. Na miejscu pan doktor obejrzał Lolę, zakropił jej coś w ślepia i dziobał jej oczy takim dyngsem do mierzenia ciśnienia w gałkach- naprawdę bardzo dzielna jest ta nasza Lola, miała okropny dzień, a tu jeszcze jakiś obcy facet ją dziobie w oczy i weź tu zachowaj spokój i nie odgryź mu nosa. Kochana jest, drugiego takiego kluska to ze świecą! Pan doktor wybadał, że prawe oko ma mocne nadciśnienie. Bardzo mocne. No i nie działa, tzn Lola jest w połowie niewidoma. Zalecił stosowanie specjalistycznych kropelek, które mają pomóc, bo jeśli nie pomogą, to oko trzeba będzie niestety usunąć :( tak naprawdę dla Loli to nie jest tak istotne, bo ona na to oko i tak już nie widzi, poza tym, dla psów jednak wiodącym zmysłem jest węch. I to utrata tegoż, a nie wzroku, byłaby prawdziwym dramatem. Dla nas bardziej niepokojąca może być wizja wypstrykania się z kilku stów za zabieg (bo za samą wizytę pan doktor skasował dwie), no ale czego się nie robi dla najbardziej kosmatego członka rodziny zakończonego ogonkiem, nie? :) 

      Po tak uroczym dniu reszta tygodnia minęła stosunkowo spokojnie. Teraz muszę sobie zrobić kawę, naprawić powyginane świerczki w ogrodzie, ogarnąć chatę i przygotować jakąś szamę, bo z jednej strony my świąt nie obchodzimy, ALE JEDNAK babcia i dziadek zapraszają do siebie jutro rano, a po południu jest chrzest Tomiego bratanicy, więc jakiś hummus wypada ukręcić.

      O, świetnie, właśnie zaczął padać GRAD.

      Dzisiaj zdjęć nie będzie, zresztą, uwierzcie mi- nie chcecie tego oglądać ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „prima aprilis..psia jucha.”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      sobota, 04 kwietnia 2015 11:55
  • poniedziałek, 30 marca 2015
    • żyję, żyję.

      przepraszam, znowu obrosłam grzybem. Nic mi nie jest, to pewnie przesilenie wiosenne czy coś ;) w międzyczasie: robota jest, remont w biurze dobiegł końca- czekamy na dostawę zamówionych krzeseł i można się przenosić. Treningi w Sopocie dobiegają końca, dzisiaj ostatni który mnie ominie, bo miałam rano wyrywany ząb [ósemka] i dent zakazał się przeciążać :( Do 10.04 pewnie będę jakieś dywanówki trzaskać, a później wrócimy na Nowy Horyzont. Cóż dalej? Szalejemy w ogrodzie. Rozrzuciliśmy 28 ton ziemi [!!], kupiliśmy 50 sadzonek świerka na żywopłot i mamy co robić. Szkoda tylko, że pogoda się skefiła. Szkolenie enduro zanosi się na 17.04. Zwierzaki zdrowe, chociaż Lola mocno przyślepła na prawe oko, no ale ma już 12 lat, jej prawo. 

      Myszy obudziły się ze snu zimowego :)

      halo halo, jest tam kto?

      

      geczuki też nie próżnują, kolejne 10 dzieci poszło na handel. Jakkolwiek okrutnie by to nie brzmiało, muszą zarobić na swoje świerszcze i karaczany tureckie ;) 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „żyję, żyję.”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 marca 2015 16:04
  • poniedziałek, 02 marca 2015
  • środa, 25 lutego 2015
    • trytytka dobra na wszystko!

      Ano tak. Pogoda jest już taka, że oswoiłam się z myślą, że zima już RACZEJ nie wróci. Z jednej strony- super, bo kto nie lubi wiosny? Słoneczka? Ciepełka? Zielonej trawki i bazi [widziałam wczoraj]? Ale z drugiej.. mam jakiś taki niedosyt. Lubię mroźne, śnieżne dni, kiedy świeci słońce a śnieg skrzy się jak brokat. Lubię, kiedy mimo tego, że jest ciemno o 16, to wciąż jest jasno- bo biały śnieg rozświetla. Wiadomo, wszystko ma swoje zady i walety. Istotnym plusem mrozów jest też to, że reguluje populację robali..

      pragnę zwrócić uwagę na to, że za oknem na tym zdjęciu jest jeszcze ŚNIEG.

      Także tego. Znowu mam masę zdjęć do oporządzenia, i na przykład mogę wstawić sąsiadów, na których natknęłam się jeszcze kilka tygodni temu na spacerach.

      państwo sarenkowie

      pan koziołek

      i ruda gadzina! 

      kocham lisełki <3 jakiś czas temu wyszłam na spacer z Lolą na pole, spuściłam ją ze smyczy, a ona poleciała do rosnącej na miedzy kępy lilaków. W czasie, kiedy ona z jednej strony bardzo intensywnie ją obwąchiwała, z drugiej strony niespiesznie czmychnęły dwa smukłe rudzielce [no, szarelce]. Spokojnym krokiem przeszły przez drogę, zatrzymały się rzucając mi spojrzenie pełne dezaprobaty, po czym zniknęły w krzakach. A Lola dalej niuchała. Cóż, to nie pierwszyzna- słaby z niej pies tropiciel.

      u góry to ekipa sarenek z pierwszego zdjęcia.

      Kocham zimę za te widoki!

      Szkoda mi moich ciepłych zimowych czapek ;) i nowych rękawiczek. A najbardziej mi szkoda tego, że chciałam nauczyć Tomiego jeździć na desce i za rok pojechać np. na Słowację.. :( no, ale nie ma co się rozczulać. Zima poszła. Pompony i ekipa zjadły ostatnią kulkę nasionkową w dwa dni, kurtkę wyprałam i powiesiłam w szafie. Rower wygramoliłam z kanciapy [długo tam nie leżał], umyłam, nasmarowałam i wybrałam się w niedzielę na przejażdżkę pod kryptonimem "wizyta u dziadka i babci". Zrobiłam 35km po lasach i nie czułam się zmęczona, czyli kondycja jest. Na trasie odkręciła mi się jedna upierdliwa śrubka od błotnika, który terkotał niemiłosiernie doprowadzając mnie do szału [nienawidzę terkotania], więc przywiązałam go smyczą od kluczy. W domu Tomi poradził, żebym przykręciła tą śrubkę dwiema nakrętkami, będzie się lepiej trzymać [odkręciła mi się już któryś raz]. Następnego dnia, jadąc do pracy rano, nie miałam czasu gmerać w rowerze [jak zwykle spóźniona], więc wzięłam w kieszeń śrubkę i dwie nakrętki i pojechałam na rowerze spętanym smyczą.

      A po drodze odkręciła mi się druga nakrętka śrubki od błotnika.

      Więc przykręciłam jedną nakrętkę do tej śrubki, a drugą do tej "starej".

      Po powrocie do domu okazało się, że "stara" śrubka znowu wypluła swoją nakrętkę.

      Litościwy pan mąż naprawił kapryśny błotnik.. trytytkami. I mam święty spokój- nic się nie odkręci choćby nie wiem co, trytytki dobre na wszystko! Szkoda, że wcześniej mi to do głowy nie przyszło. Słyszałam, że nawet policja czasami spina aresztantów trytytkami jak im kajdanek zabraknie [cięcia, wiadomo] :)

       

       

      i trochę nietypowe zastosowania trytytek:

      [trytytków?]

        

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „trytytka dobra na wszystko!”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 25 lutego 2015 15:12
  • sobota, 21 lutego 2015
    • Ooo rrrety. + wegańskie burgery z groszku.

      znowu zarosłam mchem, jakoś tak nie mogę się ogarnąć.. Chociaż pogoda zrobiła się taka jakby bardziej pobudzająca, słoneczko świeci, śnieg poszedł precz i temperatury rosną [chociaż wczoraj rano było -7 stopni. Dzisiaj +5]. W ogródku powiesiłam ostatnią kulkę dla pomponów, na tym akcja dokarmiacja się kończy. Swoją drogą, zaobserwowałam w tym roku ciekawy proces korzystania z kulki przez sikorki.

      Najpierw przylatywał jeden pompon-sikorka bogatka. Później dwie, trzy, cztery. Tłukły się między sobą, odganiały się nawzajem, pióra fruwały i walka na śmierć normalnie.

      Po jakimś czasie się dogadały i jadły elegancko po kolei, czasem nawet dwie jednocześnie. Po jakimś czasie dołączyła do nich malusieńka modraszka, która miała trochę problemów z dostaniem się do jadłodajni- bogatki solidarnie wyganiały ją i nie pozwalały nawet podlecieć blisko, musiała jeść kiedy ich akurat nie było, a robiła to bardzo nerwowo, rozglądając się na boki między każdym dziobnięciem i płosząc się przy byle podmuchu.

      Po czym nastąpił rozejm- sikorki dogadały się ponad podziałami. Dziobały razem, cztery bogatki i jedna modraszka, i nastąpił chwilowy rozejm i zawieszenie broni.

      I modraszka się rozbujała- zaczęła gonić bogatki od kulki, awanturować się i objadać do nieprzyzwoitości. Śmiesznie to wyglądało, zwłaszcza, że modraszka jest tak malutka i puszysta, a z tym swoim tycim dziobkiem wygląda jak uosobienie puszystości i milutkości. A tu taki diabeł wcielony.

      Natomiast dziś rano modraszka przyprowadziła drugiego ziomka.

      Taki progress :)

      Co tam poza tym? Szefa nie było cały tydzień, byłam w Warszawie na kolejnym odbiorze, takie tam. Przydałby się urlop.

      Oprócz tego przenoszę przepisy ze starego do nowego zeszytu, więc mam dużo pichcenia- chcę wypróbować wszystkie, których nie próbowałam.. a trochę tego jest. Na dziś planuję sos  z jadłonomii i może jakiś pasztet z soczewicy, hm :) Wcześniej były burgery z zielonego groszku, takiego z puszki. Bardzo przyzwoite, więc pozwolę sobie przytoczyć:

      BURGERY Z GROSZKU KONSERWOWEGO

      mi z podanych ilości wyszło 11 kotlecików.

      2 puszki zielonego groszku- opłukać, zblendować na nie-do-końca gładką masę [przewijające się groszkowe kuleczki są pożądane]

      2 cebule [ja dałam czerwone, bo innych akurat nie miałam ;)]- posiekać, poddusić na patelce

      2 ząbki czosnku - też posiekać i podsmażyć z cebulką. Tu ciekawostka- czytałam, że zdrowotne właściwości czosnku nie giną podczas obróbki termicznej [albo giną mniej ;)], jeśli na ok. 10min przed wspomnianym procesem posieka się je. Źródełko tu

      zielona papryczka chilli- pominęłam, za to dałam chilli w proszku ;)

      1 marchewka- utrzeć na tarce albo też posiekać dość drobno, poddusić do miękkości na patelce.

      1/2 pęczka natki pietruszki- ciach ciach ciahc

      4 łyżki płatków owsianych błyskawicznych + 3 łyżki gorącej wody- wymieszać i zostawić na parę chwil

      2 łyżki mielonego siemienia lnianego - najlepiej takiego świeżo mielonego- wegi wiedzą, bo jedzona codziennie łyżka świeżo zmielonego siemienia daje więcej omeg niż tłuste ryby! Także siemię i młynek do kawy powinno się mieć na miejscu.

      garść orzechów włoskich-posiekać. Myślę, że słonecznik też się nada w wersji oszczędniejszej ;)

      3/4 szklanki otrębów- ja miałam jakieś stare gryczane, ale mogą być każde jedne

      2 łyżki oleju- do smażonka marchewki, cebuli i czosnku.

      sól, pieprz, ew. sos sojowy, ew. mąka kukurydziana/ziemniaczana

      Wszystko wymieszać :) Formować płaskie kotleciki i smażyć na patelni albo piec w piekarniku. 

      smacznego!

       

      Ładna pogoda za oknem, może się wybierzemy dziś na motki..?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Ooo rrrety. + wegańskie burgery z groszku.”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      sobota, 21 lutego 2015 10:37
  • środa, 11 lutego 2015
    • Orzech w stolicy

      Wyprawa do stolicy udała się chociaż troszkę. Zwiedziliśmy Kopernika, owszem. Zajęło nam to z pięć godzin i pod koniec byliśmy nieźle zmordowani. Jeśli ktoś by się wybierał, to polecam zabrać ze sobą jedzenie [jest bar na dole, ale żarcie takie dziwne jakieś. No i niewegańskie ;)] i wygodne buty. Eksponatów jest cała masa, ludzi też była masa [na szczęście przyszliśmy w miarę wcześnie], ale do niektórych urządzeń trzeba stać w kolejce. Albo pchać się łokciami ;) generalnie polecam dla dzieciaków, może trochę młodszych niż Młody, ale i on sobie coś znalazł. 

      Ja bujałam w obłokach.

      Do Wawki udaliśmy się Polskim Busem- dzień wcześniej kupiłam bilety po 22pln/osoba, i za tą cenę bujaliśmy się komfortowym autobusem z masą wolnych miejsc [więc siedziałam osobno ja, torba i worki z wałówką ;)], malutką ale działającą toaletą i śmigającym wifi, dostaliśmy poczęstun- kawę/herbatę, muffinka, herbatniczki, lody, no szał. Czytałam sobie Kinga/Strauba "Czarny Dom" i podróż zleciała mi migusiem. Na miejscu bujaliśmy się komunikacją miejską- co jak co, ale Warszawa jest doskonale skomunikowana, a aplikacje na smartfony i strona jakdojade. robią robotę.

      Pałac Kultury musi być.

      Nocleg w hostelu w pełni mnie usatysfakcjonował- mieliśmy 10min do Kopernika, blisko sklepy i restauracje. Mały pokoik, na korytarzu wyposażona kuchnia i łazienki - czego więcej potrzeba? Tomasz narzekał co prawda na twardość łóżka i niewygodność poduszek, ale mi się spało doskonale.

      Oraz Łazienki.

      Niestety, nie załapałam się na wizytę w Muzeum Powstania Warszawskiego- chłopaki sami pojechali. Ja musiałam być w Zusie, na odbiorze który się nie odbył :[ więc pewnie będę musiała się tam bujnąć raz jeszcze..

      Cóż, może przynajmniej skosztuję czegoś smacznego w Vege Mieście. Tym razem zadowoliłam się burgerkiem z Krowarzywa. Był całkiem smakowity [skusiłam się na trawexa- burger dnia, ponieważ jaglanexy się skończyły]. Oraz kawałek ciasta kawa-kardamon, z którego zysk przeznaczony został na wsparcie Otwartych Klatek, także tego. Charytatywne nie tuczy ;)

      A na to wpadliśmy podczas wieczornego spaceru "w kierunku nosa"

      przeznaczenie, jak nic!

      Planowany drugi termin odbioru w Zusie to przyszły wtorek, chociaż jeszcze pół godziny temu byłam pewna, że będę musiała jechać jutro. Cudownie, cudownie. Dobra organizacja kluczem do sukcesu.

      A na głoda polecam spaghetti a'la Matka Weganka: ja oprócz kaszy gryczanej użyłam też zielonej soczewicy z Lidla. Uwielbiam to danie i mogę się nim opychać w opór, za to Pan Mąż tylko gmera widelcem w talerzu z markotną miną.. Dziwny jest ten świat.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Orzech w stolicy”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 11 lutego 2015 16:08
  • poniedziałek, 09 lutego 2015
    • witki opadajo

      nie chce mi się już nic o tej zimie pisać. Ani to pogoda na zabranie Tomiego na nauki jeżdżenia na desce, ani na zabranie mnie na nauki jeżdżenia na motku. Ino w błocie taplać się można. Ale przynajmniej słoneczko wyszło, to jest plus dodatni :)

      Jeszcze trochę, i będę musiała zabrać z ogrodu kulki karmulki! A zbiera mi się przy nich coraz bardziej urozmaicona gromadka.

      Bo już nie tylko pompony- bogatki

      jest też pompon-mordaszka, na razie tylko jedna

      pomponisko- nasza krajowa papuga. Uwielbiam ją, tak jak wszystkie krukowate. Ciekawostka- zawsze przylatują we dwójkę

      A niedawno pojawił się absolutnie przepiękny, budzący kwik zachwytu i mamrotanie rudzik raszka :)

      śliczny, co? Przyleciał akurat w najgorszą zawieję, kiedy w powietrzu fruwały jakieś gradopodobne kulki dziurkując twarze. Zresztą, dzisiaj nie ma już po nich nic..

      A wieczorkiem udajemy się na trening. Cudownie, nie mogę się doczekać, bo cały zeszły tydzień nam wypadł z obiegu. Bardzo mi się spodobały te zajęcia, gdyby jeszcze nie trzeba było na nie cisnąć 50km.. ale to tylko do kwietnia. Kto wie, może niedługo przesiądę się na rower ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „witki opadajo”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 09 lutego 2015 15:54

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa