Wpis

czwartek, 11 września 2014

IV Kociewski Rajd Enduro okiem orzecha :]

ależ wczoraj miałam urwanie głowy, robiłam ofertę na przetarg w towarzystwie przestępującego z nogi na nogę i znacząco zerkającego na zegarek kuriera [który miał ową ofertę odebrać] i dwóch drukarek na zmianę odmawiających współpracy. Ofertę udało się wysłać, a dzisiaj widzę notkę na stronie Zamawiającego że zmienili sobie termin składania z 11.09 na 18.09. Eeech. Przynajmniej mam z głowy ;)

Noo i we wtorek udaliśmy się, zgodnie z planem, do Itaki! Tak jak się obawiałam, okazało się, że większość [jakieś 90%] wycieczek które wiszą na stronach biur podróży jest: a) nieaktualne, b) zarezerwowane, c)zostało jedno/dwa miejsca. A my jesteśmy we czwórkę. Ostatecznie mieliśmy do wyboru dwie miejscówki na Fuertaventura i jedną na Kos. Grecka wyspa wydała się lepszą opcją, bo w tej samej cenie co pozostałe wycieczki mielibyśmy hotel o lepszym standardzie i all inclusive, no i greckie wyspy jednak są imo ładniejsze niż wulkaniczne Kanary, ale wylot był wcześniej i kolidował z pracą Oli, więc ostatecznie wybraliśmy Fuertę. Ale cudownie, jaram się jak gwizdek, lecimy w niedzielę, będzie bosko, strzaskam się na mahoń, złapię jakieś ładne robale na przemyt i będę oglądać kolorowe rybki :D [szkoda tylko że w moim wodoodpornym aparacie ZNOWU nawaliło gniazdo karty pamięci >:[ jak znajdę potwierdzenie zapłaty z tego serwisu który to robił to grrr...! mam tylko nadzieję że ciągle jest na gwarancji.. :( ]

Także tego.

Miałam ogarnąć fotki z Kociewiaka, i tak też uczyniłam.

Sam rajd odbywał się w sobotę. W piątek wieczorem przyjechaliśmy do ośrodka nad jeziorem Deczno w Sulnówku, rzut beretem od Świecia. Na miejscu było mało osób, na polu namiotowym- tylko my i dwóch facetów. Muro zlokalizował swoją ekipę pod daszkiem, przy grillu i piwku. Dołączyliśmy się, skonsumowaliśmy grillowane pieczary [ :*] i ja- zupę-krem z biedronki, BARDZO dobrą, szkoda tylko że widziałam ją tylko w jednej biedro.. Panowie sobie pogadali, pochichrali się, pogrozili sobie ["to jest bardzo trudny rajd, my go znamy na pamięć i z zamkniętymi oczami, i przejechanie go zajmuje nam 4,5h"-słowa organizatorów], licytowali się kto się pierwszy posypie, kto utknie w błocie, kto nie podjedzie pod górkę, kto ma najgorszy motocykl i tak dalej. Po czym część pożegnała się, i powiedziała że idą spać żeby mieć jutro siłę. Spojrzałam na zegarek..była 22. Profeska. Kilku szaleńców zostało, my ewakuowaliśmy się jakieś pół godzinki później. Namiot z decathlona, typu trzepnij-i-sam-się-rozkłada to REWELACYJNE rozwiązanie, trzeba tylko odpiąć kilka sznurków, rozciągnąć namiot i wbić siedem śledzi, i można się wprowadzać. Zupełnie inna technologia niż pamiętam z wyjazdów z rodzicami :D Bomba! Spało się świetnie, następnego dnia wczesnym świtem [o 7] pobudka, bo o 9 start rajdu. Pan Mąż wstał przed budzikiem, tak go nosiło. Zjadł kawę, pół bułki i pół jakiejś paczkowanej sałatki i na nic się zdały moje rozpaczliwe jojczenia że padnie z głodu na trasie i pożrą go kojoty.. On tak ma, że rano żołądek jest out of order i basta. Dałam mu na drogę żele energetyczne dla sportowców, żeby miał cokolwiek, bo jak się nie daj buk zgubi w tym lesie [trasa rajdu to 130km!] to będzie musiał gryźć glebę, i to dosłownie. O 9 spotkanie wszystkich na placu [300 maszyn- po połowie quady i motocykle], informacje organizacyjne [we wsiach zwolnić, patrzeć na znaki, nie pchać się, bla bla bla ;)], błogosławieństwo i ruszyli!

 

no i.. tyle. Co teraz? Pogoda była piękna a mnie czekało kilka godzin oczekiwania na powrót peletonu. Ogarnęłam więc sobie kawkę, pomalowałam paznokcie [tak tak, w namiocie-wiem ;)], poczytałam książkę ["Krucyfiks", o psychopatycznym mordercy-trzyma w napięciu!], wzięłam rower i pojechałam na zwiad. Docelowo kierowałam się do Świecia na rekonesans. Trzeba było zrobić zakupy, a niestety nie wzięłam blokady rowerowej więc i tak wróciłam z powrotem do ośrodka [do Świecia długa, szeroka i prosta droga rowerowa, 11km w obie strony, nuda]. Zakupiłam niezbędne rzeczy, takie jak piwo i cukinie, wróciłam, zamarynowałam cukinię i zjadłam sobie pumpernikiel z warzywnym pasztetem i sałatką [w plastikowej misce po zupie z biedronki ;)], wzięłam rower i poszłam się karnąć do lasu. Nie jeździłam za długo, bo po pierwsze było bardzo sucho, a ja nie lubię jeździć po plażowym piachu, a po drugie zza zakrętu zaraz wypadł na mnie jakiś wariat na motocyklu ;) okazało się, że las wokół ośrodka to też trasa rajdu, więc stwierdziłam że bezpieczniej będzie się ewakuować. 

baza: garderobo-garażo-warsztato-kuchnio..samochód ;)

Wróciłam więc do ośrodka i poleniłam się trochę czytając książkę, a później wzięłam aparat i poszłam na ostatni odcinek rajdu, który stanowił tor hard enduro z przeszkodami, i oczekiwałam tam na mojego ślubnego uwieczniając sztuczki magiczki. I tak udało mi się przyłapać:

skoki

podskoki

..?

szarże

konsultacje

zatory

rzut motocyklem

i inne fikołki.

Jak już się chwaliłam, T. przybył na metę na 35 pozycji, z czasem ca 4,5h. Niektórzy jeździli po tym lesie 7h.. powinni dostać ordery. Albo mapy, na przyszły raz ;)

W każdym razie T. wrócił w jednym kawałku, szczęśliwy, brudny jak przysłowiowe nieboskie stworzenie i padnięty ze zmęczenia. Przywrócenie go do stanu używalności trwało jakieś 2 godziny, więc mieliśmy przed sobą jeszcze kawałek dnia. Słońce grzało, a wody jeziorka Deczno pod którymi pływały małe okonie i płotki tak zachęcające lśniły, że zdecydowaliśmy się zażyć ostatniej w sezonie kąpieli w jeziorze. Wpadliśmy do wody, straciliśmy czucie w elementach składowych i wypadliśmy. To była błyskawiczna kąpiel ;)

Wieczór spędziliśmy w towarzystwie tych rajdowców i organizatorów, którzy zostali na noc [niewielu ich było], ale około północy większość już odpadła [oczywiście ze zmęczenia po zawodach ;)] więc i my poszliśmy w kimono. Następnego dnia mało kto został w ośrodku, więc wybraliśmy się we dwójkę na spacer do lasu. Mogłabym przysiąc, że widziałam całe stada zielonych dzięciołów i dwie sójki, ale mój sztruclowaty aparat miał ogromne problemy z ogarnięciem ostrości, więc mam tylko

dzięcioła dużego :)

a nawet dwa!

Atmosfera na imprezie, jak już pisałam, była bardzo miła i przyjazna, dużo bardziej mi się podobało niż na tym nieszczęsnym zlocie atomowym gdzie byliśmy chyba w lipcu. W zasadzie, to spodobało mi się samo jeżdżenie na enduro.. nie żebym miała okazję próbować. Ale obawiam się że nie stać mnie na takie hobby..i jeszcze długo nie będzie. Zadowolę się rowerem ;) A teraz śmignę na pocztę wysłać deklaracje do zusu, prawda.

ciao!

2014/09/11 15:20:19 dzięcioł duży kociewski rajd enduro

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
nuxy
Czas publikacji:
czwartek, 11 września 2014 15:20

Polecane wpisy

Komentarze

Dodaj komentarz

  • sekretarka.bozeny napisał(a) komentarz datowany na 2014/09/12 10:51:32:

    Niezwykle ekscytująco to enduro-ściganie wygląda. Acz Bożena na razie jednak też rower zostawi. 22 km tak cuzamen na raz to Bożena uczciwie nie pamięta, kiedy przejechała. Do pracy ma niecałe 6 w jedną stronę, także tego.
    Marzy się Bożenie tak trochę tego słoneczka, co tam masz na zdjęciach. Może być te i las i dzięcioł, a nie to szaro-buro-mokre, co mamy. Ble.

  • nuxy napisał(a) komentarz datowany na 2014/09/12 13:37:23:

    w radośnik ma się trochę słonka przedrzeć :) przywiozę Ci z wycieczki, w słoiku!

Dodaj komentarz

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa