Wpisy

  • poniedziałek, 02 marca 2015
  • środa, 25 lutego 2015
    • trytytka dobra na wszystko!

      Ano tak. Pogoda jest już taka, że oswoiłam się z myślą, że zima już RACZEJ nie wróci. Z jednej strony- super, bo kto nie lubi wiosny? Słoneczka? Ciepełka? Zielonej trawki i bazi [widziałam wczoraj]? Ale z drugiej.. mam jakiś taki niedosyt. Lubię mroźne, śnieżne dni, kiedy świeci słońce a śnieg skrzy się jak brokat. Lubię, kiedy mimo tego, że jest ciemno o 16, to wciąż jest jasno- bo biały śnieg rozświetla. Wiadomo, wszystko ma swoje zady i walety. Istotnym plusem mrozów jest też to, że reguluje populację robali..

      pragnę zwrócić uwagę na to, że za oknem na tym zdjęciu jest jeszcze ŚNIEG.

      Także tego. Znowu mam masę zdjęć do oporządzenia, i na przykład mogę wstawić sąsiadów, na których natknęłam się jeszcze kilka tygodni temu na spacerach.

      państwo sarenkowie

      pan koziołek

      i ruda gadzina! 

      kocham lisełki <3 jakiś czas temu wyszłam na spacer z Lolą na pole, spuściłam ją ze smyczy, a ona poleciała do rosnącej na miedzy kępy lilaków. W czasie, kiedy ona z jednej strony bardzo intensywnie ją obwąchiwała, z drugiej strony niespiesznie czmychnęły dwa smukłe rudzielce [no, szarelce]. Spokojnym krokiem przeszły przez drogę, zatrzymały się rzucając mi spojrzenie pełne dezaprobaty, po czym zniknęły w krzakach. A Lola dalej niuchała. Cóż, to nie pierwszyzna- słaby z niej pies tropiciel.

      u góry to ekipa sarenek z pierwszego zdjęcia.

      Kocham zimę za te widoki!

      Szkoda mi moich ciepłych zimowych czapek ;) i nowych rękawiczek. A najbardziej mi szkoda tego, że chciałam nauczyć Tomiego jeździć na desce i za rok pojechać np. na Słowację.. :( no, ale nie ma co się rozczulać. Zima poszła. Pompony i ekipa zjadły ostatnią kulkę nasionkową w dwa dni, kurtkę wyprałam i powiesiłam w szafie. Rower wygramoliłam z kanciapy [długo tam nie leżał], umyłam, nasmarowałam i wybrałam się w niedzielę na przejażdżkę pod kryptonimem "wizyta u dziadka i babci". Zrobiłam 35km po lasach i nie czułam się zmęczona, czyli kondycja jest. Na trasie odkręciła mi się jedna upierdliwa śrubka od błotnika, który terkotał niemiłosiernie doprowadzając mnie do szału [nienawidzę terkotania], więc przywiązałam go smyczą od kluczy. W domu Tomi poradził, żebym przykręciła tą śrubkę dwiema nakrętkami, będzie się lepiej trzymać [odkręciła mi się już któryś raz]. Następnego dnia, jadąc do pracy rano, nie miałam czasu gmerać w rowerze [jak zwykle spóźniona], więc wzięłam w kieszeń śrubkę i dwie nakrętki i pojechałam na rowerze spętanym smyczą.

      A po drodze odkręciła mi się druga nakrętka śrubki od błotnika.

      Więc przykręciłam jedną nakrętkę do tej śrubki, a drugą do tej "starej".

      Po powrocie do domu okazało się, że "stara" śrubka znowu wypluła swoją nakrętkę.

      Litościwy pan mąż naprawił kapryśny błotnik.. trytytkami. I mam święty spokój- nic się nie odkręci choćby nie wiem co, trytytki dobre na wszystko! Szkoda, że wcześniej mi to do głowy nie przyszło. Słyszałam, że nawet policja czasami spina aresztantów trytytkami jak im kajdanek zabraknie [cięcia, wiadomo] :)

       

       

      i trochę nietypowe zastosowania trytytek:

      [trytytków?]

        

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „trytytka dobra na wszystko!”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 25 lutego 2015 15:12
  • sobota, 21 lutego 2015
    • Ooo rrrety. + wegańskie burgery z groszku.

      znowu zarosłam mchem, jakoś tak nie mogę się ogarnąć.. Chociaż pogoda zrobiła się taka jakby bardziej pobudzająca, słoneczko świeci, śnieg poszedł precz i temperatury rosną [chociaż wczoraj rano było -7 stopni. Dzisiaj +5]. W ogródku powiesiłam ostatnią kulkę dla pomponów, na tym akcja dokarmiacja się kończy. Swoją drogą, zaobserwowałam w tym roku ciekawy proces korzystania z kulki przez sikorki.

      Najpierw przylatywał jeden pompon-sikorka bogatka. Później dwie, trzy, cztery. Tłukły się między sobą, odganiały się nawzajem, pióra fruwały i walka na śmierć normalnie.

      Po jakimś czasie się dogadały i jadły elegancko po kolei, czasem nawet dwie jednocześnie. Po jakimś czasie dołączyła do nich malusieńka modraszka, która miała trochę problemów z dostaniem się do jadłodajni- bogatki solidarnie wyganiały ją i nie pozwalały nawet podlecieć blisko, musiała jeść kiedy ich akurat nie było, a robiła to bardzo nerwowo, rozglądając się na boki między każdym dziobnięciem i płosząc się przy byle podmuchu.

      Po czym nastąpił rozejm- sikorki dogadały się ponad podziałami. Dziobały razem, cztery bogatki i jedna modraszka, i nastąpił chwilowy rozejm i zawieszenie broni.

      I modraszka się rozbujała- zaczęła gonić bogatki od kulki, awanturować się i objadać do nieprzyzwoitości. Śmiesznie to wyglądało, zwłaszcza, że modraszka jest tak malutka i puszysta, a z tym swoim tycim dziobkiem wygląda jak uosobienie puszystości i milutkości. A tu taki diabeł wcielony.

      Natomiast dziś rano modraszka przyprowadziła drugiego ziomka.

      Taki progress :)

      Co tam poza tym? Szefa nie było cały tydzień, byłam w Warszawie na kolejnym odbiorze, takie tam. Przydałby się urlop.

      Oprócz tego przenoszę przepisy ze starego do nowego zeszytu, więc mam dużo pichcenia- chcę wypróbować wszystkie, których nie próbowałam.. a trochę tego jest. Na dziś planuję sos  z jadłonomii i może jakiś pasztet z soczewicy, hm :) Wcześniej były burgery z zielonego groszku, takiego z puszki. Bardzo przyzwoite, więc pozwolę sobie przytoczyć:

      BURGERY Z GROSZKU KONSERWOWEGO

      mi z podanych ilości wyszło 11 kotlecików.

      2 puszki zielonego groszku- opłukać, zblendować na nie-do-końca gładką masę [przewijające się groszkowe kuleczki są pożądane]

      2 cebule [ja dałam czerwone, bo innych akurat nie miałam ;)]- posiekać, poddusić na patelce

      2 ząbki czosnku - też posiekać i podsmażyć z cebulką. Tu ciekawostka- czytałam, że zdrowotne właściwości czosnku nie giną podczas obróbki termicznej [albo giną mniej ;)], jeśli na ok. 10min przed wspomnianym procesem posieka się je. Źródełko tu

      zielona papryczka chilli- pominęłam, za to dałam chilli w proszku ;)

      1 marchewka- utrzeć na tarce albo też posiekać dość drobno, poddusić do miękkości na patelce.

      1/2 pęczka natki pietruszki- ciach ciach ciahc

      4 łyżki płatków owsianych błyskawicznych + 3 łyżki gorącej wody- wymieszać i zostawić na parę chwil

      2 łyżki mielonego siemienia lnianego - najlepiej takiego świeżo mielonego- wegi wiedzą, bo jedzona codziennie łyżka świeżo zmielonego siemienia daje więcej omeg niż tłuste ryby! Także siemię i młynek do kawy powinno się mieć na miejscu.

      garść orzechów włoskich-posiekać. Myślę, że słonecznik też się nada w wersji oszczędniejszej ;)

      3/4 szklanki otrębów- ja miałam jakieś stare gryczane, ale mogą być każde jedne

      2 łyżki oleju- do smażonka marchewki, cebuli i czosnku.

      sól, pieprz, ew. sos sojowy, ew. mąka kukurydziana/ziemniaczana

      Wszystko wymieszać :) Formować płaskie kotleciki i smażyć na patelni albo piec w piekarniku. 

      smacznego!

       

      Ładna pogoda za oknem, może się wybierzemy dziś na motki..?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Ooo rrrety. + wegańskie burgery z groszku.”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      sobota, 21 lutego 2015 10:37
  • środa, 11 lutego 2015
    • Orzech w stolicy

      Wyprawa do stolicy udała się chociaż troszkę. Zwiedziliśmy Kopernika, owszem. Zajęło nam to z pięć godzin i pod koniec byliśmy nieźle zmordowani. Jeśli ktoś by się wybierał, to polecam zabrać ze sobą jedzenie [jest bar na dole, ale żarcie takie dziwne jakieś. No i niewegańskie ;)] i wygodne buty. Eksponatów jest cała masa, ludzi też była masa [na szczęście przyszliśmy w miarę wcześnie], ale do niektórych urządzeń trzeba stać w kolejce. Albo pchać się łokciami ;) generalnie polecam dla dzieciaków, może trochę młodszych niż Młody, ale i on sobie coś znalazł. 

      Ja bujałam w obłokach.

      Do Wawki udaliśmy się Polskim Busem- dzień wcześniej kupiłam bilety po 22pln/osoba, i za tą cenę bujaliśmy się komfortowym autobusem z masą wolnych miejsc [więc siedziałam osobno ja, torba i worki z wałówką ;)], malutką ale działającą toaletą i śmigającym wifi, dostaliśmy poczęstun- kawę/herbatę, muffinka, herbatniczki, lody, no szał. Czytałam sobie Kinga/Strauba "Czarny Dom" i podróż zleciała mi migusiem. Na miejscu bujaliśmy się komunikacją miejską- co jak co, ale Warszawa jest doskonale skomunikowana, a aplikacje na smartfony i strona jakdojade. robią robotę.

      Pałac Kultury musi być.

      Nocleg w hostelu w pełni mnie usatysfakcjonował- mieliśmy 10min do Kopernika, blisko sklepy i restauracje. Mały pokoik, na korytarzu wyposażona kuchnia i łazienki - czego więcej potrzeba? Tomasz narzekał co prawda na twardość łóżka i niewygodność poduszek, ale mi się spało doskonale.

      Oraz Łazienki.

      Niestety, nie załapałam się na wizytę w Muzeum Powstania Warszawskiego- chłopaki sami pojechali. Ja musiałam być w Zusie, na odbiorze który się nie odbył :[ więc pewnie będę musiała się tam bujnąć raz jeszcze..

      Cóż, może przynajmniej skosztuję czegoś smacznego w Vege Mieście. Tym razem zadowoliłam się burgerkiem z Krowarzywa. Był całkiem smakowity [skusiłam się na trawexa- burger dnia, ponieważ jaglanexy się skończyły]. Oraz kawałek ciasta kawa-kardamon, z którego zysk przeznaczony został na wsparcie Otwartych Klatek, także tego. Charytatywne nie tuczy ;)

      A na to wpadliśmy podczas wieczornego spaceru "w kierunku nosa"

      przeznaczenie, jak nic!

      Planowany drugi termin odbioru w Zusie to przyszły wtorek, chociaż jeszcze pół godziny temu byłam pewna, że będę musiała jechać jutro. Cudownie, cudownie. Dobra organizacja kluczem do sukcesu.

      A na głoda polecam spaghetti a'la Matka Weganka: ja oprócz kaszy gryczanej użyłam też zielonej soczewicy z Lidla. Uwielbiam to danie i mogę się nim opychać w opór, za to Pan Mąż tylko gmera widelcem w talerzu z markotną miną.. Dziwny jest ten świat.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Orzech w stolicy”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 11 lutego 2015 16:08
  • poniedziałek, 09 lutego 2015
    • witki opadajo

      nie chce mi się już nic o tej zimie pisać. Ani to pogoda na zabranie Tomiego na nauki jeżdżenia na desce, ani na zabranie mnie na nauki jeżdżenia na motku. Ino w błocie taplać się można. Ale przynajmniej słoneczko wyszło, to jest plus dodatni :)

      Jeszcze trochę, i będę musiała zabrać z ogrodu kulki karmulki! A zbiera mi się przy nich coraz bardziej urozmaicona gromadka.

      Bo już nie tylko pompony- bogatki

      jest też pompon-mordaszka, na razie tylko jedna

      pomponisko- nasza krajowa papuga. Uwielbiam ją, tak jak wszystkie krukowate. Ciekawostka- zawsze przylatują we dwójkę

      A niedawno pojawił się absolutnie przepiękny, budzący kwik zachwytu i mamrotanie rudzik raszka :)

      śliczny, co? Przyleciał akurat w najgorszą zawieję, kiedy w powietrzu fruwały jakieś gradopodobne kulki dziurkując twarze. Zresztą, dzisiaj nie ma już po nich nic..

      A wieczorkiem udajemy się na trening. Cudownie, nie mogę się doczekać, bo cały zeszły tydzień nam wypadł z obiegu. Bardzo mi się spodobały te zajęcia, gdyby jeszcze nie trzeba było na nie cisnąć 50km.. ale to tylko do kwietnia. Kto wie, może niedługo przesiądę się na rower ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „witki opadajo”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 09 lutego 2015 15:54
  • wtorek, 03 lutego 2015
    • się dzieje!

      Właśnie jesteśmy w drodze do Warszawy. Taki spontan :) wreszcie mamy okazję zwiedzić słynne Centrum Nauki Kopernik, być może Muzeum Powstania Warszawskiego i zrobić odbiór w Zusie. Będzie przednia zabawa ;)na razie kulamy się polskim busem- polecam, bilet za22pln, a w pakiecie kawa, babeczka, lody i ciasteczka. No i fifirifi z którego właśnie piszę. Na miejscu mamy obczajony hostel i komunikację miejską- przyda się jeszcze ogarnąć jakąś dobrą wegańską restaurację (jak już skończy mi się jedzenie, którego-jak rasowy słoik-zabrałam ze sobą pełną torbę ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „się dzieje!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 03 lutego 2015 18:07
  • piątek, 30 stycznia 2015
    • Po robocie, przy sobocie

      Chociaż tak naprawdę, jeszcze jestem w pracy. Ale zaraz się zwijam. Zjadłam właśnie pyszne, wczorajsze spaghetti bolognese z kaszą gryczaną i zieloną soczewicą [MMMM! pyszotka :D], poprawiłam fakturę, wysłałam wniosek i pakuję manatki. W przyszłym tygodniu szef zabiera mnie do Warszawy na odbiór- kolejna walka z urzędasami. Zaplanowałam sobie w związku z tym mały, dwudniowy urlopik- chciałam ściągnąć do stolicy Tomiego i młodego, który właśnie zaczyna ferie [szczęściarz!], na zwiedzenie Centrum Nauki Kopernik i Muzeum Powstania Warszawskiego- ale nie wiem jeszcze, czy plan się uda, bo nie wiadomo dokładnie kiedy będzie odbiór, czy Tomi będzie mógł się wyrwać z roboty etc, etc.. Także na razie chciałam tylko wstawić wierszyk, bardzo weekendowy:

      Piątek - srątek, stały wątek.

      A podobno to początek

      odpoczynku od roboty.

      Kto wymyślił te głupoty?!

      Fakt - nie muszę wstać po nocy.

      Do przedszkola i do pracy

      też jak co dzień gnać nie muszę.

      OOO! Uwaga bo się wzruszę!

      No mecyje nie z tej ziemi!

      Kto ma możność niech się leni!

      Ja na weekend listę zadań

      Od tygodnia już układam!

      I Mikołaj nic nie wskóra

      gdy na głowie zadań fura.

      Jak mi starczy dób w weekendzie

      może nawet relaks będzie:

      poprasuję, zrobię pranie

      a jak czasu mi zostanie

      wezmę książkę i poczytam.

      Nad nią zasnę jak zabita.

      Nie ma co się ekscytować!

      W ciepłym gdzieś głęboko schować,

      jakoś przetrwać, marząc skrycie

      jakie by to było życie

      gdyby człowiek miał na głowie

      tylko włosy i słomkowe

      kapelusze i na plaży

      cały weekend tyłek smażył

      w towarzystwie barwnych dryni

      myśląc o dupie Maryni.

       

      Wspaniały, nie? :) Pochodzi stąd o. I myślę, że doskonale opisuje to, co jest głównym problemem radośnika- za szybko mija..

      A dzisiaj trening!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Po robocie, przy sobocie”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      piątek, 30 stycznia 2015 16:15
  • wtorek, 27 stycznia 2015
    • O wegańskich oszukańcach [rozwiązanie zagadki]

      Na początku informuję, że na zdjęciu z poprzedniej notki na pomidorach rozpłaszczała się..

      HA!

      wegańska mozzarella.

      Zrobiona z ryżu [nie przeze mnie, a szkoda- chciałabym! Bo jest piesko droga]

      

      [zdjęcie ze strony http://blog.pixel-illusion.de/wp-content/uploads/2012/04/mozzarisella.jpg ]

      I właśnie chciałam coś w tym temacie skrobnąć.

      Bo tak- wiele osób to strasznie, nie wiem czemu, oburza. Wszystkożerców, wegetarian, wegan. Jak to, wegańska mozzarella? Wegański ser? Kotlet? Przecież to są jakieś podróby! Po co je tak nazywać, skoro chcemy [chcecie] odciąć się od "owoców" ludzkiego znęcania się nad zwierzętami?!

      A ja, kurka wodna, mam to w nosie. Nie nazwę kotleta z fasoli ulepcem, bo komuś się wydaje, że nazwa "kotlet" jest zarezerwowana dla mięsa. A kotlety jajeczne z barów mlecznych? Nazwa ma oddawać to, w jaki sposób się daną potrawę je, uprzedzać, czego się można spodziewać. Nie każdy weganin brzydzi się produktami odzwierzęcymi, i wcale nie uważam, że to mu jakoś umniejsza. Wręcz przeciwnie, łatwiej odmówić sobie czegoś, czego i tak się nie lubi, prawda? Ja na przykład mięsa bym nie zjadła, jajka i mleka też, ale brakuje mi czasami wędzonych ryb- łososia czy makreli. Ale nie cierpię z tego powodu niewypowiedzianych katuszy, nie umartwiam się, bo mam inne priorytety. Tak zdecydowałam i basta.

      Nikt też nie mówił, że każdy weganin ma się zdrowo odżywiać. Wbrew pozorom, to nie jest sposób jedzenia który zapewni utrzymanie doskonałej sylwetki i idealnych wyników badań. Jeśli ktoś tak myśli, to chyba nie przeglądał wegańskich stron z przepisami ;) potrawy smażone i marynowane, ciasta, torty i ciasteczka, "junk food", kremy, zasmażki, miliardy kalorii, żywność przetworzona bardziej lub mniej. I chociaż ja generalnie trzymam się tej nieprzetworzonej, to znaczy lubię sama zrobić potrawę od A do Z [czyli barszcz na własnym bulionie i zakwasie, burgery do których sama robię "wkładkę", sos i bułki], to czasami, głównie z ciekawości, sięgam po takie kontrowersyjne gotowce. Chociaż są oszukane, przetworzone, niezdrowe, cholernie drogie i najczęściej po prostu niesmaczne ;)

      Bo na przykład ciekawa jestem, jak smakuje wegański bekon.

      Odpowiedź: jest paskudny, nie kupuj tego. Smakuje jak mokra tektura ;)

      i tak też wygląda. Oszczędziłam Ci właśnie kupę kasy.

      Lepiej wypadł wegański ser, który miał udawać pleśniowy

      Nie smakował kompletnie jak pleśniowy, ale miał fajną konsystencję- soliłam go i wrzucałam do sałatki, po posypaniu z ziołami prowansalskimi robił za fetę ;)

      idealnie z grzankami z koperkiem i margaryną.

      Wegańską, oczywiście ;)

      Nie mam uwag, pyszny, maślany smak, dobra do pieczenia. Dziękuję. Szkoda, że za 7pln..

      Podobnie intrygujące były dla mnie wegańskie filety rybne [co za absurd ;)]

      Lepiej niż tekturowy bekon, ale naprawdę, szału nie ma. Nie warto za taką kupę forsy.

      Jednym z najlepszych odkryć jest jednak wegański ser żółty Violife, wersja smakowa Cheddar

      Kupuję go w kostce [jest też w plastrach] i kroję na cienkie plasterki obieraczką do warzyw, wtedy starcza na dłużej ;))

      Robi robotę na kanapkach, na zapiekankach dodany pod koniec pieczenia też wychodzi nieźle

      [tak, pod spodem wegański bekon ;))]

      Odkryciem życia jest póki co sojonez, czyli majonez bez jajek. Pisałam o nim w notce o wegilii. Jest genialny, pasuje do wszystkiego i dodaje życiu kolorytu, ale ma dwa istotne minusy: potrzeba do niego mleka Alpro Unsweetened, które kosztuje 9pln/kartonik, i jest TAK TŁUSTY, że wystarczy, że na niego patrzę, i czuję, że muszę iść na siłownię.

      Ale po doprawieniu i zrobieniu sosu czosnkowego do naleśników z farszem szpinakowo-pieczarkowo-suszonopomidorowym....

      mmmm....

      Smalczyk roślinny Smakowita Pajda to już chyba wszyscy znają. Kupuję go kiedy potrzebuję wegański smalec [tak, tak!], ale nie chce mi się go robić [to znaczy, nie mam czasu oczywiście ;)]

      A i tak większość z tych rzeczy kupuję do mężowskich kanapek ;)

      widać tu jeszcze wegańską kiełbasę, była dość spoko, ale wyszła drożej niż powszechnie dostępna w marektach, niepokojąco mielonkowata mielonka sojowa

      która to jest bombowa pod musztardą i kiszonym ogóreczkiem, ah.

      Takie to są dziwy które niektórzy jedzą [i ktoś to produkuje][chociaż to jest pikuś, jadłam TAKIE COŚ, że szok w kaloszach- tylko muszę znaleźć zdjęcie]. Wszystkie te rzeczy traktuję zdecydowanie jako "gadżety", żaden z nich nie jest mi tak naprawdę konieczny. W większości to są produkty, których po spróbowaniu więcej nie kupię. Ale rozumiem, że komuś to może smakować, i spoko- ja jednak wolę domowe wyroby, takie jak sojonez, pasty i smalec ;) podejrzewam, że to na podstawie cen tych fanaberii ludzie myślą, że weganizm to droga dieta, chociaż jest zupełnie odwrotnie. Kto myśli, że dodanie do zupy mięsa obniża jej cenę?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „O wegańskich oszukańcach [rozwiązanie zagadki]”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 stycznia 2015 23:00
  • wtorek, 20 stycznia 2015
    • Prószu prósz..

      ano, przysypało dzisiaj troszeńkę! Oczywiście, zeszły tydzień był piękny, więc w weekend umyłam rower z zamiarem nasmarowania go i kontynuowania, jak to się mówi, czalendżu. Otóż dupa! I spadł śnieg. Plus jest taki, że w sobotę zdążyłam przynajmniej udać się z mężem i motkiem na pole zrobić kilka kółek, coby odrdzewieć. Dobrze mi to zrobiło, chociaż na początku próbowałam zmieniać biegi dźwignią tylnego hamulca [...], a na torze glebnęłam dwa razy TAK, że całe uda mam w siniakach, i to takich wielkości prawie dłoni każdy jeden. Wyglądam więc troszkę jak ofiara przemocy domowej, ale przynajmniej biegi zmieniam [czasami].

      Drugi plus jest taki, że mogę zaprezentować całemu światu moje absolutnie KOZACKIE odzienie zimowe, które sprawił mi szanowny Pan Mąż z okazji urodzin [dziękuję, dziękuję ;)], kiedy to było jeszcze ciepło [chociaż była połowa stycznia].

      Jeśli więc zobaczycie na mieście stworzenie z włochatym irokezem na głowie i małymi króliczkami nadzianymi na ręce, to będę JA.

      Tylko, że futerko oczywiście nie jest z królików. Jest z plastikowych królików <3

       

      Rękawiczki są boskie. Tylko trochę trudno nimi znaleźć klucze w torebce.. No i kiedy prowadzi się samochód, przy skręcaniu kierownicą włączają się kierunkowskazy i wycieraczki ;)

      A więc wydało się, że miałam w tak zwanym międzyczasie urodziny. Ano, miałam. I było świetnie :) w dzień urodzin Tomi rozpieścił mnie kolacją w Avocado- ja zjadłam sobie faszerowane pieczarki [oddajmy sprawiedliwość- spodziewałam się pieczarek w formacie portobello, dostałam dwa takie zwykłych gabarytów kapelusze. Ale na górze pysznego ryżu polanego pysznym sosem warzywnym z pysznymi surówkami, więc objadłam się jak sołtys w dożynki mimo, że pieczarki były dwie.] a on burgera jaglanego, którym chyba się nawet najadł, bo nie dopychał w domu kiełbasą ;)

      A w sobotę zabrał mnie do klubu [szok!], gdzie miałam NIESPODZIANKĘ w postaci paczki znajomych, których się KOMPLETNIE nie spodziewałam! Zabawa była przednia, atmosfera wspaniała, tylko jedzenia brakowało ;) 

      Skoro o jedzeniu mowa... :>

      kto zgadnie co jest na pomidorkach, obok kotlecików z soczewicy i ziemniaczków faszerowanych porem? :>

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Prószu prósz..”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 20 stycznia 2015 19:56
  • poniedziałek, 12 stycznia 2015
    • zgodnie z nagłówkiem

      Wstałam sobie dziś troszkę po szóstej rano. Ogarnęłam, przyodziałam, i pomaszerowałam dziarsko w kierunku sklepu. Cel- bułki dla Pana Męża. Ledwie wyszłam za furtkę osiedla, kiedy dopadła mnie rzeczywistość. Nagle cały świat się zachwiał, ja utraciłam dosłownie grunt pod nogami, serce zaczęło walić jak oszalałe! Co się dzieje?!

      Ano nic, ślizgawka.

      A ja założyłam moje najbardziej śliskie buty, piętnastoletnie [15!!] trapery, jeszcze po mamusi.

      Drogę do- i ze- sklepu pokonałam dostojnym krokiem pingwina

      bo oczywiście nie chciało mi się wracać do domu zmienić buty. Droga zajęła mi dwadzieścia minut. Ale przynajmniej wszystkie kości mam całe ;)

      W pracy trochę zamieszanie, szef się przepycha z ZUSem w sprawie odbiorów, a ja się przepycham z Szydłowcem o fakturę, na której suma jest o jeden [1!] grosz [GROSZ!] brutto wyższa niż na umowie. Co ja poradzę na to, że program do faktur najwyraźniej ma inną technikę zaokrąglania niż excel, w którym robimy oferty? Eeech, papierologia.

      Zjadłam dziś ostatniego ze sporządzonych ostatnio gołąbków- zaszalałam i zrobiłam cały gar, jedliśmy je trzy dni a jednego na próbę wsadziłam w słoik i zapasteryzowałam. Zobaczymy co z niego będzie za kilka miesięcy.. Jak już się porywam i robię tak czasochłonne danie, mogę od razu zrobić na zapas i zakonserwować :) słoik o tyle lepszy, że nie mam za bardzo miejsca w zamrażalniku..

      wyglądają niepozornie, ale są oczywiście wegańskie :) farsz zrobiłam na bazie przepisu na pasztet z Jadłonomii, dodałam trochę warzyw, i wyszły pyszne. Tylko kapustę jednak następnym razem wezmę zwykłą- smakuje nam bardziej niż włoska.

      Farsz do gołąbków:

      200g zielonej soczewicy

      100g kaszy jaglanej

      2 cebule

      2 goździki, 2 ziela angielskie, 2 liście laurowe, 2 kulki jałowca

      2 marchewki

      kilka pieczarek

      sos sojowy

      majeranek, cząber/zioła prowansalskie

      sól, pieprz

       

      i teraz lecimy: soczewicę trzeba ugotować, jaglankę też [gotuję tak, że suche ziarenka zalewam dwa razy większą porcją wody, doprowadzam do wrzenia, zmniejszam moc tak żeby tylko pyrkało i gotuję pod przykryciem aż woda się wchłonie. Nie mieszam!]. Cebulę posiekać,  na patelni rozgrzać troszkę oleju. Wrzucić na olej goździki, ziela, liście i jałowiec, posmażyć chwilkę, wrzucić cebulkę i dusić na niedużym ogniu [żeby się nie zjarała, tylko zeszkliła]. Kiedy będzie gotowa, wyrzucić przyprawy z patelni a cebulkę dodać do ugotowanej kaszy i soczewicy. Całość zblendować, doprawić 3 łyżkami sosu sojowego, łyżeczką majeranku, połową łyżeczki cząbru/ziół prowansalskich, łyżeczką pieprzu i dwiema łyżeczkami soli [takie proporcje są u mnie- mniej więcej]. 

      Pieczarki pokroić w kostkę i poddusić na patelni, marchewkę zetrzeć. Dodać jedne i drugie do masy soczewicowej, wymieszać. Et voila! To, co mi zostało po faszerowaniu gołąbków użyłam w formie pasty na kanapki :) Wsadzać w kapustkę, zawijać, dusić 20-30min [zależy od kapusty]. Smakówka!

      I teraz w temacie- robiłam przegląd menażerii, ta panienka trochę się wkurzała, że jej gmeram w terrarium. Zdecydowanie nie mi casa es su casa!

      no ale śliczna jest, a ślicznym się więcej wybacza ;)

      ej, dzisiaj jedziemy na siłownię na trening organizowany przed EnduroES! Świetnie, może uda się wykorzystać te nasze nieszczęsne karnety do Calypso [fatalna siłka]

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „zgodnie z nagłówkiem”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 12 stycznia 2015 16:05

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa