Wpisy

  • wtorek, 21 października 2014
    • Kolorowa zupa na bure dni

      Dzień dobry psze państwa, dzisiaj mam przepis na żarełko :) ale pierw! Tomasz zrzucił zdjęcia z telefonu. I mogę pokazać kogo spotkałam w lesie podczas Kociewiaka

      taki oto śliczny żuczek, malutki zaskroniec. Śmierdzioszek! Niedługo pewnie będzie się szykował do snu..

      No, a teraz obiecana zupa. Nie ma nic tak dobrego po powrocie z pracy niż miseczka parującej, pożywnej i sycącej zupki, a jeszcze jak będzie kolorowa to już w ogóle szał!

      złote drobinki to nie brokat, tylko olej- robiąc bulion warzywny zawsze najpierw podsmażam trochę pokrojone warzywa w garnku a dopiero później zalewam wodą- taki wywar jest dużo smaczniejszy!

      A radosna zupka to odmiana barszczu ukraińskiego.

      Prezentuję przepis by mama, i właściwie to polecam zrobić od razu z podwójnej porcji ;)

      Składniki:

      -Włoszczyzna z kawałkiem kapusty

      -3 ziemniorki

      -2-3 nieduże buraczki

      -puszka białej fasolki [albo ugotowana fasolka- ok. 240g]

      -1-2 ząbki czochu

      -1 szklanka kiszonego soku z buraków*/koncentratu barszczowego

      *do słoika włożyć 2 pokrojone na ćwiartki buraczki, ząbek czosnku, trochę gorczycy, koperek, można kawałek chrzanu. Zalać ciepłą, osoloną wodą, przykryć ręcznikiem papierowym przypiętym gumką recepturką i zostawić na kuchennym blacie [na talerzyku, bo może kipieć] na kilka dni. Et voila :) małosolne buraki!

      -łyżka mąki pszennej

      -olej

      -3 łyżeczki koncentratu pomidorowego

      -ziele angielskie, liście laurowe, sól, pieprz, cukier [symbolicznie] 

      -posypka- pietruszka, koperek, szczypiorek

       

      Buraczki posiekać w kostkę [albo utrzeć- ja wszystko siekam bo jak mam trzeć to dostaję szału], poddusić trochę w garnku na oleju, na niedużej mocy [płyta indukcyjna ;)]. Pokostkować włoszczyznę bez kapusty, dorzucić do buroli. Pyrki też pokostkować i wrzucić do gara. Podsmażyć warzywka mieszając, kiedy zmiękną potraktować je mąką i koncentratem, dobrze wymieszać. Zalać H2O, tak hm.. gdzieś ze 2 litry, powiedzmy. Wrzucić ziele angielskie i liście laurowe oraz poszatkowaną kapustę. Gotować jakieś 20min, dodać przepraskowany czosnek, kiszony sok z buraków/zaprawę i odcedzoną i przepłukaną fasolkę. Zamieszać, skosztować, doprawić. Powinna być dość gęsta, jak łyżka stoi to można dolać wody ;) W miseczce posypać obficie zielskiem i spożywać ze smakiem. Genialnie smakuje z dodatkiem mleczka kokosowego!

      dobra zupka nie jest zła!

      Smacznego :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Kolorowa zupa na bure dni”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 października 2014 15:57
  • poniedziałek, 20 października 2014
    • aCIU! przegląd wegańskich misek

      nie nie, nie jestem - zgodnie z obowiązującym aktualnie trendem - chora. To tylko Tomi na moją prośbę o przyniesienie mi kawałka chrzanu [akurat rosną sobie dziko na polu obok] przyniósł mi chyba.. no nie wiem, cały chrzan z okolicy. Martwię się o chrzanową populację. Trochę go zużyłam do ogórków kiszonych [chyba ostatnich w tym roku, bo kamon, ogóry gruntowe za 7pln/kilo? Eh :( ], a resztę pan małżon utarł, doprawił i wymieszał z sojonezem tworząc wspaniały, diablo ostry sos. [Był w międzyczasie epizod z ćpaniem chrzanu, bo okazało się że wciąganie zapachu świeżo po utarciu wielgachnego korzenia jest bardzo śmieszne ;)] I tenże sos właśnie wcinam w towarzystwie upieczonych buraczków [od babci z działki, eko!]. Działa bardzo oczyszczająco na zatoki, jak ktoś się zmaga z jakimś wirusem czy katarem to polecam trochę pochrzanić.

      Radośnik był piękny! Taki wiosenny! A dzisiaj znowu kaplica. Ale w sumie słusznie, kiedy mam wolne ma być ładnie, w dni robocze nie musi :> W sobotni i niedzielny poranek nawet się odpaliłam że potruchtam sobie do biedrony po bułki na śniadanko, i dziś mam zakwasy w takich śmiesznych mięśniach o istnieniu których nawet nie miałam pojęcia :) Oprócz tego prawie udało mi się posprzątać garderobę, jeszcze muszę ogarnąć przegląd ciuchów, sandałki do szafy itp.. znowu. Mam wrażenie że dopiero co wyciągałam szorty z kanapy.

      Mój małż, aktualnie trochę powykręcany po szkoleniu enduro na którym to zaliczył niefartowny upadek, znalazł motka po prostu idealnego dla mnie, no ah i oh, takie cudo, w dodatku ładny jest ;) waham się trochę, bo mam opory przed zaciąganiem zobowiązań wobec banku [kredyt hipoteczny to aż nadto], a bez tego niestety się nie obejdzie. Ale mój opór słabnie..

      Pompony przypominają o sobie. Tak tak, pamiętam, ale to jeszcze dużo za wcześnie, cwaniary!

      i kopciuszek jakiś taki ponastraszany się zaanonsował

      zrobiłam się ostatnio takim trochę foodpornem, cykam zdjęcia jedzeniu ;) ponieważ mój aparat kompaktowy zdechł, posiłkuję się telefonem więc jakość jest.. jakaś.

      Powrzucam to i owo, tak od czapy trochę, tylko żeby pokazać że weganizm to nie sama trawa, sałata i pomidor.

       praca, pan burger z ciecierzycy

       praca. Bardzo fajne pudełko na jedzonko z Netto, a w nim: fasolka szpargałowa :) duszone grzybki z cebulą i pietruszką i ugotowane pyrki, czyli resztki z obiadu.

       Leczo z sojowymi parówami jako dodatek. Normalnie robię leczo standardowo, czyli po prostu bez "wkładki"- to było robione z myślą o moim małżu, który lubi takie wegańskie oszukańce jak parówy. Dobre było!

      Zapiekanka innego typu :) czyli cukinia faszerowana ugotowaną kaszą jaglaną, pieczarkami, cebulą, papryką, hm.. chyba to tyle. No i z keczupem ;)

      duszone różności z dyńką, doprawione a la curry

      a teraz coś z zupełnie innej beczki! Wyższa szkoła logistyki rowerowej, czyli przewożenie psiego legowiska z punktu A do punktu B

      nie dać się jesieni!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „aCIU! przegląd wegańskich misek”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 października 2014 15:50
  • środa, 15 października 2014
    • grande finale :D

      zbesztana przez Bożenę dokańczam niniejszym notkę ;)

      na czym to ja... acha. Pływu pływu pływ. Obok unosi się mój ślubny wyposażony w monitoring, i molestuje jakieś biedne rybki. Rozglądam się na boki, licząc po cichu na moje kochane mątwy, może ośmiorniczkę, a może, ach, żółwia, ale na pewno nie spodziewałam się TEGO!

      ŁUBUDU, trzy metry ode mnie spokojnie i majestatycznie płynie sobie, kurde blaszka, PŁASZCZKA!! Spokojnie miała z metr rozpiętości, cieniutki ogon dłuższy niż ciało, wielka, piękna, boska, niesamowita! Zaczęłam machać kończynami żeby zwrócić uwagę mojego kamerzysty-męża, i po chwili razem wisieliśmy nad wspaniałą rybą.

      kamera niestety trochę zakrzywia, byliśmy od płaszczki oddaleni o 2-3m, i miałam w głowie straszny kocioł..

      no bo płaszczki są niebezpieczne, tak? To znaczy nie jedzą ludzi, ale w tym ogonie jest KOLEC, który tak w ogóle zabił pewnego australijskiego prezentera, tak, ale on miał pecha bo został trafiony w serce, więc może hmm nie są aż tak niebezpieczne, trzeba tylko nie mieć pecha, a jak to zrobić żeby nie mieć pecha? Podpłynąć do niej i się przywitać czy może lepiej spierniczać z pluskiem?

      Ostatecznie nie zbliżaliśmy się. Nic dobrego by z tego nie wynikło, no bo nawet gdyby płaszczka nas nie zamordowała, to pewnie by się spłoszyła. Wisieliśmy więc nad nią dalej i oglądaliśmy jak ona spokojnie, nic sobie z nas nie robiąc, gmera w dnie pewnie wyjadając jakieś skorupiaki.

      Po kilku chwilach zaczęła się powoli oddalać, kierując się w stronę głębokiej wody. Płynęliśmy za nią powoli, trzymając dystans, ale coraz słabiej było ją widać, bo wiadomo- coraz głębiej, a i w wodzie pływały jakieś fuzle..

      ..kiedy nagle płaszczka zrobiła gwałtowny zwrot w naszą stronę. Zawróciła i zaczęła na nas płynąć! To był taki moment kiedy czułam że mogę jak postać z kreskówki wyskoczyć nad wodę i biec po jej powierzchni w stronę lądu, w rzeczywistości  zrobiliśmy bardzo głośny i chaotyczny zwrot i zaczęliśmy uciekać chlapiąc na wszystkie strony

      oczywiście płaszczka nic sobie z tego nie zrobiła, bo gdyby chciała nas dziabnąć zrobiłaby to bez najmniejszego kłopotu. Na szczęście okazało się, że wyczaiła jakiś kąsek po drodze, więc zrobiła zwrotkę żeby go wszamać, po czym zawinęła się z powrotem na głębinę.

      i tyle jej widzieli..

      To było niesamowite przeżycie, cała się trzęsłam jak wyszliśmy z wody. Byłam podekscytowana, i jednocześnie przestraszona- w końcu płaszczka na koniec zafundowała nam mały przypływ adrenaliny! Po powrocie do hotelu odpaliliśmy fifirifi żeby wygooglać jakieś informacje o lokalnych płaszczkach- cóż, za wiele się nie dowiedzieliśmy poza tym, że "atak płaszczki jest błyskawiczny i nie ma przed nim odwrotu". Ogólnie to nie są agresywne zwierzęta i atakują tylko kiedy poczują się zagrożone, zostaną zaskoczone albo np. nadepnięte, co też się zdarza kiedy taka płaszczka udaje, że jest dnem. Pocieszające, ale z drugiej strony skąd wiedzieć że płaszczka zaczyna czuć się zagrożona? Przecież nie warknie ani nie pogrozi palcem.

      Po powrocie do kraju przeszukałam internety i typuję, że cudo które spotkaliśmy to mogła być Myliobatis aquila, czyli orleń pospolity. A może nie. Ale coś z orleniowatych na moje oko.

      Cudownie!

      Z ostatnich zdjęć mam jeszcze takie atrakcje, jak rybki plażowe które, okazało się, bardzo lubią suchą bułę..

      na jej widok kotłowały się szalenie, skubiąc bułkę, palce, nogi, siebie nawzajem.. po prostu bułkowy szał!

      nic dziwnego, podobno pszenica uzależnia.

       ta sama sztuczka pod wodą

      A to, niespodzianka! Nasz współlokator :D przyłapałam go w łazience i dostał natychmiastową eksmisję.

      nie znaczy to że w hotelu w którym mieszkaliśmy był jakiś syf, wręcz przeciwnie, było tam bardzo ładnie, ale takie dorodne karaczany to po prostu część tamtejszej fauny i widać je na ulicach.

      A to papaja, którą kupiłam okazyjnie i spożyłam na lotnisku w oczekiwaniu na opóźniony 2h samolot. Śmieszna sprawa, jej pestki smakują jak rzeżucha!

      co do opóźnienia samolotu to i tak nie było źle, warszawiakom odlot obsunął się o 6h. No i dostaliśmy bon żywnościowy na 5 euro ;)

      Acha, jeszcze taka śmieszna uliczka

      ciekawe co to znaczy. Ale fajnie by było mieszkać przy ulicy Jezusa Maszyny Satnana :)

      Tym oto sposobem kończę właśnie relację z Fuerty, tadam! Czy polecam? Cóż. Jak ktoś lubi pustynny klimat to spoko. Trzeba mieć sporo dukatów, bo Fuerta jest droższa np. od Teneryfy. No i można sobie umaić czas atrakcjami takimi jak rejsy na pobliskie wysepki- Gomera, Lobos itp- na które my niestety nie mieliśmy. Ale żeby się opalać, leniuchować, pływać? Czemu nie! :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „grande finale :D”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 15 października 2014 15:51
  • wtorek, 14 października 2014
    • Flashback, czyli Fuerta od najpiękniejszej strony, bul bul bul!

      Coś strasznego się dzieję, utknęłam w przeszłości kiedy tyle nowych rzeczy się dzieje! Dlatego oto i [prawie] ostatnia notka o Fuercie, zostawiłam sobie na koniec jej najpiękniejszą- czyli podwodną- część! 

      A później będę musiała ogarnąć szechset zdjęć które nastrzelałam na szkoleniu Enduro Expert School w ten radośnik. Napiszę tylko tyle, że cóż- nie ma co gadać, trzeba przestać wydawać kasę na pierdolety i kupić motka.. ;)

      A tymczasem, Fuerta.

      Zanim pójdziemy na dno, pokażę jeszcze jedną taką prześmieszną chatkę którą trafiliśmy chyba ostatniego dnia podczas brnięcia przez 'nasze' miasto, podczas gdy reszta normalnych ludzi miała siestę.

      Prezentuję: Villa Tabaiba

      Naprawdę, nie pytajcie co autor miał na myśli.

      Noo, i teraz można wreszcie popływać!

      Bo ocean oferuje zdecydowanie najlepsze [darmowe ;)] atrakcje. Wybierając się w okolice Kanarów, trzeba się koniecznie zaopatrzyć w okularki basenowe [ja] albo maskę [Tomasz], bo zasolenie zbiorników wodnych jest takie, że gałki oczne wypływają. Dobrze jest mieć również paputki, takie do łażenia po skałkach, które są śliskie, ostre i czają się w nich koralowce [jeden z takich gagatków drugiego dnia uparzył mnie w zadek! Klapnęłam sobie na kamieniu żeby poprawić płetwę, a tu chlast..! Przez następne dwa dni miałam trzeci pośladek i bardzo piekło, nie polecam]. Można też mieć płetwy i rurkę do snorkania

      Może jak ktoś był w Egipcie to to na nim wrażenia nie zrobi, ale.. ja nie byłam ;)

      Fuerta oczywiście oferuje rybki, kolorowe i niekolorowe

       

       śmiesznokształtne

      stadne

      wylinki krabów [trzeba było widzieć miny niemieckich emerytów kiedy to niosłam!]

       

      rzeczone skałki

      bardzo go słabo widać, ale chodził po nich taki fikuśny ptak- podobny do bekasa, z długim dziobem, pewnie do wyjadania małych skorupiaków

      a w kałużach na skałkach siedziały małe, uwięzione rybki, kraby które w mgnieniu oka potrafiły się teleportować

      po włożeniu ręki i potrzymaniu jej chwilę w bezruchu zjawiała się armia przezroczystych czyścicieli, którzy zupełnie za darmo robili peeling eksfoliacyjny

      i rosły te okropne, okropne parzydełkowce!

      któregoś dnia podczas pływania Ola wyczaiła coś dziwnego

      co wyglądało jak wąż! [w towarzystwie ryby] śledziliśmy tu pełzające po dnie cudo, które buszowało w skalnych zakamarkach a złapane za ogon umykało kawałek dalej w ogóle się nie przejmując. Ten nie-wąż to ryba z rodziny żmijakowatych, czyli istotka zupełnie niegroźna- w przeciwieństwie do większości morskich węży. Tych odradzam łapać za ogon. 

      Innego z kolei dnia Tomi wyczaił intrygującego gluta

      wyglądającego jak jakiś postrzępiony..strzęp, miał ok 30cm długości i z tyłu był przystrojony w fikuśnie powiewające falbanki

      dla bezpieczeństwa nie dotykaliśmy cholery. Po powrocie do domu przeszukiwałam internety, znalazłam mrożącą krew w żyłach relację z bloga z której wynikało, że inny nurek został przez takiego właśnie gluta zaatakowany i normalnie cudem uniknął śmierci, uff. Po czym okazało się że mordercze bydlę to ślimak zwany zającem morskim, tudzież aplyzją.

      Kolejnym cudeńkiem na które natrafiliśmy [Tomi znalazł] i cieszyłam się tym ogromnie, ACH, jakże się wciąż cieszę! Były moje ukochane zwierzątka morskie, najwspanialsze i genialne, MĄTWY! Parka!

      mogliśmy patrzeć jak wspaniale zmieniały kolory, kiedy płynęły przybierały wzór jakby zeberki, pewnie po to żeby udawać promienie słoneczne przenikające przez fale, natomiast kiedy się zatrzymywały zupełnie wtapiały się we wzór dna

      żeby po chwili zupełnie zniknąć!

      gdzie są mątwy? :)

      A, tu są!

      prawda, że szał?

      Ale i tak, że się nieskromnie pochwalę, najpiękniejszą atrakcję znalazłam JA! :D

      A było to tak:

      pływam sobie, pływu pływu pływ. Przy takich skałkach oczywiście, zwierzątka są zawsze przy skałkach.

      Wtem! Co widzą moje oczęta?

      aaa.... no dobra. Będzie jutro ;) obiecuję!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Flashback, czyli Fuerta od najpiękniejszej strony, bul bul bul!”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 października 2014 16:23
  • poniedziałek, 06 października 2014
    • między motkami i Fuerta już prawie ostatnia ;)

      siedzę sobie i wspominam jak tydzień temu było ładnie. W nocy z wczoraj na dzisiaj termometr pokazał 0,00 stopni, ale jak o 7.45 wjechałam rowerem na pagórkę na trasie do mojej pracy, to jechałam po chrupiącej, zmrożonej trawie. Brr.

      Pan Mąż natomiast w radośnik balował w towarzystwie motocykli i kolegów. Pojechali sobie na Kaszuby trochę się pokręcić, pośpiewać karaoke [serio] i poplotkować w męskim gronie. Ja ten wolny czas wykorzystałam na rowerową wycieczkę, wizytę z Lolą u weta, sprzątanie i gotowanie leczo, które zaserwuję dziś na obiad [wszak wiadomo, że leczo, tak jak bigos, najlepiej smakuje po trzykrotnym podgrzaniu ;)]. Później wybraliśmy się do nowo otwartego we Wrzeszczu lokalu Vegan Burger. Cóż.. jednak pozostanę przy Awokado [albo Surf Burgerze, bo okazało się że mają też vegan-opcję, bardzo smakowitą i sycącą!]. Następnie udaliśmy się do kina, na "Krocząc wśród cieni". Cóż mogę rzecz.. na niedzielny wieczór film do obejrzenia, aczkolwiek niekoniecznie w kinie [w ogóle wizyty w kinie ograniczyłabym do niezbędnego minimum- np. filmów katastroficznych czy jakichś wypasionych efektów specjalnych]. Ostrzymy sobie jeszcze zęby na "Zaginioną dziewczynę".

      Jak widać za oknem, coraz szybciej robi się ciemno. Kiedy wstaję słońce jeszcze czai się za drzewami, kiedy wracam już kula się za horyzont.. a u nas na osiedlu nie świecą latarnie, bo zarządca nie może się dogadać z deweloperem odnośnie tego, kto ma płacić rachunki. Paradne. A mieszkamy w środku pola, więc nikt i nic w otoczeniu nas nie doświetla. Idealne warunki do oglądania horrorów o zombie..

      Przyszły radośnik klaruje się następująco: Muro jedzie na szkolenie z techniki jazdy enduro, w który udział wygrał jakiś czas temu w fejsbuniowym konkursie. I ja jadę też, jako wsparcie i zaplecze fizjoterapeutyczne [bo przecież nie mechanik :P]. Liczę na złotą polską jesień! [bo jak nie, to mam dużo książek. A'propos książek, wiecie że King ZNOWU wydał książkę? On chyba robi porządki na strychu, serioszka, przecież to nie jest normalne..]

      To co, może uda mi się dokończyć relację z Fuerty? ;)

      Na lotnisku w Gdańsku wybrałam się do kiosku po przewodnik, bo jakoś tak wyszło, że nie kupiliśmy wcześniej żadnego i nie wiedzieliśmy za bardzo co zwiedzać na miejscu. Skończyło się na tym, że wydałam 30pln żeby dowiedzieć się, że na Fuercie to tak za bardzo nic nie ma, jest stara stolica składająca się z trzech ulic i placu [i kościoła, a jakże] i jakieś tam pomniejsze atrakcje na wyspie. Wybraliśmy więc kilka pozycji i zaliczyliśmy Betancurię

      oto i kościół. Betancuria to pierwsza stolica wyspy, którą ustanowił Jean de Béthencourt- francuski odkrywca-zdobywca, charakteryzujący się typową dla Francuzów skromnością ;) 

      Widoczek na całą miejscowość. Jak widać, rośliny są tylko tam, gdzie ktoś o nie dba- okablowane wężami ogrodowymi i regularnie podlewane. Za miastem już puchy

      Uliczka. Podobają nam się bardzo budynki na Kanarach i Rodos [podejrzewam że na pozostałych greckich wyspach też tak wyglądają], które są takie surowe, tzn. nie wygładzone od linijki, tylko z nierówną fakturą, niedociągnięciami, krzywe, wyglądają jakby ściany były gładzone mokrą dłonią a nie szpachelką jak u nas. T. mówi że w Polsce to nie do pomyślenia, przychodzi klient z halogenem, suwmiarką i poziomicą i furczy że fuga się rozchodzi o całe 0,5mm..

      Kolejna miejscowość na liście, La Oliva

      moje ukochane hibiskusy

      i plumerie! <3

      Dom Pułkowników, muzeum

      i okoliczne zabudowania, nieco mniej zadbane

      ale klimat jest, prawda?

      w jednej z tych ruin natknęliśmy się na małych kudłatych lokalesów- pręgowce berberyjskie. Żebrały o żarcie ale nic im nie daliśmy bo po pierwsze nie mieliśmy, a po drugie nie można ich dokarmiać- są zdaje się gatunkiem inwazyjnym i przenoszą jakieś choroby..

      Brygada RR!

      atrakcją miała być również Cueva del Llano, tunel wulkaniczny zamieszkały przez endemiczny gatunek pająka jaskiniowego..

      niestety, okazało się że tunel kaput

      i entrance is forbidden :(

      a tak prezentowały się górskie drogi, po których przyszło mi jeździć [zostałam wylosowana na kierowcę].. wąskie, pochyłe, poskręcane, a po bokach przepaść. Autentycznie było mi niedobrze, jak na kolejce górskiej.. a trafić tam na zawalidrogę to masakra.

      W następnej notce napiszę o pierogach z bakłażanem oraz -nareszcie!- o podwodnych atrakcjach :) i to już będzie koniec Fuerty, obiecuję!

      PS. dziś przyszła do moich rodziców pocztówka ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „między motkami i Fuerta już prawie ostatnia ;)”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 06 października 2014 16:06
  • środa, 01 października 2014
    • Fuerta 2. Takie tamy i spożywka

      jeśli ktoś wczoraj w biedronce nie mógł kupić papryki i bakłażanów bo nie było, to znaczy że ja wszystkie wykupiłam. Przepraszam, ale robiłam ajvar i czepuk paprykowy do słoików. I pierogi z bakłażanem dla Pana Męża. 

      Aaaa no i krew udało mi się oddać, hura hura! Kto chce 6 mlecznych czekolad?

      To jedziemy z Fuertą :)

      Jak wspominałam, suchą niczym przysłowiowy pieprz.

      ale za to widoczki ładne się trafiają

      Tutaj Ajuy, wioska bogata w czarny piasek plażowy

      I jaskinie

      Coś dla speleologów!

      Absolutnie fajne zdjęcie plaży w naszym rodzimym Corralejo [i Ola :)]

      Iii hm, co by tu jeszcze.. mały bananek? :)

       Produkty dla wegów są tam dostępne w każdym normalnym sklepie

      przynajmniej w takim niezbędnym minimum, jak mleko sojowe, ryżowe czy migdałowe, bezmleczne deserki, tofu, sojowe gotowce na patelnię czy grecki hummus dostępny w sklepach sieci Mercadona. Mleko sojowo-orzechowolaskowe ;) wspaniale komponowało się z kawusią i boskimi imbirowymi ciasteczkami, twardymi jak kamień, które dało się zjeść dopiero po zanurzeniu w kawie. Mmm! Na samo wspomnienie zachciało mi się ciasteczka..

      Co prawda w większości restauracji opcją wegańską wciąż są kartofle, pieczarki i keczup. [chociaż w hotelowym żarciu mogłam sobie przebierać w duszonych warzywkach. Nawet na śniadanie miałam co jeść, chociaż było to english breakfast, po zaopatrzeniu się w wyżej wspomniane mleko pałaszowałam sobie płatki.]

      Ale nie zawsze!

      Bo oto i Baobab, wegańska malutka knajpencja!

      w której, uwaga, zjedliśmy wszyscy we czwórkę :) kotlety ze szpinaku, seita, tempeh, smażone tofu.. ja miałam tempeh, ale przyznam szczerze że przysłowiowej dupy nie urwał- za mało doprawiony. Najlepszą robotę robiło tofu i kotlety szpinakowe. No i wzbogaciłabym porcje o jakieś węgle, ziemniaki, ryż czy inną kaszę.. ale nie szukajmy dziury w całym ;)

      oprócz tego raz szarpnęłam się na szpinak po indyjsku w restauracji indyjskiej Namaste. Jeżu, ale to było pyszne..!

      Także nawet wegusy mają na wyspie co zjeść :) W dodatku nasz apartemą wyposażony był w aneks kuchenny z full service typu patelnie i garnki, więc można było sobie upichcić

      na przykład makaron z bakłażanem i cukinią w sosie pomidorowym. A później zjeść to w towarzystwie "Drwala" w zielonym, fuerciańskim ogrodzie ;)

      uff, strasznie dużo tych zdjęć narobiłam! Przepraszam. A od tego pisania o żarciu zrobiłam się głodna, więc zwijam mandżur i jadę do domu :) przyszło dziś nowe wyrko dla Loli, ciekawe jak ja je na rower zapakuję..

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Fuerta 2. Takie tamy i spożywka”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 01 października 2014 16:24
  • niedziela, 28 września 2014
    • Fuerta 1. Fauna powierzchowna

      Strasznie męczące jest to ogarnianie zdjęć po urlopie, przepraszam bardzo. Zwłaszcza jeśli dysponuje się pendrajwem-kurczakiem charytatywnym, który jest prześliczny no i charytatywny, ale jednak ma to do siebie że lubi czasem wpierniczyć jakieś dziesięć zdjęć czy trzy filmy, co jednak utrudnia pracę na dłuższą metę.

      W każdym razie jestem już bliżej niż dalej, czeka mnie jeszcze wymiana barterowa z koleżanką Aleksandrą i wycinanie klatek z filmów, jednak pierwszą część sprawozdania mogę już..no..sprawozdać ;) także heja:

      Fuerteventura, czyli jedna z Wysp Kanaryjskich. Druga którą odwiedziliśmy [w zeszłym roku zaliczyliśmy Teneryfę], więc siłą rzeczy mogliśmy sobie co nieco porównać. Na przykład ogólną prezencję- Teneryfa na północy była zielona, na południu sucha i zjarana. Fuerta wygląda tak na całej powierzchni.

      suchość, kamulce, głazy, roślinki zdegenerowane do jakichś powykrzywianych badyli i kolczastych kruszonek. Wielbiciele botaniki nie mają tam za bardzo czego szukać, chyba że róży z jerycha znanej z reklam szamponów. Nieco lokalnych palm i kaktusów widać w miastach, gdzie są podlewane i pielęgnowane przez lokalesów.

      Zawiedzie się również ten, kto liczy na rajskie ptaki. Tudzież kanarki.

      Fuerta serwuje nam bowiem gołębie-cukrówki

      ichnie kruczki

      małych pierzastych gangsterów początkowo branych za wróble, ale teraz to już sama nie wiem..

      Za to trafiła mi się pewnego ranka pięęękna niespodzianka!

      Co za czasy, żeby człowiek musiał lecieć taki kawał drogi od domu żeby dudusia spotkać, chlip.. Dwa były. Niebojące się prawie wcale, za to stroszące pióra i czubki bez opamiętania. Piękne cacuszka! :)

      Wśród lądowych stworzeń też raczej nie ma co liczyć na egzotykę

      Przypomniało mi się, jak nieodżałowanej pamięci Steve Irwin w jakimś swoim programie zwiedzał egzotyczny zakątek świata i znalazł tam jeża. Jarał się jak dziecko, oglądał go ze wszystkich stron i mówił że pierwszy raz w życiu widzi takie cudo! Cudze chwalicie, prawda :)

      kotka pięknotka która nie chciała parówki z puszki. Też coś. Kto by chciał?

      Fuerta rzekomo słynie z kóz [nawet sobie naklejkę z kozą kupiłam!], jednak widzieliśmy ich mało i daleko. Nic dziwnego, skoro na tej wyspie nic nie rośnie to co one mają niby jeść, kamienie? Zdjęcia kóz ni mom. Podobnie jak zdjęcia jaszczurek, bo też widzieliśmy tylko jednego gekona który natychmiast się skitrał, i dużo takich małych niby-zwinek, szybszych niż migawka. 

      Reszta relacji na dniach :) teraz idę szaleć w kuchni.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Fuerta 1. Fauna powierzchowna”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      niedziela, 28 września 2014 16:58
  • wtorek, 23 września 2014
    • szok termiczny

      mnie dopadł dziś, gdy jechałam do pracy mej umiłowanej rowerem a wiatr smagał mój organizm, który jeszcze kilka dni temu smarowałam kremem z aloesu na poparzenia słoneczne. A dziś takie coś. Ale skóra z czoła jeszcze mi schodzi, ewenement.

      Tak więc, wróciliśmy. Męczący był ten urlop okrutnie, jak każdy porządny urlop, a w dodatku felernie nasz powrót przypadł na niedzielny późny-wieczór [miała być 18.50, ale z powodu obsuwy wyszła 21 plus odbieranie bagaży, do domu wróciliśmy na ostatni set]. W poniedziałek więc przybyłam do pracy półtorej godziny później, dziś już tylko 10min- jest progress! Muszę przedrzeć się przez poczynione zdjęcia oraz filmy [15gb], i wtedy zdam relację z wycieczki. A tymczasem wczoraj wieczorem trochę mi odbiło [jet lag] i ukręciłam wiadro sojonezu. Żeby mieć z czym go spożytkować, wykonałam sałatkę warzywną [tak, znaną wszystkim ze świąt- jeno bez jaj [sin huevo]]. Mąż zjadł na kolację i pochwalił, że smaczna. Dziś będą naleśniki z farszem szpinakowym i sosem czosnkowym z sojonezu właśnie. I mizeria w sojonezie. A jutro hm, może maseczka z sojonezu? Się zobaczy ;) Generalnie cieszę się, że sojonez można zrobić z mleka sojowego z Netto po 5pln/karton, a nie z burżujskiego alpro unsweetened za 9pln/karton. Bo grosz do grosza a będzie kokosza, n'est-ce pas? [ależ ze mnie poliglotka, huhu :D]

      Tymczasem, dziś pierwszy dzień jesieni. Piździ jak na przysłowiowym Uralu [albo na dworcu w kieleckim, zależy od wersji]. Ach, śniło mi się że Filharmonia zapłaciła za meble i mogłam sobie przelać premię, niestety, jeszcze tydzień.. Jakoś musimy dać radę, chociaż wyjazd [i podatek i ubezpieczenie iii wszystko] nadszarpnął nieco budżet domowy. Ale nic to, jest sezon na grzyby więc w najgorszym wypadku będziemy cisnąć na plonach ziemi. Bo karnet na siłkę trzeba odnowić, wszakże.

      Czytam tą książkę pożyczoną przed wyjazdem, "Drwal" Michała Witkowskiego. Po pierwszych kilku kartach złapałam się za głowę z jękiem: no nieee, co to ma w ogóle być? Jakaś surrealistyczna powieść, tak dziwna że nie wiem jak ją nawet opisać, utknę tu i nie przebrnę, a wypożyczyłam jeszcze jedną książkę tego artysty..! Ale że uparta jestem, czytałam dalej. Tak mnie wciągnęło, że wczoraj z bólem serca odkładałam wieczorem [a i tak dziś zaspałam], nie mogę się doczekać aż wrócę do domu i będę czytać, czytać, przeczytam i sięgnę po kolejną, no palce lizać, polecam wszem i wobec bo cudna lektura to jest! Humor, intryga, wątki kryminalne, lekomania, psychopatia, lujostwo i wszystko co sobie można zamarzyć. Ach!

      Za godzinę fajrant!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „szok termiczny”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 23 września 2014 14:56
  • piątek, 12 września 2014
    • szykuję się do wyjazdu :D

      na poważnie. Zrobiłam już listę rzeczy do zrobienia/kupienia/zabrania, znalazłam biblioteki w których są do wypożyczenia interesujące mnie książki, znalazłam piękną stronę internetową pokazującą jakie to ciekawe pająki można znaleźć na Fuercie [w tym Lactrodectus, czyli poczciwą czarną wdówkę ;)], namierzyłam knajpy gdzie można zjeść wegańsko [istnieją!], i wiem jak jest po hiszpańsku "bez jajek, bez mleka, bez mięsa". Sin huevos, sin leche, sin carne ;) oklaski. Planuję po pracy podjechać do RCKiK oddać krew, jeśli uda mi się wyrobić czasowo- jeśli nie, mogę jeszcze podjechać jutro. Obiecałam mamie, która będzie się opiekować Lolutą, że przed wyjazdem zaprowadzę ją do weterynarza [psa, nie mamę] na szczepienie, odrobaczenie i przegląd. Muszę jeszcze zrobić kilka prań, na szczęście wczoraj udało mi się wstawić ogórki kiszone. 

      Geczuki mi się okluły! Normalnie podchodzę sobie wieczorem do regału żeby zgasić światło, i zauważyłam jakiś ruch na ramce ze zdjęciami. Ponieważ kilka dni temu nie domknęłam terrarium i od tego czasu przyłapałam już trzy dorosłe gekony płaczące przemieszczające się radośnie po domu, myślałam że to kolejny zbieg. Odsunęłam ramkę, a tam taki ciupi ciupi strzępek, 3cm w kapeluszu. Drugiego znalazłam w terrarium, oczywiście skitranego w prowadnicy od drzwiczek. Mam więc dwa nowe smarki i nie bardzo mam czym je karmić.. przyszedł mi do głowy jednak genialny pomysł. W pojemniczku z gekami [po surówce] zrobiłam w deklu kilka dziurek, a do środka wsadziłam kawałek mocno dojrzałego banana. Postawiłam pudełko w kuchni, koło kosza z owocami. Pułapka na muszki owocówki najnowszej generacji, ekologiczna i czikająca, muszę to opatentować :D

      Byliśmy wczoraj na siłce, chyba ostatni raz przed wyjazdem. Miałam robić plecy, ale po pierwszym obwodzie dałam się namówić na spróbowanie treningu cross dla dziewczyn który odbywał się w małej, zielonej sali. Zrobiłam dwa obwody [normalnie są trzy], oczywiście przykozaczyłam i brałam największe ciężary jakie były, i pod koniec myślałam że już nie wyrobię. Fajnie, podoba mi się i chyba przyłączę się do sekty :D

       

      zapomniałam wspomnieć, że na Kociewiaka jechaliśmy autostradą!


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „szykuję się do wyjazdu :D”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      piątek, 12 września 2014 13:48
  • czwartek, 11 września 2014
    • IV Kociewski Rajd Enduro okiem orzecha :]

      ależ wczoraj miałam urwanie głowy, robiłam ofertę na przetarg w towarzystwie przestępującego z nogi na nogę i znacząco zerkającego na zegarek kuriera [który miał ową ofertę odebrać] i dwóch drukarek na zmianę odmawiających współpracy. Ofertę udało się wysłać, a dzisiaj widzę notkę na stronie Zamawiającego że zmienili sobie termin składania z 11.09 na 18.09. Eeech. Przynajmniej mam z głowy ;)

      Noo i we wtorek udaliśmy się, zgodnie z planem, do Itaki! Tak jak się obawiałam, okazało się, że większość [jakieś 90%] wycieczek które wiszą na stronach biur podróży jest: a) nieaktualne, b) zarezerwowane, c)zostało jedno/dwa miejsca. A my jesteśmy we czwórkę. Ostatecznie mieliśmy do wyboru dwie miejscówki na Fuertaventura i jedną na Kos. Grecka wyspa wydała się lepszą opcją, bo w tej samej cenie co pozostałe wycieczki mielibyśmy hotel o lepszym standardzie i all inclusive, no i greckie wyspy jednak są imo ładniejsze niż wulkaniczne Kanary, ale wylot był wcześniej i kolidował z pracą Oli, więc ostatecznie wybraliśmy Fuertę. Ale cudownie, jaram się jak gwizdek, lecimy w niedzielę, będzie bosko, strzaskam się na mahoń, złapię jakieś ładne robale na przemyt i będę oglądać kolorowe rybki :D [szkoda tylko że w moim wodoodpornym aparacie ZNOWU nawaliło gniazdo karty pamięci >:[ jak znajdę potwierdzenie zapłaty z tego serwisu który to robił to grrr...! mam tylko nadzieję że ciągle jest na gwarancji.. :( ]

      Także tego.

      Miałam ogarnąć fotki z Kociewiaka, i tak też uczyniłam.

      Sam rajd odbywał się w sobotę. W piątek wieczorem przyjechaliśmy do ośrodka nad jeziorem Deczno w Sulnówku, rzut beretem od Świecia. Na miejscu było mało osób, na polu namiotowym- tylko my i dwóch facetów. Muro zlokalizował swoją ekipę pod daszkiem, przy grillu i piwku. Dołączyliśmy się, skonsumowaliśmy grillowane pieczary [ :*] i ja- zupę-krem z biedronki, BARDZO dobrą, szkoda tylko że widziałam ją tylko w jednej biedro.. Panowie sobie pogadali, pochichrali się, pogrozili sobie ["to jest bardzo trudny rajd, my go znamy na pamięć i z zamkniętymi oczami, i przejechanie go zajmuje nam 4,5h"-słowa organizatorów], licytowali się kto się pierwszy posypie, kto utknie w błocie, kto nie podjedzie pod górkę, kto ma najgorszy motocykl i tak dalej. Po czym część pożegnała się, i powiedziała że idą spać żeby mieć jutro siłę. Spojrzałam na zegarek..była 22. Profeska. Kilku szaleńców zostało, my ewakuowaliśmy się jakieś pół godzinki później. Namiot z decathlona, typu trzepnij-i-sam-się-rozkłada to REWELACYJNE rozwiązanie, trzeba tylko odpiąć kilka sznurków, rozciągnąć namiot i wbić siedem śledzi, i można się wprowadzać. Zupełnie inna technologia niż pamiętam z wyjazdów z rodzicami :D Bomba! Spało się świetnie, następnego dnia wczesnym świtem [o 7] pobudka, bo o 9 start rajdu. Pan Mąż wstał przed budzikiem, tak go nosiło. Zjadł kawę, pół bułki i pół jakiejś paczkowanej sałatki i na nic się zdały moje rozpaczliwe jojczenia że padnie z głodu na trasie i pożrą go kojoty.. On tak ma, że rano żołądek jest out of order i basta. Dałam mu na drogę żele energetyczne dla sportowców, żeby miał cokolwiek, bo jak się nie daj buk zgubi w tym lesie [trasa rajdu to 130km!] to będzie musiał gryźć glebę, i to dosłownie. O 9 spotkanie wszystkich na placu [300 maszyn- po połowie quady i motocykle], informacje organizacyjne [we wsiach zwolnić, patrzeć na znaki, nie pchać się, bla bla bla ;)], błogosławieństwo i ruszyli!

       

      no i.. tyle. Co teraz? Pogoda była piękna a mnie czekało kilka godzin oczekiwania na powrót peletonu. Ogarnęłam więc sobie kawkę, pomalowałam paznokcie [tak tak, w namiocie-wiem ;)], poczytałam książkę ["Krucyfiks", o psychopatycznym mordercy-trzyma w napięciu!], wzięłam rower i pojechałam na zwiad. Docelowo kierowałam się do Świecia na rekonesans. Trzeba było zrobić zakupy, a niestety nie wzięłam blokady rowerowej więc i tak wróciłam z powrotem do ośrodka [do Świecia długa, szeroka i prosta droga rowerowa, 11km w obie strony, nuda]. Zakupiłam niezbędne rzeczy, takie jak piwo i cukinie, wróciłam, zamarynowałam cukinię i zjadłam sobie pumpernikiel z warzywnym pasztetem i sałatką [w plastikowej misce po zupie z biedronki ;)], wzięłam rower i poszłam się karnąć do lasu. Nie jeździłam za długo, bo po pierwsze było bardzo sucho, a ja nie lubię jeździć po plażowym piachu, a po drugie zza zakrętu zaraz wypadł na mnie jakiś wariat na motocyklu ;) okazało się, że las wokół ośrodka to też trasa rajdu, więc stwierdziłam że bezpieczniej będzie się ewakuować. 

      baza: garderobo-garażo-warsztato-kuchnio..samochód ;)

      Wróciłam więc do ośrodka i poleniłam się trochę czytając książkę, a później wzięłam aparat i poszłam na ostatni odcinek rajdu, który stanowił tor hard enduro z przeszkodami, i oczekiwałam tam na mojego ślubnego uwieczniając sztuczki magiczki. I tak udało mi się przyłapać:

      skoki

      podskoki

      ..?

      szarże

      konsultacje

      zatory

      rzut motocyklem

      i inne fikołki.

      Jak już się chwaliłam, T. przybył na metę na 35 pozycji, z czasem ca 4,5h. Niektórzy jeździli po tym lesie 7h.. powinni dostać ordery. Albo mapy, na przyszły raz ;)

      W każdym razie T. wrócił w jednym kawałku, szczęśliwy, brudny jak przysłowiowe nieboskie stworzenie i padnięty ze zmęczenia. Przywrócenie go do stanu używalności trwało jakieś 2 godziny, więc mieliśmy przed sobą jeszcze kawałek dnia. Słońce grzało, a wody jeziorka Deczno pod którymi pływały małe okonie i płotki tak zachęcające lśniły, że zdecydowaliśmy się zażyć ostatniej w sezonie kąpieli w jeziorze. Wpadliśmy do wody, straciliśmy czucie w elementach składowych i wypadliśmy. To była błyskawiczna kąpiel ;)

      Wieczór spędziliśmy w towarzystwie tych rajdowców i organizatorów, którzy zostali na noc [niewielu ich było], ale około północy większość już odpadła [oczywiście ze zmęczenia po zawodach ;)] więc i my poszliśmy w kimono. Następnego dnia mało kto został w ośrodku, więc wybraliśmy się we dwójkę na spacer do lasu. Mogłabym przysiąc, że widziałam całe stada zielonych dzięciołów i dwie sójki, ale mój sztruclowaty aparat miał ogromne problemy z ogarnięciem ostrości, więc mam tylko

      dzięcioła dużego :)

      a nawet dwa!

      Atmosfera na imprezie, jak już pisałam, była bardzo miła i przyjazna, dużo bardziej mi się podobało niż na tym nieszczęsnym zlocie atomowym gdzie byliśmy chyba w lipcu. W zasadzie, to spodobało mi się samo jeżdżenie na enduro.. nie żebym miała okazję próbować. Ale obawiam się że nie stać mnie na takie hobby..i jeszcze długo nie będzie. Zadowolę się rowerem ;) A teraz śmignę na pocztę wysłać deklaracje do zusu, prawda.

      ciao!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „IV Kociewski Rajd Enduro okiem orzecha :]”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      czwartek, 11 września 2014 15:20

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa