Wpisy

  • czwartek, 24 lipca 2014
    • Tak wiele rzeczy, wow.

      Nie było mnie długo bo ponieważ pierwsze 3 dni tego roboczego tygodnia spędziłam w Lęborku.

      Bynajmniej nie wylegując się nad kaszubskim jeziorkiem lecz nosząc krzesła, czyszcząc szafy, odkurzając, poprawiając i dopilnowując. A było to tak.

      W zeszłym tygodniu chciałam dostać wolny piątek, bo spontanicznie małż oświadczył że chciałby pojechać na wieeelki zlot motocyklowy do Nowego Jasińca nad Zalewem Koronowskim. Nie byliśmy jeszcze na tak dużej imprezie a okazyjnie trafił się domek, no i towarzystwo w postaci sąsiadów z osiedla, także co tam.. Musiałam tylko załatwić z urzędem miasta w Lęborku ustawkę na poniedziałek- docelowo w czwartek miały tam zostać zamontowane wszystkie meble, więc w piątek trzeba by posprzątać i zrobić odbiór. Udało mi się jednak ustalić że przyjadę w poniedziałek, więc piątek miałam wolny. Spakowaliśmy manatki, torby podrzuciliśmy znajomemu który jechał samochodem a sami śmignęliśmy na motku. Po dotarciu na miejsce zakwaterowaliśmy się w tekturowym domku, który czasy świetności miał daaawno za sobą i był naprawdę, nawet jak na zapuszczony domek w kaszubskim ośrodku, MEGA zaniedbany. No ale co tam, nie przyjechaliśmy żeby w domku siedzieć, nie?

      Pogoda była piękna, gorąco i słonecznie, chcieliśmy więc skorzystać z jeziorka w celu kąpieli, jednak okazało się że jeziorko jest dość żyzne i obficie żyje własnym życiem..

      Ja generalnie nie należę do osób które brzydzą się wodorostów [oczywiście, ma to związek z moim weganizmem, w końcu mogę te krzaki chwytać pełnymi garściami i od razu zjadać jak mi sugerowano, haha, przezabawne :P], ale jednak kiedy się pływa w TAKIM buszu, który oplątuje się dookoła kostek, wczepia we włosy i kizia po brzuchu, to.......niee...

      Także kąpingu za wiele nie było. Ale nic to, organizatorzy zlotu zapewnili atrakcje- takie jak stoiska handlowe ze skórzanymi kamizelkami, sygnetami w czaszki, łańcuchami w czaszki, breloczkami w czaszki i bandanami w płomienie. I czaszki ;) Oczywiście do tego piwo, dużo punktów gastro [kebab, hot dogi, czipsy, wiadomo], PIWO, pokazy kaskaderskie i DUŻO PIWA.

      Najfajniejsze były oczywiście pokazy. 

      i TAKIE rzeczy!

      robiące wrażenie.

      Oczywiście zaraz znalazł się godny naśladowca, którego musiała zabrać karetka..

      Po pierwszej nieprzespanej nocy obudziliśmy się lekko wymięci. Wyobraźcie sobie noc w domku z papieru, otoczonym przez namioty. Przy każdym namiocie kilka motków, które są całą noc gazowane do odcięcia [brzmi to mniej więcej tak]

      w komplecie z.. ujadającym yorkiem, którego jakiś debil ostatni zabrał na zlot.

      Także nie pospaliśmy sobie. Następnego dnia na pocieszkę chcieliśmy pożyczyć kajaki i popływać po zalewie, niestety okazało się że ośrodek na czas zlotu zawiesił wypożyczalnię sprzętu wodnego. Ponieważ było gorąco okropnie, wskoczyliśmy na motki w stroju mocno amatorskim

      i pojechaliśmy powoli do oddalonego o jakieś 8km ośrodka w Pieczyskach. Tam uświadczyliśmy kajaczków i zrelaksowaliśmy się w ciszy i spokoju na jeziorku, w towarzystwie kaczej rodziny

      i perkozów dwuczubych

      Pokręciliśmy się po okolicy i wróciliśmy do ośrodka, pooglądaliśmy jeszcze to co było do oglądania

       

       

      jakiś tatuś-motocyklista przywiózł sobie mini-me

      i w sumie podjęliśmy decyzję o wcześniejszej ewakuacji. Udało się spylić domek, i noc z soboty na niedzielę spędziliśmy w błogiej ciszy, cudnie było ;)

      A co na takim spędzie [2500 osób!] je wegus? Coś się zawsze znajdzie

      były jeszcze placki ziemniaczane i więcej surówek :)

      to leczo jest takie se, strasznie kwaśne

      Generalnie czerwona fasolka z puszki robi robotę ;)

      A w poniedziałek udałam się do Lęborka po to, żeby spędzić tam cały dzion i zobaczyć że nie ma wszystkich mebli.

      We wtorek to samo.

      W środę udało się zrobić odbiór. Uff.

      Ciekawostka- kupiłam sobie w Pepco w Lęborku gatki, bo w Gdańsku ciężko znaleźć mój kolor a tam akurat był ;) przyłożyłam je do kupionych wcześniej, i co? Mniejsze! A rozmiar ten sam. Także radzę uważać, bo w Lęborku mają mniejszą rozmiarówkę ;)

      I tym oto sposobem mam już prawie następny radośnik!

      I w ogóle to jest 24 lipca! Jak tak dalej pójdzie, zaraz będę miała 60 lat.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Tak wiele rzeczy, wow.”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 lipca 2014 16:01
  • poniedziałek, 14 lipca 2014
    • znikająca pakora!

      się porobiło, człowiek w pracy nie może nawet spokojnie jakiejś ciekawej notki dodać, bo musi PRACOWAĆ. Niedorzeczność! A żeby tego było mało, w piątek przyszło mi pracować fizycznie. W związku z odbiorem w jednym z meblowanych aktualnie kaszubskich inkubatorów [przedsiębiorczości], musiałam się udać z koleżanką Alutką posprzątać i sprawdzić czy grzebki [czyt. montażyści] zrobili wszystko dobrze. Tak. Ja, kierownik działu sprzedaży, projektant, ogarniacz przetargów a w wolnej chwili fachowy serwis sprzątający ;) orzech-orkiestra! W każdym razie myślałam że wpadniemy z odkurzaczykiem na 2-3h, pach pach, posprzątane i pachnące. A pupa! Siedziałyśmy tam do 15 z hakiem [od 7.30]. W międzyczasie jeszcze Alutka zrobiła małą rozpierduchę bo wylał się jej rozpuszczalnik, i wykładzina zmieniła kolor z szarego na brązowy.. ale udało się to uratować ;) Ostatecznie wszystko poszło dobrze, protokół mamy, FV wysłałam dziś, AHA.

      Od śmierci głodowej między odkurzaczem a mokrymi ściereczkami z biedronki [polecam] ratowały mnie wafle ryżowe zwane styropianem, śmierdząca lecz pyszna sałatka z bobem i czosnkiem [yeah], oraz TO:

      batoniczek dostępny w żabkach i freszach, który oprócz tego że jest KOSZERNY jest też WEGAŃSKI, ale akurat mi się w tym miejscu papierek urwał ;) smaczna to rzecz, jak ciasteczko z konfiturą, polecam, zachwalam i wcinać będę na bank!

      Radośnik wiadomo jaki był. To znaczy nie wiem jaki był u Państwa, ale u mnie w sobotę na przemian lało, padało, kropiło i mżyło. Lola jest szczęśliwa, bo brak upału=brak zawału, ale ja to jednak wolałabym się poopalać. Plus dodatni jest taki, że przynajmniej nam ogród podlało. W niedziele też trochę było słabo, ale już lepiej. Małż się ogarnął i wróciliśmy na siłkę, więc można było trening zrobić, ale tak to co..? Ino chlać. Albo robić sznurkowe bransoletki. Albo pichcić coś, co się wiecznie odkładało na niezidentyfikowane "później". I tak powstała pakora z kalafiora by jadłonomia 

      Nawet nie było takiego dużego bajzlu

       

      Sos zrobiłam ze słonecznika, bo szkoda mi było burżujskich nerkowców ;) ale i tak wybornie smakowało z sosem BBQ!

      A dlaczemu znikająca?

       

      dlatemu :)

       

      smacznego!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „znikająca pakora!”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 14 lipca 2014 16:16
  • wtorek, 08 lipca 2014
  • poniedziałek, 07 lipca 2014
    • konflikt interesów

      co ja robię cały dzień że mi tak leci? Zgroza!

      Gorąco jest, fajniutko. W sobotę o 17 odbył się na plaży w Brzeźnie maraton Zumby- OCZYWIŚCIE chciałam pójść, i OCZYWIŚCIE nic z tego nie wyszło bo na 19 byliśmy zaproszeni na wspomnianego grilla. A sobotę spędziliśmy 5h w samochodzie [aaa!] w drodze do/z Darłowa, na festiwal przemocy czyli zlot miłośników militariów [młody lubi]. Pojechaliśmy, dotarliśmy, kupiliśmy skisłe gotowane kukurydze [fuj :/], obejrzeliśmy jakieś czołgi i stoiska z iście jarmarcznymi akcesoriami- od wykopanych w ogródku kawałków blachy stanowiących zapewne jakiś strategiczny element bombowca, przez repliki granatów i chińskie plastikowe topiki w moro po gumowe włochate pająki na pompce. Na koniec obejrzeliśmy sobie piękną plażę nad otwartym morzem gładkim jak stół, i mogliśmy sobie najwyżej powąchać wodę, bo nie mieliśmy ręczników ani ciuchów na zmianę. Fakt, wychodząc miałam plan coś wziąć, ale T. powiedział że nie będzie czasu i się go głupia posłuchałam. Kiedy się nauczę że męża się nie słucha? ;)

      za mundurem..korek sznurem

      tu kupiłam dobry kwasik chlebowy!

      duże autko służy do przewożenia mniejszych autek, wiadomo.

       

      parada atrakcji. Wspomniane pająki, plastikowe karabiny i kapelusz Majkela Dżeksona, witamy na militarnym pikniku!

      plaża. Grrr.

      Weszłam do wody na tyle na ile mi pozwalały spodenki i goniłam rybki :)

       

      Wieczorem udaliśmy się na grilla. Wspominałam wcześniej że chciałam zrobić dobre vegan żarcie i ulepiłam wiadro burgerów z ciecierzycy, zamarynowałam miskę cukinii, cebuli i pieczarek i zrobiłam też trufelki na słodko. Efekt oczywiście był taki, że najpierw na ruszcie wylądowało mięso, a kiedy moje warzywka były gotowe wszyscy byli tak opchani że nie mieli ochoty nawet skosztować.. Pfeh, ostatni raz tak się narobiłam. Plus jest taki, że mam dużo zamrożonych burgerów na kryzysowe czasy ;) no i towarzystwo było miłe..nawet zostaliśmy zaproszeni na ślub gospodarzy. To nic, że widzieliśmy ich drugi raz w życiu. Whisky connecting people ;)

      W niedzielę natomiast zerwałam się bladym świtem [po 8], i w przypływie szaleństwa wzięłam psa na sznurek i poszłyśmy na pole zbierać poziomki. Kiedy wróciłyśmy [po 30min], Lola rozjechała się na podłodze i sapała tak okrutnie, że już ją chciałam brać w samochód i jechać do weta.. kompletnie się nie mogła ogarnąć bidula :( Ale zmoczyłam jej wodą poduszki łap i futro, podałam dopyszcznie wodę i odpaliłam wentylator. Schłodziła się i wyszła do ogrodu dalej się prażyć. Dziwne zwierzę. W każdym razie spacery w upał trzeba minimalizować.

      Akcja ratunkowa

      Następnie poszłam sobie do Krowy, bo w zeszłym tygodniu się nie widziałyśmy i chciałam pogadać. Akurat się napatoczyłam na właściciela który szedł przeprowadzić ją kawałek dalej, coby miała cień i nową trawę, pogadaliśmy chwilę o czystości okolicznych jeziorek [podobno w Otominie lepiej nie pływać] i zostawił nas same. Krowa ucieszyła się ogromnie z jabłka i kalarepki które jej przyniosłam w darach, a 1,5l wody z miski wciągnęła dwoma łykami i rzuciła mi spojrzenie pełne politowania.. Nic dziwnego, jakoś mi wyleciało z głowy że to zwierzak ważący ca 300kg i taka ilość wody to dla niej raczej niewiele. Później postałyśmy sobie na polu, podrapałyśmy się po szyjach i boczkach [ja byłam stroną drapiącą, wszak krowa nie ma paznokci ;)], w ramach podziękowania zostałam polizana szorstkim jak papier ścierny jęzorem [albo sprawdzała czy da się mnie zjeść, hm.]

      Krowi ukłon. Kulturka musi być.

      Około 13 mój skac..em.. zmęczony ;) mąż dojrzał do tego, żeby wybrać się nad jeziorko. Padło na Łapino. Na miejscu oczywiście bazylion ludzi, ale udało nam się dopchać do wody- skąpaliśmy się chwilę i w sumie mogliśmy już jechać, bo przyszły ciemne chmury i zaraz zaczęło padać. Ale kąpiel nareszcie zaliczona, yaaay! :))

      O 17 w Sopocie też miała być zumba. Przyjechaliśmy-deszcz. Jak nie psi urok.. Dzisiaj na 20 w Calypso, mam darmową wejściówkę którą dostałam na akcji z pompkami. Ciekawe co tym razem ;)

      morze w Sopocie, mniam mniam!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „konflikt interesów”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 07 lipca 2014 15:54
  • wtorek, 01 lipca 2014
    • bezczynność

      mnie pożera tak okropna, że czuję jak obrastam mchem i hubą.

      Od dwóch chyba tygodni nie chodzimy na siłkę, bo T. zdecydował że ma teraz tyle pracy, że nie ma siły na treningi.

      Spoczko, powiedziałam sobie, odkurzę program insanity i będę w domu ćwiczyć.

      Dupa, oczywiście. Ledwo się mogę ogarnąć, a dodatkowym problemem jest to, że do ćwiczeń potrzeba lapka który w domu jest jeden, więc muszę ćwiczyć kiedy T. nie ma w domu albo coś sobie gmera w garażu na przykład. No ale przede wszystkim muszę się zmotywować.

      Niniejszym więc, MOTYWUJĘ się i obiecuję sobie tu o, publicznie, że dziś po pracy ćwiczę, a jak nie to proszę mnie zbesztać.

      Wyjazd na zlot się owszem, udał :) pogoda co prawda była kiepska a w porywach okropna [ściana deszczu], na szczęście nie mieszkaliśmy pod namiotami, więc dało się przetrzymać. Mogłam sobie zgrillować moje dziwne wegańskie żarcie bez najmniejszego kłopotu, nawet zjadłam w ośrodku pierogi ze szpinakiem [bez fety!] i krem z pieczarek [bez śmietany!], więc można powiedzieć że menu wegańskie mieli w minimalnym stopniu opracowane. Tańce i hulanki wieczorami były, i ogórki małosolne kaszubskie przepyszne! Zaliczyliśmy jedną wycieczkę rowerową, 10km między deszczem a ulewą- co prawda szlak turystyczny którym jechaliśmy nagle się urwał i trzeba było wracać, ale i tak fajnie było się trochę poruszać. Niestety, nie odważyłam się na kąpiel w jeziorku, ale słońce za oknem mówi mi, że to już niedługo :)

      A dziś 1 lipca..! Gdzie te czasy, kiedy w połowie kwietnia kąpałam się w MORZU..?

      Starzeję się.

      A na następny radośnik jesteśmy zaproszeni do znajomych-nieznajomych [tzn. ja ich za bardzo nie znam] na parapetówkę z grillem- dostałam za zadanie ogarnąć warzywa [dla porównania- T. ogarnia..węgiel ;)], więc właśnie wymyślam menu. Oczywiście bardzo zależy mi żeby było pysznie i żeby wszystkim posmakowała cruelty-free opcja.

      Zdjęć dziś ni ma, ale będzie krótki filmik.. dla przemyślenia. Wiem, że obiecywałam nie robić krucjaty, ale boli mnie serduszko i czasami muszę jakąś małą propagandę zasiać.. Zwłaszcza, że wiele osób jednak nie zdaje sobie sprawy z realiów hodowli [ja kiedyś] i nie wie, że można jeść nie krzywdząc [ja kiedyś], i po zapoznaniu się..może coś zakiełkuje w głowie :)

      go vegan..!

      PS. wszystkiego dobrego z okazji Dnia Psa!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „bezczynność”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 lipca 2014 16:05
  • piątek, 27 czerwca 2014
  • poniedziałek, 23 czerwca 2014
    • znów w koleiny

      ano, radośniki mają to do siebie, że się za szybko kończą. Pogoda niby była średnia, ale jakieś atrakcje udało się wyłuskać- a to wycieczkę rowerową 

      a to poziomki z centrali

      i w jaglance

      i degustację lokalnych trunków w nowo odkrytym sklepie alkoholo ;)

      butelka z ośmiornicą i malowany kapsel mnie zachwyciły. Smak piwa Deep Love również, na początku słodki, później gorzki jak pieron.. i za nic nie mogę skojarzyć tej kwiatowo-owocowej nuty!

      jadłam pysznie. Kofty z tofu do których się zbierałam od dawna, aż mi się tofu niemal przeterminowało- niepotrzebnie się tak ociągałam, bo są pyszniutkie, szybkie i smaczne! Tu z ryżykiem i sosem salsa

      oczywiście były i grille, a z nimi cukinia, tempeh, cebula, pieczarki.. wszystko w sosie barbecue ;)

      Przypadkowe dziecię- podduszony na patelni świeży szpinak z cebulą, pieczarkami, tofu i suszonymi pomidorami. Pyszny obłędnie!

      No i, proszę państwa, będą cukinki :)

      trochę mnie martwi fakt, że jutro muszę się zwlec o 5, bo o 6 ruszamy na realizacje- do Kaszubskich Inkubatorów Przedsiębiorczości zjeżdżają krzesła.. ciężko będzie.

      A w następny radośnik, kierunek- Ostrzyce! Zlot motocyklowy. Mam nadzieję że pogoda będzie boska, co wynagrodzi mi nieobecność na szkoleniu Vegan Workout :(

      PS. ahahaha, prognoza mówi że będzie LAŁO. Cudnie.

      PSPS. Na Dzień Ojca i małego głoda prezentuję pyszne kuleczki!

      Jest to TEN słodycz którym można się opychać prawie bez wyrzutów sumienia, bo jego bazę stanowi...

       

      ...

       

       

      ..KASZA GRYCZANA!

      Miałam duże obawy że będzie ją czuć, jednak po doprawieniu masy pachniała pięknie pierniczkowo, i jest tak wspaniała że oh ah i same superlatywy! Będę lepić częściej :] A przepis pochodzi z blogaska TrueTasteHunters.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „znów w koleiny”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 23 czerwca 2014 15:30
  • środa, 18 czerwca 2014
    • Gdańsk z perspektywy kaczki

      ano. Fotki z sobotniego spływu kajakowego dopiero dzisiaj, boo w poniedziałek cośtam, a wczoraj byłam na odbiorze mebli w ubezpieczalni i zeszły mi dwie godziny na dyskutowaniu nad przelotką w blacie biurka. Pani klientka była wzburzona że nie skonsultowano z nią położenia owej przelotki, bo to że ona jest tam gdzie jest podnosi jej poziom irytacji do tego stopnia, że NIE MOŻE PRACOWAĆ. I w ogóle przy tym biurku nie siada. Moje argumenty, że jeśli klient nie zaznacza że coś ma być nietypowo to robimy typowo, i że gdybyśmy mieli dywagować nad każdym detalem konstrukcyjnym mebli to do dzisiaj nie zaczęlibyśmy ich robić, przeszedł jakoś bez echa. Zwłaszcza, że na ustaleniach spędziliśmy w sumie ok. 6 godzin, i robiliśmy kilka wersji wycen bo klientka zmieniała zdanie w sprawie różnych elementów...ech, ludzie. Nie zawsze może być różowo ;)

      Wracając do soboty- zgodnie z planem i na przekór pogodzie, razem z mamą o 9.40 stawiłyśmy się na przystani kajakowej nad Motławą. Grupa była spora, wpisałyśmy się na listę i dostałyśmy niezbędne gadżety [kajak, wiosła i kapoki] i wio. Tempo było bardzo spacerowe, kajak z przewodnikami trochę słabo nagłośniony ale dał radę. Co jakiś czas przystanek, kilka informacji historycznych, ciekawostek, i na zakończenie złorzeczenie na władze miasta. Nie dziwię się, też mnie wkurza to że sprzedaje się działki w historycznej części miasta deweloperom i nawet nie narzuca im się wizji, jak powinna wyglądać ich inwestycja.. No a kasę z działek można by przeznaczyć na przykład na taki drobiazg jak konserwację zabytków, czyż nie? Tak naprawdę zadbana jest reprezentacyjna ulica Długa, ale już kawałek dalej, chociażby słynna Wyspa Spichrzów.. przykro patrzeć. Wszystko się sypie, albo kupuje to prywatny inwestor po czym zabytek trawią wybuchające w niewyjaśnionych okolicznościach pożary.. [ergo: zajezdnia tramwajów konnych w Oliwie] I już można budować osiedle! Nad samą Motławą powstają jakieś koszmarki, kompleksy apartamentowców pasujące do charakteru Starówki jak kalafior do bitej śmietany, ogrodzone zielonym płotkiem z siatki który uniemożliwia spacer brzegiem rzeki. Tylko patrzeć, ja przyjdzie ekipa budowlańców i ociepli rozpadające się kamienice 10cm styropianem i pomaluje je na wszystkie kolory tęczy :(

      To teraz fotecki będą.

      Kamieniczka przy Żabim Kruku- miejscu spotkania. Zrobiłam zdjęcie, bo jak sugerują pustaki w oknach, niedługo już jej nie będzie..

       albo na przykład to. Wiecie, że ta rozsypująca się rudera ze świetlikami w dachu to pierwszy w Gdańsku dworzec kolejowy?

       Szczątki na Wyspie Spichrzów

       

       wzdłuż Długiego Pobrzeża, spacerowicze robili nam zdjęcia ;) dobrze że chleba nie rzucali ;)

       widok z drugiego brzegu. W centrali- żuraw

      na przeciwko żurawia marina gdańska- nowocześniejsza część

      wypasiony katamaran z bliska :) 

       Wielka Stągiew tudzież Baszta Mleczna, pozostałość po fortyfikacjach Gdańska

       jedyne z nowo powstałych budynków które swoim wyglądem nawiązują do starych kamienic

      prestiżowa lokalizacja firmy produkującej luksusowe, super-drogie torebki ;) pod logo Batycki widać resztki napisu: HURTOWNIA SAMOOBSŁUGOWA

       śliczna lilia wodna! Widziałam dwie takie, na sto butelek szklanych i plastikowych, puszek, woreczków, papierów.... ludzie są okropni!

       jętka [?] którą wyłowiłam z wody, wysuszona i przywrócona do życia ;)

      Po spływie wybrałyśmy się do Green Waya na Długiej. Ja wszamałam sobie samosy, mama pierożki z sosem rozmarynowym, pycha! A to jeszcze jedna fotka z wystawy sklepu z bursztynem. Jakby ktoś miał dosyć walających się w nieładzie po kieszeniach milionów ;)

      dobra, muszę zamówić psu żarcie [znowu! ile ona je?] i chyba zabrać się trochę za pracę.

      Jutro wolne, superowo :o) są jednak plusy mieszkania w państwie które jest bezwyznaniowe tylko w teorii.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Gdańsk z perspektywy kaczki”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 18 czerwca 2014 12:04
  • czwartek, 12 czerwca 2014
    • chrup, chrup, chrup

      jestem uzależniona od płatków kukurydzianych. Takich zwykłych, najlepiej pełnoziarnistych ale też niekoniecznie. Wsuwam je na sucho. W formie deseru, drugiego śniadania, kolacji, przekąski potreningowej i przedobiadowej. Mam nadzieję że mają właściwości antynowotworowe, zabijają wolne rodniki i oczywiście odchudzają ;)

      Właśnie siedzę w pracy i sobie pochrupuję, korzystając z tego że jestem sama w pokoju.

      Za małolata, kiedy objadałam się płatkami produkcji koncernu na N z gniazdkiem w logo, nie mogłam pojąć czemu ludzie jedzą z mlekiem płatki kukurydziane. Przecież one przy kontakcie z jakąkolwiek cieczą w ułamku sekundy zamieniają się w wilgotnego, galaretowatego i obślamyzgłego gluta! Obrzydliwe! Tak samo jak nie kumam ludzi którzy jedzą płatki z ciepłym mlekiem. Przecież w tym właśnie jest cała radość, że płatki chrupią, nie? No, ale aktualnie w ogóle nie czaję ludzi którzy spożywają mleko [czyli wydzielinę krowiego gruczoła :P], także o czym my tu.. ;)

      Kumasz że już jest CZWARTEK? Kiedy to się skończy? Przecież dopiero był poniedziałek! Wpadłam w jakąś pętlę czasoprzestrzenną.

      O sądzie miałam napisać. Poszło dobrze, towarzyszył mi T. jako publiczność co dodało mi odwagi [nie, żebym się miała czego bać, ale jako orzech nastawiony pozytywne i przyjacielsko do całego świata, okropnie stresuję się konfrontacjami ja vs. drugi człowiek, nawet jeśli racja jest mojsza]. Cała rozprawa trwała 1,5h [!!], wszystko co mówiłam musiałam deklamować powoli, głośno i wyraźnie, po czym powtarzała za mną sędzina, i notowała pani.. ee.. nazwijmy ją notariuszką. Wobec takiej sytuacji człowiek się stresuje, bo zdania trzeba składać jak na maturze z polskiego, unikać pierdoletów typu "także tego", "no więc", "sądzę że chyba" itp. Na szczęście kierowca miał jeszcze większe opory przed odzywaniem się ;) Obejrzeliśmy sobie zapis z autobusowego monitoringu, tak z pięć razy [różne kamery, różne ujęcia], co też trochę trwało, bo pani notariuszka słabo ogarniała obsługę odtwarzacza. Ostatecznie kierowca przyznał się, że "faktycznie może jechał trochę za blisko", chociaż samego momentu kiedy szorowałam kierownicą o bok autobusu ofc nie było widać. No ale cóż, to nie gopro są zainstalowane w pojazdach ZKM, dobrze że chociaż coś było. Także pan kierowca dostanie mandacik [300pln], PLUS koszty sądowe i pewnie po premii. A wystarczyło się przyznać na komisariacie, dostałby tylko mandat.. Właściwie to trochę mi go szkoda, mógłby tego mandatu nie dostawać tylko pouczenie czy coś [kierowca to chyba nie jest dochodowe zajęcie], ale z drugiej strony jak sobie pomyślę że mógłby zamiast tego siedzieć z wyrokiem za spowodowanie wypadku, to chyba jednak mandat jest mniejszym złem.

      Pogoda lekko oklapła, w radośnik też ma być wiosennie, zwłaszcza w sobotę. A akurat tego dnia mama wrobiła mnie w kajaki po Motławie, na 9.40, ze słuchaniem historii o Gdańsku. Fajnie w sumie, mama w ogóle ostatnio ogarnia tyle zajęć dodatkowych że szok. Codziennie coś się dzieje, a to jakieś spotkanie z podróżnikiem, a to warsztaty, wystawa, wykłady.. dosłownie codziennie, w Gdańsku, za darmoszkę! Jestem pod wrażeniem ile zajęć można sobie znaleźć jak tylko zechce się poszukać!

      I w ogóle to 28.06 będzie szkolenie

      i jestem ZŁA, bo co? Bo w kwietniu zapisaliśmy się z Tomim na zlot motocyklistów w Ostrzycach, wyjazd 27.06! PECH jak jasna cholera! :(

      Ale za to zumba była wczoraj fajna, trochę babeczek się wykruszyło i jest więcej powietrza na sali, aczkolwiek ściepę na wentylator musimy chyba zrobić.

      Pojawiły się w internetach zdjęcia z akcji pompkowej, tu mnie widać :)

      everybody's pumpin'!

      czymże byłaby notka bez ptaszka ;) gwiazdką odcinka jest pliszka siwa i jej robale

       

      acha, no i jeszcze tak poniekąd w medialnym temacie

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „chrup, chrup, chrup”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      czwartek, 12 czerwca 2014 11:03
  • poniedziałek, 09 czerwca 2014
    • poniedziałek.

      Rekordu niestety nie udało się pobić. W ogóle trochę mało było ludków, nie wiem czemu, wystraszyli się konfrontacji ze swoją kondycją? ;) zupełnie niepotrzebnie, bo w akcję włączyły się nie tylko same koksy [i orzech ;)], ale były też całe rodziny z mniejszymi i większymi dzieciaczkami, emeryci i renciści. I super! Szkoda tylko, że tak mało. 150 osób się uzbierało. No, ale akcja była dość mało nagłośniona.

      punkt opieki nad dziećmi, gdzie moja mamą wolontariowała :)

      babeczka, którą dostałam za pompowanie [i bez trucia pupki organizatorom z pytaniem: "weegaańskaa?" oddałam mamie ;)]

      oczywiście po uprzednim zanurzeniu w ciekłym azocie :P [dlatego tak paruje :)]

      W ogóle prawie cały radośnik spędziliśmy w ogrodzie. Strzaskałam się trochę :] W sobotę przyjechała moja kuzynka ze stolycy ze swoim świeżo poślubionym [w piątek] mężem-Hindusem. Wpadli też nasi eks-sąsiedzi. W ruch poszła grillowana cukinia, cebula, boczniaki, tempeh i pieczarki, indyjski gość cieszył się że nie jest jedynym wege :) i jarał się motocyklami mojego T. Bardzo było miło i zabawnie, objadłam się po same uszy i zamroziłam wino [mam teraz lody winne..]

      W niedzielę pojechaliśmy na siłkę, ale jakoś tak było słabo, gorąco okropnie i głodna byłam, no i nie wiedziałam jaką partię mięśni zrobić więc zrobiłam każdą po trochu, taki full body workout. Po czym kolejny grill, z innymi znajomymi, furorę zrobił mój sos barbecue wg przepisu Jadłonomii i dobrze, bo się przy nim trochę narobiłam. W przepisie jest jedna papryczka chilli, którą ja z braku zastąpiłam kawałkiem zwykłej papryki i pięcioma suszonymi chilli. Sos wyszedł tak ostro że prawie przeżarł garnek, więc musiałam zrobić drugą porcję [tym razem bez chilli] i je ze sobą wymieszać, dopiero wtedy stał się jadalny. Ale idealnie się w nim marynuje warzywa, do posmarowania też jest gites. Polecam się czasem trochę narobić, bo warto :)

      A dzisiaj siedzę w domku, panowie hydraulicy własnie nam instalują zewnętrzny kranik do podlewania ogródka. Później cisnę do pracy, no i na 13 sąd. Nie sądzę żeby coś wielkiego z tego wyszło, pewnie ja powiem jak było a kierowca- że on sobie takiej sytuacji nie przypomina, i tyle. No ale stawić się trzeba.. T. idzie ze mną ;)

      Korzystając z pogody, biegam po ogrodzie ze słoikiem i wyłapuję koniki polne dla geczuków. Przeszczęśliwe są. Geczuki, nie koniki..

      żarcie?

      prawie jak "zakochany kundel"

      ten się wycwanił i opanował bezpośrednie centrum dystrybucji koników ;)

      on nom nom

      w piątek byłam w decathlonie po smar do łańcucha i w auchan po jakieś pierdoły, i wracając rowerem przez pole spłoszyłam w jednej chwili kolejno:

      -kruka

      -lisa

      -kuropatwę.

      Kurka się pasła, lis się na nią ewidentnie czaił, a kruk chyba kibicował.. tylko nie wiem komu. Albo może liczył że lis mu da gryza? [dzioba?] W każdym razie pomyślałam sobie: hurra, uratowałam kurkę! A po chwili przyszła refleksja: biedny, głodny lisek..

      przerąbane.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „poniedziałek.”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 09 czerwca 2014 10:26

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa