Wpisy

  • piątek, 12 września 2014
    • szykuję się do wyjazdu :D

      na poważnie. Zrobiłam już listę rzeczy do zrobienia/kupienia/zabrania, znalazłam biblioteki w których są do wypożyczenia interesujące mnie książki, znalazłam piękną stronę internetową pokazującą jakie to ciekawe pająki można znaleźć na Fuercie [w tym Lactrodectus, czyli poczciwą czarną wdówkę ;)], namierzyłam knajpy gdzie można zjeść wegańsko [istnieją!], i wiem jak jest po hiszpańsku "bez jajek, bez mleka, bez mięsa". Sin huevos, sin leche, sin carne ;) oklaski. Planuję po pracy podjechać do RCKiK oddać krew, jeśli uda mi się wyrobić czasowo- jeśli nie, mogę jeszcze podjechać jutro. Obiecałam mamie, która będzie się opiekować Lolutą, że przed wyjazdem zaprowadzę ją do weterynarza [psa, nie mamę] na szczepienie, odrobaczenie i przegląd. Muszę jeszcze zrobić kilka prań, na szczęście wczoraj udało mi się wstawić ogórki kiszone. 

      Geczuki mi się okluły! Normalnie podchodzę sobie wieczorem do regału żeby zgasić światło, i zauważyłam jakiś ruch na ramce ze zdjęciami. Ponieważ kilka dni temu nie domknęłam terrarium i od tego czasu przyłapałam już trzy dorosłe gekony płaczące przemieszczające się radośnie po domu, myślałam że to kolejny zbieg. Odsunęłam ramkę, a tam taki ciupi ciupi strzępek, 3cm w kapeluszu. Drugiego znalazłam w terrarium, oczywiście skitranego w prowadnicy od drzwiczek. Mam więc dwa nowe smarki i nie bardzo mam czym je karmić.. przyszedł mi do głowy jednak genialny pomysł. W pojemniczku z gekami [po surówce] zrobiłam w deklu kilka dziurek, a do środka wsadziłam kawałek mocno dojrzałego banana. Postawiłam pudełko w kuchni, koło kosza z owocami. Pułapka na muszki owocówki najnowszej generacji, ekologiczna i czikająca, muszę to opatentować :D

      Byliśmy wczoraj na siłce, chyba ostatni raz przed wyjazdem. Miałam robić plecy, ale po pierwszym obwodzie dałam się namówić na spróbowanie treningu cross dla dziewczyn który odbywał się w małej, zielonej sali. Zrobiłam dwa obwody [normalnie są trzy], oczywiście przykozaczyłam i brałam największe ciężary jakie były, i pod koniec myślałam że już nie wyrobię. Fajnie, podoba mi się i chyba przyłączę się do sekty :D

       

      zapomniałam wspomnieć, że na Kociewiaka jechaliśmy autostradą!


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „szykuję się do wyjazdu :D”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      piątek, 12 września 2014 13:48
  • czwartek, 11 września 2014
    • IV Kociewski Rajd Enduro okiem orzecha :]

      ależ wczoraj miałam urwanie głowy, robiłam ofertę na przetarg w towarzystwie przestępującego z nogi na nogę i znacząco zerkającego na zegarek kuriera [który miał ową ofertę odebrać] i dwóch drukarek na zmianę odmawiających współpracy. Ofertę udało się wysłać, a dzisiaj widzę notkę na stronie Zamawiającego że zmienili sobie termin składania z 11.09 na 18.09. Eeech. Przynajmniej mam z głowy ;)

      Noo i we wtorek udaliśmy się, zgodnie z planem, do Itaki! Tak jak się obawiałam, okazało się, że większość [jakieś 90%] wycieczek które wiszą na stronach biur podróży jest: a) nieaktualne, b) zarezerwowane, c)zostało jedno/dwa miejsca. A my jesteśmy we czwórkę. Ostatecznie mieliśmy do wyboru dwie miejscówki na Fuertaventura i jedną na Kos. Grecka wyspa wydała się lepszą opcją, bo w tej samej cenie co pozostałe wycieczki mielibyśmy hotel o lepszym standardzie i all inclusive, no i greckie wyspy jednak są imo ładniejsze niż wulkaniczne Kanary, ale wylot był wcześniej i kolidował z pracą Oli, więc ostatecznie wybraliśmy Fuertę. Ale cudownie, jaram się jak gwizdek, lecimy w niedzielę, będzie bosko, strzaskam się na mahoń, złapię jakieś ładne robale na przemyt i będę oglądać kolorowe rybki :D [szkoda tylko że w moim wodoodpornym aparacie ZNOWU nawaliło gniazdo karty pamięci >:[ jak znajdę potwierdzenie zapłaty z tego serwisu który to robił to grrr...! mam tylko nadzieję że ciągle jest na gwarancji.. :( ]

      Także tego.

      Miałam ogarnąć fotki z Kociewiaka, i tak też uczyniłam.

      Sam rajd odbywał się w sobotę. W piątek wieczorem przyjechaliśmy do ośrodka nad jeziorem Deczno w Sulnówku, rzut beretem od Świecia. Na miejscu było mało osób, na polu namiotowym- tylko my i dwóch facetów. Muro zlokalizował swoją ekipę pod daszkiem, przy grillu i piwku. Dołączyliśmy się, skonsumowaliśmy grillowane pieczary [ :*] i ja- zupę-krem z biedronki, BARDZO dobrą, szkoda tylko że widziałam ją tylko w jednej biedro.. Panowie sobie pogadali, pochichrali się, pogrozili sobie ["to jest bardzo trudny rajd, my go znamy na pamięć i z zamkniętymi oczami, i przejechanie go zajmuje nam 4,5h"-słowa organizatorów], licytowali się kto się pierwszy posypie, kto utknie w błocie, kto nie podjedzie pod górkę, kto ma najgorszy motocykl i tak dalej. Po czym część pożegnała się, i powiedziała że idą spać żeby mieć jutro siłę. Spojrzałam na zegarek..była 22. Profeska. Kilku szaleńców zostało, my ewakuowaliśmy się jakieś pół godzinki później. Namiot z decathlona, typu trzepnij-i-sam-się-rozkłada to REWELACYJNE rozwiązanie, trzeba tylko odpiąć kilka sznurków, rozciągnąć namiot i wbić siedem śledzi, i można się wprowadzać. Zupełnie inna technologia niż pamiętam z wyjazdów z rodzicami :D Bomba! Spało się świetnie, następnego dnia wczesnym świtem [o 7] pobudka, bo o 9 start rajdu. Pan Mąż wstał przed budzikiem, tak go nosiło. Zjadł kawę, pół bułki i pół jakiejś paczkowanej sałatki i na nic się zdały moje rozpaczliwe jojczenia że padnie z głodu na trasie i pożrą go kojoty.. On tak ma, że rano żołądek jest out of order i basta. Dałam mu na drogę żele energetyczne dla sportowców, żeby miał cokolwiek, bo jak się nie daj buk zgubi w tym lesie [trasa rajdu to 130km!] to będzie musiał gryźć glebę, i to dosłownie. O 9 spotkanie wszystkich na placu [300 maszyn- po połowie quady i motocykle], informacje organizacyjne [we wsiach zwolnić, patrzeć na znaki, nie pchać się, bla bla bla ;)], błogosławieństwo i ruszyli!

       

      no i.. tyle. Co teraz? Pogoda była piękna a mnie czekało kilka godzin oczekiwania na powrót peletonu. Ogarnęłam więc sobie kawkę, pomalowałam paznokcie [tak tak, w namiocie-wiem ;)], poczytałam książkę ["Krucyfiks", o psychopatycznym mordercy-trzyma w napięciu!], wzięłam rower i pojechałam na zwiad. Docelowo kierowałam się do Świecia na rekonesans. Trzeba było zrobić zakupy, a niestety nie wzięłam blokady rowerowej więc i tak wróciłam z powrotem do ośrodka [do Świecia długa, szeroka i prosta droga rowerowa, 11km w obie strony, nuda]. Zakupiłam niezbędne rzeczy, takie jak piwo i cukinie, wróciłam, zamarynowałam cukinię i zjadłam sobie pumpernikiel z warzywnym pasztetem i sałatką [w plastikowej misce po zupie z biedronki ;)], wzięłam rower i poszłam się karnąć do lasu. Nie jeździłam za długo, bo po pierwsze było bardzo sucho, a ja nie lubię jeździć po plażowym piachu, a po drugie zza zakrętu zaraz wypadł na mnie jakiś wariat na motocyklu ;) okazało się, że las wokół ośrodka to też trasa rajdu, więc stwierdziłam że bezpieczniej będzie się ewakuować. 

      baza: garderobo-garażo-warsztato-kuchnio..samochód ;)

      Wróciłam więc do ośrodka i poleniłam się trochę czytając książkę, a później wzięłam aparat i poszłam na ostatni odcinek rajdu, który stanowił tor hard enduro z przeszkodami, i oczekiwałam tam na mojego ślubnego uwieczniając sztuczki magiczki. I tak udało mi się przyłapać:

      skoki

      podskoki

      ..?

      szarże

      konsultacje

      zatory

      rzut motocyklem

      i inne fikołki.

      Jak już się chwaliłam, T. przybył na metę na 35 pozycji, z czasem ca 4,5h. Niektórzy jeździli po tym lesie 7h.. powinni dostać ordery. Albo mapy, na przyszły raz ;)

      W każdym razie T. wrócił w jednym kawałku, szczęśliwy, brudny jak przysłowiowe nieboskie stworzenie i padnięty ze zmęczenia. Przywrócenie go do stanu używalności trwało jakieś 2 godziny, więc mieliśmy przed sobą jeszcze kawałek dnia. Słońce grzało, a wody jeziorka Deczno pod którymi pływały małe okonie i płotki tak zachęcające lśniły, że zdecydowaliśmy się zażyć ostatniej w sezonie kąpieli w jeziorze. Wpadliśmy do wody, straciliśmy czucie w elementach składowych i wypadliśmy. To była błyskawiczna kąpiel ;)

      Wieczór spędziliśmy w towarzystwie tych rajdowców i organizatorów, którzy zostali na noc [niewielu ich było], ale około północy większość już odpadła [oczywiście ze zmęczenia po zawodach ;)] więc i my poszliśmy w kimono. Następnego dnia mało kto został w ośrodku, więc wybraliśmy się we dwójkę na spacer do lasu. Mogłabym przysiąc, że widziałam całe stada zielonych dzięciołów i dwie sójki, ale mój sztruclowaty aparat miał ogromne problemy z ogarnięciem ostrości, więc mam tylko

      dzięcioła dużego :)

      a nawet dwa!

      Atmosfera na imprezie, jak już pisałam, była bardzo miła i przyjazna, dużo bardziej mi się podobało niż na tym nieszczęsnym zlocie atomowym gdzie byliśmy chyba w lipcu. W zasadzie, to spodobało mi się samo jeżdżenie na enduro.. nie żebym miała okazję próbować. Ale obawiam się że nie stać mnie na takie hobby..i jeszcze długo nie będzie. Zadowolę się rowerem ;) A teraz śmignę na pocztę wysłać deklaracje do zusu, prawda.

      ciao!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „IV Kociewski Rajd Enduro okiem orzecha :]”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      czwartek, 11 września 2014 15:20
  • wtorek, 09 września 2014
    • bilans na plus

      tak tak, radośnik był piękny! Pogoda dopisała nam ogromne, spanie pod spontanicznie kupionym namiotem przebiegło bez zakłóceń [swoją drogą, jakie to ZABAWNE że kiedy przez wakacje próbowałam namówić Pana Męża na jakiś namioting to się zapierał nogami i rękoma- że nie lubi, zimno, gorąco, twardo, robale, ciasno, cośtam. A tu proszę, wystarczyło zorganizować zlot endurowców żeby sam z siebie pognał do Decathlona po namiot.. ;)]. Towarzystwo sympatyczne, ośrodek elegancki, atmosfera świetna- no i obeszło się bez żadnego złamania! To znaczy w naszej drużynie, bo inni mieli mniej szczęścia- poszła jedna ręka i noga, obojczyk, nadgarstek a nawet.. kręgi szyjne, niestety. Złamasom życzymy zdrowia.

      Mój wariat zajął zaszczytne 35. miejsce [na 150 motocykli], co jest świetnym wynikiem, zwłaszcza że to był jego pierwszy tego typu rajd [ale coś czuję, że nie ostatni ;)]

      Muro-enduro :D jutro wstawię więcej fotek, tylko je ogarnę..

      Jak wspominałam, plan był taki żeby w niedzielę wstać rano i jechać do Bełchatowa, ale życie zweryfikowało ;) stwierdziliśmy że po prostu nam się nie chce spędzić 7h w samochodzie. W przyszłym roku może się uda :)

      Szkooda mi było strasznie wyjeżdżać, bo ciepło się zrobiło, słońce grzało, a na dodatek w lesie w którym cała impreza została zorganizowana odkryłam wielkie stada dzięciołów i sójek.. No ale niestety, mus to mus. 

      Jednak wszystko wskazuje na to, że to nie koniec atrakcji, bo po wczorajszym spotkaniu z Olą i Michałem zdecydowaliśmy się na jak najszybszy wykup wycieczki, bo ceny nie spadają a ofert ubywa. Zatem dziś jedziemy do biura podróży i wybadamy co mają nam do zaoferowania ^^

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „bilans na plus”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 09 września 2014 15:40
  • piątek, 05 września 2014
    • a było to tak...

      ..jakiś czas temu mąż mój zgłosił swój udział w rajdzie enduro znanym jako Kociewiak. 

      [fotka z zeszłego roku]

      Fajnie fajnie, ma hobby to niech je rozwija, bo jakbym miała męża którego jedyną pasją jest telewizja i internety, to chybabym nie wyrobiła nerwowo. Próbowałam się na ten rajd wprosić żeby popatrzeć, skorzystać z wypoczynku na świeżym powietrzu [to było jeszcze w czasach kiedy wierzyłam, że na początku września ciągle jest lato], ale T. skutecznie mnie demotywował mówiąc że będę się nudzić, bo ten rajd ma 130km i nawet nie będziemy się widzieć, że bez sensu i w ogóle. Poddałam się więc i planowałam samotne spędzenie soboty [miałam nadzieję na wypad rowerowy z Grupą Rowerową Trójmiasto], malowanie paznokci, czytanie książki i takie tam rzeczy na które ostatnio nie mam czasu.

      Ażtunagle..! Dzisiaj okazało się, że jednak mój wspaniałomyślny małżon zabierze mnie [i mój rower]. Wyjazd dziś o 18. A po Kociewiaku celujemy na Megawatt w Bełchatowie!

      także niestety, znowu nie zrobię sobotnich porządków.. trudno! Najpierw obowiązek, potem przyjemność- jak to mówili legioniści w komiksie "Asterix & Obelix", prawda. A towarzyszenie ślubnemu jest moim jak najbardziej obowiązkiem ;)

      Jeszcze tylko trzeba opiekę dla psicy znaleźć.

      Chciałam pochwalić się zdjęciem wypasionej lazanii jaką ostatnio zrobiłam, ale cholipka nie wzięłam kabla do telefonu, więc musicie obejść się smakiem ;) 

      A teraz muszę chwilowo wrócić na ziemię. Mam do zrobienia jeszcze kilka aranżacji, i czuję że już mam kwadratowy tyłek od tego siedzenia przed kompem.. ale już tylko 1,5h, i będę siedzieć w samochodzie ;)

      tymczasem, w nawiązaniu do aktualnej sytuacji w domu


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „a było to tak...”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      piątek, 05 września 2014 14:36
  • czwartek, 04 września 2014
    • Wpis bez tytułu

      Nie ma sensu pisać o tym, że czas zaiwania i że lato się kończy, bo wszyscy to piszą i nic się w związku z tym nie zmienia :P średnio co drugi dzień spędzam ostatnio w Kościerzynie, na przygotowaniach mebli w Inkubatorze do odbioru, który ma nastąpić jutro. Ostatni gwizdek, bo od poniedziałku pani burmistrz idzie na dwutygodniowy urlop. Mam nadzieję że w związku z tym w piątek będzie w dobrym humorze, ja bym była :)

      W radośnik zaliczyliśmy wesele Oli i Michała. Fajnie było, jednak na jakiś czas mam dość wesel.. strasznie to męcząca impreza. No, ale przynajmniej miałam co jeść- barszcz, surówki, owoce. Nie powiem żebym się objadła, ale nie o to chodzi zwłaszcza jak się ma na sobie sukienkę co to nie wybacza.

      Teraz musimy opracować plan działania, bo polujemy na wycieczkę w last minute, ale chyba jest duże wzięcie bo oferty nie powalają na kolana atrakcyjnością. Jak sobie pomyślę że przed sezonem można było ustrzelić all inclusive w Grecji za 900pln to aż mi oko lata.. życie.

      No, a co tam poza tym? Ogarniamy, jakiś czas temu zaliczyliśmy mały zlot motocyklowy na festynie w Mierzeszynie. Impreza organizowana przez Fundację Pana Władka, na miejscu motocykliści zapewnili lokalnym dzieciakom rozrywkę w postaci krótkich przejażdżek, oczywiście wszystko pod nadzorem straży, na zamkniętej ulicy itp. Niesamowite, ile radochy może dać taki krótki wypad, panowie nie mogli się wprost opędzić od małoletnich fanów motoryzacji, śmigali wszyscy, chłopcy, dziewczynki, 10- i 17- letni, ciężko było się wyrwać i pożegnać!

      oprócz tego niewiele, praca, coś upichcić na obiad, wróciliśmy na siłkę więc też i treningi, dodatkowo T. wyraził chęć znowu spróbowania diety bezmięsnej więc trochę staję na głowie chcąc mu zrobić jakieś pyszności, ale nie bardzo wiem czym go podjąć.. tu makaron z dynią i grzybami [z mężowskiego zbioru] [grzyby, nie makaron ;)]

      racuszki z bananem i nektarynką, idealna opcja na leniwe radośnikowe śniadanko!

      kupiłam w biedronce takie cudaki

      przypomniała mi się Teneryfa, gdzie opuncje rosły dosłownie wszędzie, nie wiedziałam że te ich pypcie są jadalne :) przywiozłam sobie nawet jedno odgałęzienie które mi teraz.. hmm.. albo rośnie albo zdechło i trzyma pion, pewnie jest w szoku po zmianie warunków ;)

      co do owoców opuncji to jestem mało entuzjastyczna- ciężko cholerę obrać, w środku składa się niemal z samych pestek i smak ma taki.. nijaki.

      A, no i wczorajszy obiad w odsłonie "day two"- dzisiaj na drugie śniadanie wcinany w robocie, burger warzywno-fasolowy w domowego wypieku bułce z sojonezem, kepuczem i warzywami, mm! Moje comfort food zdecydowanie, to nic że podczas jedzenia ucieka na wszystkie strony i smaruje sosami brodę i palce.. to takie pierwotnie przyjemne, unorać się jedzeniem :D 

      Leniwa Lola korzysta z ciepłego, jesiennego słoneczka...

      z uśmiechem.

      ahh jak ja jej zazdroszczę..!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      czwartek, 04 września 2014 12:49
  • środa, 27 sierpnia 2014
    • STRASZNE!

      Mój mąż wybrał się dziś na spacer do lasu. I przysłał mi zdjęcie siatki pełnej GRZYBÓW. To jak metaforyczne sypnięcie garści ziemi na trumnę z napisem LATO.. Wciąż myślę o tych sandałkach, krótkich spodenkach i bluzeczkach które ledwo wyciągnęłam z czeluści kanapy.. [dzisiaj wypranej] i nie założyłam ich ANI RAZU. Co za oszukaństwo! Przy życiu trzyma mnie wizja wakacji last-minute po sezonie, na które planujemy się wybrać, tylko ceny coś nie chcą spaść :/ zobaczymy jak się ułoży..

      A tymczasem, cały wczorajszy dzień spędziłam w Kościerzynie-meblujemy tam ostatni z inkubatorów, i okazało się że brakuje dwóch stelaży do stołów konferencyjnych. Normalka, zawsze coś.

      Moja rozmowa o podwyżce nie przyniosła oczekiwanego skutku. Ojciec dyrektor stwierdził, że woli system niskie wynagrodzenie+premie, czyli dupa blada. Ale czeka nas jeszcze o rozmowa o zmianach w firmie, bo koleżanka matka od 1 września zaczyna nową pracę- na stanowisku nauczycielki angielskiego w podstawówce w Cedrach Wielkich.. więc zostanę jedynym pracownikiem. Ahm.

      Kiedy jest zimno, mam gastrofazę. Idę sobie ugotować makaron [z pietruszkowym pesto i suszonymi pomidorami, mm!]

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „STRASZNE!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 27 sierpnia 2014 14:09
  • piątek, 22 sierpnia 2014
    • Co kryją Kaszuby- ostatni dzień relacji

      Ozdrowiałam się na tyle, że pomimo zwolnienia jestem znowu w pracy. Oczywiście samochodem. Fajnie że dzisiaj piątek ;) Miałam opisać jeszcze ostatni dzień naszej kaszubskiej tułaczki, więc heja:

      

      Niedziela była ostatnim dniem naszej włóczęgi po okolicy- razem z Olą i Michałem pojechaliśmy do Łapalic, gdzie stoi słynny zamek. Jeśli ktoś tam nigdy nie był, naprawdę warto się wybrać! Nie polecam sandałków ani małych dzieci czy piesków- zamek jest oficjalnie placem budowy i wstęp na jego teren jest zabroniony [taak, taaak... ;)]. Budowę rozpoczął w latach 80. gdański rzeźbiarz, Piotr Kazimierczyk [Michał mówił, że ś.p.]. Podobno miał to być wstępnie dom z pracownią, wyszedł zamek o powierzchni 5 000 m2, z dwunastoma basztami, bramą wjazdową, basenem, fontanną i niezliczoną ilością pomieszczeń. Niestety, w tak zwanym międzyczasie skończyła się kasa, a sam inwestor popadł w konflikt z nadzorem budowlanym [pozwolenie na budowę domu nie do końca pasuje do wybudowanego zamku]. Nastąpiły lata procesów sądowych, w 2012r Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego w Kartuzach zatwierdził dokończenie zamku, ale zgody nie wyraził.. Wojewódzki Inspektor Nadzoru Budowlanego. A dziwaczna budowla stoi, niszczeje i stanowi nie lada atrakcję..

      

      Jak widać, zamek jest niezabezpieczony [tabliczki ostrzegawcze się nie liczą], więc trzeba być czujnym jak czujka

      bo można spaść. Albo wpaść w 

       albo w niedoszły basen :)

      tudzież sturlać się ze schodów [a jest się z czego turlać!]

      Widać, że ktoś wsadził w ten zamek naprawdę furę pieniędzy, choćby po szalunkach na suficie [dłuugo to trwało zanim pojęłam o co z tymi szalunkami chodzi.. no bo jak wlać beton na sufit? Hę? Ja już wiem ;)]

       

       widok na zamek od strony ogrodu

      i graffiti. Też lubię kaszę ;)

      Także polecam zamek obejrzeć [póki stoi i można tam wejść], robi naprawdę piorunujące wrażenie!

      Wracając z zamku zajechaliśmy do słynnej [podobno] pizzerii w Karczmie w Kczewie. Pizza na grubszym cieście niż lubię, okazała się baardzo smaczna [przy okazji wprawiłam w osłupienie kolejnego pizzermana: bez sera?!]. Zresztą kolejka w samej karczmie świadczyła dobrze o tym, co można w środku zastać. Nie wgłębiałam się w resztę menu, ale obawiam się że vegi oprócz pizzy bez sera i mięsa mogą zjeść.. hmm.. pewnie frytki i to wszystko ;)

      Jadąc dalej minęliśmy tabliczkę kierującą na muzeum Voklswagena w Pępowie. To kolejna atrakcja którą mijamy często i obiecujemy sobie że kiedyś, gdzieś, a jeśli jutro nas rozjedzie tramwaj to co? Stwierdziliśmy więc że carpe diem i pojechaliśmy oglądać samochody dla ludu ;)

      Bardzo fajna galeria. Eksponatów dużo, wielka kolekcja zabawek, samochody zadbane z zewnątrz i wewnątrz też

       

      ciekawostki, smaczki, szmery bajery

      do tego cudaka wsiada się..przez maskę!

      Bardzo podoba mi się to, że w samochodach umieszczono różne epokowe akcesoria- np. kolekcję gibających głowami piesków na koronkowych serwetkach

      Albo szałowe damskie dodatki

      Odhaczone :) Jak ktoś akurat przejeżdża obok, warto wpaść do Pępowa i zobaczyć galerię.

      Podsumowując, urlop mieliśmy udany- nie żałowaliśmy sobie atrakcji, wykorzystywaliśmy wolny czas, nie oszczędzaliśmy jakoś zbytnio- a na 3 osoby wydaliśmy tyle, ile kosztowałyby nas.. 4 noce w domku w Borsku. Da się? :o)

      Jutro sąsiedzi planują zrobić grilla na dzielni- oby pogoda dopisała! A jak nie dopisze.. to kaloszki na nogi i po opieńki!

      A, miałam się pochwalić moim rysuneczkiem. Dość niewyraźny wyszedł [?], ale oto on! 

      Jaszczurka w kwiatkach, dokładniej- felsuma madagaskarska w kwiatach plumerii. Proszę nie pytać co symbolizuje- to jaszczurka w kwiatuszkach, do diaska :)

      Za tydzień minie pół roku odkąd ją dziabnęłam. A to oznacza, że będę mogła oddać krew!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Co kryją Kaszuby- ostatni dzień relacji”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      piątek, 22 sierpnia 2014 12:25
  • środa, 20 sierpnia 2014
    • aciu! [masa zdjęć, uprzedzam]

      tak tak. Urlop się skończył, deszcz leje a mi z nosa siąpi. Były 34 stopnie, jest 17, nie podoba mi się to że znowu trzeba nosić dżinsy, zabudowane buty i bluzę..smuteczek. Zniknął bób, tanieje fasola, pojawiła się już dyńka. Zaraz będzie słychać w sklepach świąteczne przeboje.....życie.

      Wróciłam z urlopu w poniedziałek, przepracowałam cały dzień i zapadłam na zapalenie orzecha oskrzeli. Obwiniam klimatyzację samochodową. Wczorajszy dzień spędziłam w kolejce do lekarza [2h, mama mi kazała..] i wegetując w łóżku [no dobra, zrobiłam pranie i umyłam podłogę w kuchni- wyrzuty sumienia..], ale dzisiaj czuję się już lepiej więc dostarczono mi laptopa i rozkazano pracować. Pracuję zatem, no i aktualizuję blogaska jak widać ;)

      W telegraficznym skrócie, witam po krótkiej przerwie :) Ostatnie dwa dni pracujące spędziłam w Szczecinie, w Filharmonii- pucując, sprzątając, nosząc, przemieszczając, dozorując, ustawiając i gubiąc się w samym budynku średnio trzy razy na godzinę. W czwartek skończyliśmy robotę już koło 17, bo nie przyjechały wszystkie meble. Następnego dnia robiliśmy od 7 do 21. Nieźle, nie? Myślałam że po tym wszystkim padnę na twarz. Szczecina obejrzeliśmy tylko trochę [Wały Chrobrego], zjedliśmy po burgerze w "I krowa cała" [czyli Green Way tak naprawdę], i spędziliśmy 10h w samochodzie. Makabra.

      ciekawe czy każdy posiłek ma swoją jadalnię? [nie widziałam przekąskalni..]

      żadne warunki nie są zbyt trudne dla zupy z cukinii! [w pudełku po lodach]

      lokalny patriotyzm

       

      mleko sojowe gratis! :)

      pro-vege graffiti 

       

      Później nastąpił urlop, który to postanowiliśmy spędzić na objazdowych wycieczkach po okolicy. Zaliczyliśmy kupę atrakcji, takich jak Skansen w Szymbarku- po odstaniu 40min w kolejce obejrzeliśmy Domek na Głowie- naprawdę polecam! Wydawało mi się że nie będzie to nic co urywa przysłowiową dupę, ale naprawdę jest fajny, i myślę że jak już ktoś się tam wybiera to warto zwiedzić

       

      w środku gratis- wystawa obrazów

      Zaraz za domkiem trafiliśmy na park linowy. Nigdy nie łaziłam po czymś takim chociaż widziałam już gdzieniegdzie [haha! nie wiedziałam że to się pisze razem :D], tym razem stwierdziliśmy że czas zaszaleć. Młody poszedł na trasę średnią, ja i Tomi na najtrudniejszą. Nie powiem, miałam chwilę zwątpienia [zwłaszcza na początku], ale to żaden wstyd, bo nawet mój co-to-nie-ja-mąż miał nietęgą minę na niektórych przeszkodach! Przede wszystkim, cholera, z ziemi wydawało się że to jest dużo niżej! :D

      mogę też polecić [chociaż już chyba za zimno..] wakeboarding w Chwaszczynie nad jeziorem Osowskim! Rewelacyjna zabawa, nawet jak ktoś nie miał wcześniej za bardzo do czynienia z dechą u nóg [ergo-małż]. Ja też po pięciu latach przerwy miałam kłopoty

      ale już dosłownie po paru chwilach załapaliśmy ocb i fruwaliśmy jak profesjonaliści! [prawie ;)]

      naprawdę polecam, na początku może się wydawać trudne ale jak już się załapie to frajda taka że juhuuu....! Szkoda że wcześniej nie spróbowaliśmy, ale na następny rok chyba wykupię karnet. Wiem, że taki wyciąg był też w Żukowie, ale został zamknięty i już raczej nie będzie reaktywacji.

      Mam diaboliczny plan nauczenia w tym roku mojego małża śmigania na desce śniegowej B-) podobno na Łysej Górze przewija się niejaki Andrzej, genialny instruktor. Przyczaimy go, Tomasz się nauczy a ja sobie przypomnę i zima znowu stanie się wspaniała!

      A poza tym co? Plażing na kocingu z orzeszkami obowiązkowo

      oczywiście w Sobieszewie, do którego mamy bliżej [albo: szybciej] niż do Brzeźna czy innej tego typu obleganej plaży.

      Wybraliśmy się też do Krynicy Morskiej, po drodze zwiedzając Muzeum Stutthof na miejscu nazistowskiego obozu śmierci

       wstęp do muzeum jest bezpłatny, trzeba mieć kilka godzin czasu żeby wszystko obejrzeć i przeczytać tablice informacyjne, bo tak po łebkach to bez sensu.. i wygodne buty to dobra rzecz. Nas złapała ulewa, ale akurat szybko przeszła. Powyżej- teren na którym były baraki z więźniami

      Komora gazowa obok krematorium, za nią przystanek kolejki wąskotorowej..

      Pomnik Ofiar Stutthof

      Było dużo ludzi, na parkingu nie dało się znaleźć miejsca do zaparkowania, ale sam teren obozu jest ogromny [chociaż nie wszędzie jest dostęp] więc nie odczuwa się tego natłoku. Trochę ścisk był w barakach w których były ekspozycje, zdjęcia, rzeźby. Ogromne wrażenie zrobił na mnie stos butów za przeszkloną gablotą... naprawdę stos. Ciężko uświadomić sobie ogrom tego dramatu; w obozie zginęło około 65 000 osób..

      Po zwiedzeniu muzeum ruszyliśmy dalej i dotarliśmy do Krynicy, gdzie panowie zjedli cośtam, a ja dwa kartofle pokrojone na kawałki i trzy kupki surówek [normalnie dzięki, opchałam się po uszy..], napoiliśmy się kawą i poszliśmy oglądać. Przez tłumy wczasowiczów dopchaliśmy się do morza, niestety nie mam zdjęć bo jadłam słonecznika O.o, ale były bardzo duże fale i generalnie zimno, więc nawet nie planowaliśmy kąpieli.. Następnie przeszliśmy na drugą stronę mocy zobaczyć i spróbować Zalew Wiślany [słony!]

      młody wypatrzył śliczną malusieńką gadzinę

      zajechaliśmy do Piasków, czyli na koniec świata, zrobiliśmy w tył zwrot i do domku.

      Zaliczyliśmy też Jarmark Dominikański, kupiłam 3 pocztówki ze zdjęciami starego Gdańska żeby nie wrócić do domu w pustymi rękami, bo na stoiskach nic nie przykuło mojej uwagi- to znaczy były takie fajne naczynka drewniane, ale trochę mi jednak było szkoda pieniąchów.. Nie było w ogóle stoisk na d Motławą, tych ze starociami! Kiedyś tam było pełno takich, stare meble, telefony, jakieś fragmenty broni.. a teraz nic! Czyżby się wyprzedali albo przenieśli gdzieś indziej?

      W piątek wieczorem wzięliśmy naszych nowych znajomych- Olę i Michała, na których ślub idziemy pod koniec miesiąca, na klubowanie do Parlamentu. Trochę potupaliśmy nóżkami [tzn. ja i Ola], przenieśliśmy się do Bunkra [czy każda impreza musi się kończyć w Bunkrze?], a wracając do domu panowie posilili się kebabem. Mnie też złapał głodek, więc weszłam do kebabiarni i zamówiłam rollo z samymi surówkami [bo sos mieli z jogurtu]. Zapłaciłam całe 7 zeta, i delektując się w drodze zawijasem odkryłam w środku..małe, pyszne falafelki! Ależ byłam zachwycona! Bardzo miła niespodzianka ;)

      W sobotę trzeba było się ogarnąć, bo oto małolat skończył już 13 lat! Przygotowaliśmy poczęstun [w tym wegańskie koreczki i grillowane warzywka :)], sprosiliśmy gości i zaskoczyliśmy młodego tortem idealnie pasującym w jego makabryczne ;) zainteresowania [militaria, a konkretnie..

      ..czołgi.]

      Tort załatwiony przez mojego małżowinka [a wykonany przez bardzo utalentowaną znajomą z Brzeźna] zrobił furorę i został zjedzony w ok. 1/2. Podczas imprezy szalałam częstując gości kontrowersyjnym ostatnio sojowym latte ;) w dodatku z kawy zbożowej, szok!

      Napisałabym jeszcze o niedzieli, ale ten wpis zrobił się oookrooopnieee dłuugi, a chciałam wstawić sporo zdjęć, więc.. napiszę jutro :) adieu!

      PS. dobra pogoda na latawca!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „aciu! [masa zdjęć, uprzedzam]”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      środa, 20 sierpnia 2014 15:13
  • wtorek, 05 sierpnia 2014
    • plany, które się rypły

      były piękne. Ten tydzień miałam przepracować w domu, bo szef miał być w Szczecinie, od poniedziałku do piątku, pilnując realizacji i stając na rzęsach.

      W poniedziałek zjawiłam się po lapka i stos paprów niezbędny do pracy freelancera, zrobiłam szybko jakąśtam ofertę na krzesła i inny ogar, i po 10 się zawinęłam. Po drodze małe zakupy, w domu ogarnęłam nieco bajzel który świadczył o naszym pracowitym radośniku. Bo ja w obliczu bajzlu nie umiem pracować, od razu mi oczy pląsają, palce świeżbią i skupić się nie mogę. Także ogarnęłam ten najgorszy łabagan, wrzuciłam pranie w pralkę i hejże do roboty. Sumiennie zrobiłam dwie oferty, jakieśtam jeszcze pierdoły, po czym zadzwonił szef i oświadczył, że wraca. Także nie dość, że znowu siedzę w biurze, to prawdopodobnie w czwartek też będę musiała jechać do Szczecina żeby pokazać czego się nauczyłam czyszcząc szafy w inkubatorach, eeeech. Dobrze że akurat leje, przynajmniej nie wściekam się że zamiast w ogródku muszę pracować za biurkiem.

      Pociesza mnie to, że w następny tydzień mam urlop :] tu w zasadzie kolejny plan się rypnął, bo chcieliśmy wyjechać na jakieś Kaszuby na kilka dni, ale oczywiście znalezienie wolnego domku na tydzień przed planowanym urlopem graniczy z cudem.. To znaczy nam się taki cud niby trafił, ale za 240pln/doba [sic!] to ja dzięki, postoję. Zdecydowaliśmy że spać będziemy w domu, a za zaoszczędzoną kasę po prostu będziemy sobie jeździć na różne wycieczki i zaliczać atrakcje. Oby pogoda w miarę dopisała, a jak nie dopisze to też coś się znajdzie ;)

      Ostatnio jeździmy codziennie na plażę, do Sobieszewa albo do Świbna. Cudownie, bo nawet jak parking jest pełen to na plaży luzik, a jedzie się tam od nas 20min [obwodnica południowa, yeah!], luksus!

      ale mi wyszło zdjątko, nie? Szał! :D

      nasi są na plaży!

      takie cuda można znaleźć

      wracając z plaży wpadliśmy na Starówkę karnąć się Gdańsk's Eye, jak to niektórzy nazywają ;) podobało mi się, trzy okrążenia się robi za 25pln, może to i dużo, ale.. kurczę, no! Chyba jednak warto!

      konstrukcja

      ciasto drożdżowe [wegańskie :)] które zrobiłam korzystając z ostatnich podrygów truskawek dostarczonych przez teściową. Przed upieczeniem było dość spoko..

      ..ale po upieczeniu wylazło z formy i okazało się, że owoców jest drastycznie za mało!

      na szczęście jest dżemer, a drożdżówa wyszła udana ;) na drugi raz muszę skombinować większą foremkę, alboo mniejsze ciasto po prostu, o!

      koleżka którego spotkaliśmy na polu wracając do domu :) śliczniutki był, i nawet się nie bał nas! Miła odmiana po tych wszystkich biednych zabitych przez samochody zwierzakach...

      moja mania zamieniania naklejek na napojach osiąga szczyt.

      korzystamy z sezonowości. Bób już nie jest taki dobry, ale można się przerzucić na qqrydzę i fasolkę szpargałową, mniam! Lola też by chciała.. znacie jakiegoś psa który żebrze o qqrydzę?

      mogłoby już przestać lać, bo jednak chcę wrócić dziś do domu.. ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „plany, które się rypły”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      wtorek, 05 sierpnia 2014 16:03
  • piątek, 01 sierpnia 2014
    • sposób na marchewkową potencję i o wypłatach

      jak komuś oklapła marchewka od tego upału, proponuję wsadzić ją do szklanki z wodą. Po jakimś czasie [u mnie 2-3h] znowu będzie chrupiąca! Patent sprawdza się też przy zdechłych rzodkiewkach.

      I naprawdę, mowa tu o warzywach :)

      A, przypomniał mi się suchar.

      Marchewka jest dobra na potencję.

      Tylko trudno ją przywiązać.

      Wracając do normalnych rzeczy,too..

      piątunio! Radośnik za pasem! Cieszę się bardzo, bo został mi już tylko jeden tydzień roboczy do urlopu! Co prawda będzie to dość ciężki tydzień, bo ponieważ mamy skończyć realizację w Szczecinie i odbiór zrobić, a ja mam przygotować ofertę na kolejny przetarg, ale jakoś ramy dadę. W ogóle w środę po grillu ze znajomymi dowiedziałam się, że nasza koleżanka, kierowniczka w sklepie obuwniczym, zarabia równo dwa razy tyle, co ja.. DWA RAZY. Moją wypłatę dostają u niej pracownice, sprzedawczynie butów. Jej mąż, pracownik spedycyjny w firmie od budyniów, zarabia o 75% więcej niż ja.. trochę mnie to zdołowało, ale sądzę że moja niska płaca wynika z tego, że szef po prostu nie ogarnia tego jakie są teraz realia. Dlatego po urlopie zamierzam złożyć wniosek o podwyżkę.. trzymajcie kciuki!

      Za oknem cały dzień wiszą chmury, a mimo to jest 28 stopni. Co za grzałka! W takich warunkach wszystko rozkłada się w przyspieszonym tempie. Nie schowana na noc do lodówki zupa zamienia się w skisłą breję, a sałatka którą wzięłam rano do pracy po spędzeniu 4h na kuchennym stole zmieniła smak w sposób zauważalny.. natomiast mięso, które koleżanka przyniosła na grilla i które spędziło od momentu jej przyjścia do momentu schowania do lodówki 12,5 godziny w kuchni nadal wygląda i pachnie tak samo. Przypadek? :>

      W każdym razie, kocham lato. W radośnik ma być bosko i upalnie, co prawda pan mąż będzie musiał trochę potyrać w tyrce a ja zapewne go wspomogę, ale mamy plan zaliczyć jakieś plażowanko. Szczególnie uwielbiam w lecie to, że nie muszę się malować [to znaczy, oczywiście, ja nigdy nie muszę się malować, ale czasem jednak wolę..dla dobra ogółu ;)], kocham mieć mokre włosy po kąpieli w jeziorze/morzu, bo kiedy później wysuszy mi je słońce robią się takie fajnie kręcone, poplątane, niesforne.. wiem, że słona woda i słońce niszczą włosy, wiem. Ale w takich chwilach mam to raczej w nosie ;) uwielbiam wycieczki, na przykład do lasu, o, ciekawe czy już są maliny? Trzeba sprawdzić! W warzywniakach jest taka obfitość że nie wiem co wybrać, więc kupuję za dużo, i później lodówka mi się nie domyka. Na szczęście w hali garażowej jest dość chłodno i można tam co nieco wynieść, na przykład kapustę. Objadamy się kukurydzą, bobem, fasolką szparagową. Lola oszalała i objada się razem z nami. Nigdy nie widziałam amstaffa który o ziarenko bobu żebrze bardziej niż o kiełbasę, a ukradziony kawałek kukurydzy zżera razem z kolbą!

      Jest w sumie jeden plus ujemny- taki gorąc, że znowu zawiesiliśmy karnet na siłkę [nie ma klimy..], wskutek czego ja, nawet pilnując się żeby nie wcinać jakiegoś syfu, zaczynam przypominać pampucha. Po raz kolejny więc odpalam program treningów domowych, ciekawe czy uda mi się go utrzymać, w niedzielę mają być 33 stopnie..

      tak czy wspak:

      Miłego radośnika!

      PS. nawet nie wiedziałam że ten teledysk jest taki przewrotny ;) lepiej słuchać kawałka nie patrząc na niego.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „sposób na marchewkową potencję i o wypłatach”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nuxy
      Czas publikacji:
      piątek, 01 sierpnia 2014 15:36

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa